Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (11/37) > >>

Narrator:
Mała dziewczynka podeszła parę kroków do was i zaczęliście czuć w sobie delikatny niepokój. Nie wiedzieliście dokładnie czym był spowodowany, jednak podpowiadała wam to intuicja... czuliście, ze jest to zbliżająca się energia magiczna...


- No straaaaszni... tak się gryziecie po twarzy, zjadacie i w ogóle... to okrutne! - Mówiła z oburzeniem machając rączkami bez opamiętania jakby pretensje pokazując, a na jej twarzy pojawił się smutek, lecz w końcu zmarszczyła nosek i się serdecznie uśmiechnęła, a jej wielkie zielone oczy spoglądały na was z szczerą fascynacją. - Moi rodzice nie żyją, zmarli wiele lat temu... - odpowiedziała i nagle zrobiła taką minę: :o . - Paaani ma szkszydua! - i mina jej nie opuszczała, a szczególnie u wypukły się błędy wymowy dziewczynki, co sprawiało, że było to niezwykle zabawne.

Z zaciekawieniem spojrzała na Salazara i... w nim nie dostrzegła niczego ciekawego, więc podbiegła do Evening.
- Ja bym chciałam, by było mi w życiu dobrze... - Zaczęła mówić, lecz jej głos nie brzmiał naturalnie...

Evening Antarii:
Dziewczynka była na pierwszy rzut oka całkiem bezbronna, jak to dziecko. Jednak ta aura, która jej towarzyszyła, kazała Eve zachować dystans i nie wierzyć jej zbyt łatwo. Tak właściwie: to dziecko przerażało ją trochę, gdyż nie wiedziała jak z nim postępować... Czuła się nieswojo w jej obecności, potęgowała ona uczucie strachu. Eve obawiała się o tą kulę rozpadającą się na kawałki, że za chwilę nastąpi koniec świata- taka wybujała była jej wyobraźnia w tej chwili. Naprawdę się bała, nawet pomimo posiadanych mocy.
-Może to tak trochę wygląda jak gryzienie- zmieszała się anielica, nie wiedząc jak to dziewczynce wytłumaczyć. -...ale nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie- dokończyła spoglądając na Salazara pytająco. Po prostu dwa dziwne, magiczne i niezrozumiałe wydarzenia zdarzyły się w jednym czasie i Evening nie wiedziała już które jest gorsze: spadająca niebieska gwiazda, czy to cudaczne, potworne dziecko, które teraz zainteresowało się jej skrzydłami.
Kobieta nie dopuściła do siebie dziewczynki, gdy ta miała zamiar do niej podejść. Zatrzymała ją telekinetycznym impulsem, stworzyła z niego niby ścianę trzymającą dziecko w miarę bezpiecznej odległości od niej. Sposób, w jaki mówiła, był napawający strachem. Eve nie mogła zaufać tej małej istocie, która pragnęła tylko szczęścia w życiu. Jednak jej wyznanie było dla Eve podejrzane a sama jej osoba - niegodna zaufania, jakby była jakimś złym podstępem...
-Idź... gdzieś się schroń...- zaczęła jakoś nieporadnie. -...może to coś uderzy w ziemię. Wtedy zginie wiele osób...- Eve nie zastanawiała się, czy straszy małą. Ale anielica była tak samo wystraszona, a może nawet bardziej. Nie wiedziała przed czym ratować się najpierw, a w jej głowie pojawił się mętlik. -Prawda, Sal?- ratowała się. Ona zupełnie nie miała podejścia do dzieci...

Canis:
I wszystko na raz... - Pomyślał wzdychając ciężko, gdy dziecko go zignorowało i czmychnęło do Evening. Wstał i widząc ich aż się uśmiechnął.
- Nie martw się Evening... nic złego się nie stanie, będzie dobrze. - to tylko jakiś pokaz, nic złego, sprawdzimy to, dowiemy się o co chodzi. Spokojnie. - Powiedział miło i serdecznie ściskając jej dłoń i unosząc do swoich ust by ją ucałować i próbować ją uspokoić i zwrócić uwagę na siebie, swój uśmiech i pewność, a w jego oczach pełno było spokoju i radości, bo chodź mimo, że nie wiedział do końca co to jest i czemu tak jest, wiedział, że nic im nie grozi... są razem i inaczej być nie może a chodź wewnętrznie równie go to przerażało, tak wiedział, ze musi zachować spokój, chociaż zbliżało się coś magicznego i było w odległości 50 metrów na co wskazała im intuicja...

- Dziewczynko... jak ci na imię? - zapytał w końcu, bo dziecko, mimo iż jest dzieckiem nie lubi jak się tak do niego mówi. - Nikt nikogo nie gryzł... My tylko okazujemy tak sobie uczucie... tobie rodzice tez składali pocałunek gdy kładłaś się spać, tez przytulałaś misia, a dziś pieszczotliwie trzymasz kwiatek... każdy okazuje uczucia jak potrafi... jak lubi... nieważne! - stwierdził w końcu że nie powinni się obcemu dziecku tłumaczyć o!

- Dziecko... idź już do opiekunów, skąd przyszłaś... zapewne do zajazdu, no już... - powiedział do Dziecka wskazując kierunek plaży, kierunek, z którego przelatywał promień lecącego płomienia.
- My też pójdźmy to sprawdzić, by się uspokoić... sprawdzić... zrozumieć. Będzie dobrze, nie możemy się bać!

Narrator:
Dziecko słysząc Evening jej teorie, a potem dziko próbującego uspokoić Evening Salazara, który "ugryzł" jeszcze rękę Evening, miało dość ich obu i chciało samo uciekać, zaś modulacja głosu znalazła wyjaśnienie - dziecko solidnie beknęło, by po chwili się urokliwie roześmiać.



- Jesteście okropni... mam na imię Oktawia, bo byłam ósmym dzieckie... - I w tym momencie stało się coś okropnego.

W momencie, gdy dziecko się przedstawiało i urokliwym, miłym dźwięcznym głosem tłumaczyło czemu takie imię, dojrzeliście jak z oddali w jej skromne i wątłe plecki uderzył pocisk, a jej ciało w klatce piersiowej od strony pleców wręcz na wylot zaczęło gnić na popiół... Zostało uderzone zaklęciem pocisku śmierci, które spowodowało takie obrażenia dokonując mordu na niewinnym bezbronnym dziecku.

Dziecko bezwiednie padło na kolanka, by po chwili wyzionąć duszę. Salazar oraz Evening mogli dojrzeć jak w tej ostatniej chwili z dziecka upływa ostatnia iskierka życia, pełnego jeszcze nadziei i pragnienia życia. Gdy wesołość i radość szczęśliwej i nie znającej bólu istoty upływa w nieokiełznany bezkres. Oboje mogli poczuć, ze to ostatnie tchnienie było skierowane do nich, by zapamiętali ją, oboje, razem.

Lądując na ziemi z ręki wypadł jej ten złoty kwiatek... a była to zwyczajna krystaliczna figurka, która świeciła własnym światłem... przypominała szkło, które świeciło blaskiem słońca... miało jeden kwiat oraz dwa pąkujące po bokach... jednak nie było czasu dokładnie się przyglądać...

Z mroku w oddali wyłoniło się 5 osób, które niczym powitalny szpaler wojskowy wyłoniły się stając w równej linii.

Evening od razu rozpoznała osobistość w centrum... był to Annar w towarzystwie czterech czarnych magów. oparł się o swoją laskę, która uprzednio Evening wytrąciła mu z rąk i zapierając się o nią (laskę) pochylił się do przodu wpatrując w tą dwójkę.


- Och cóż za nieszczęście nie trafiłem... - mówił parszywie nie ukrywając fałszu i ułudy tych słów, które skrywały tyle sarkazmu ile można tylko pomieścić w 6 słowach odpowiednio intonując i ukazując brak jakiegokolwiek sumienia w stosunku to utraty nieskazitelnego życia, którego się dopuścił. Westchnął w końcu. - Niestety... źle wywróżyłem przyszłość... udało mu się przeżyć, a tobie go odnaleźć... I jeszcze pozwoliłaś mu się pocałować... temu... temu zwierzęciu! - Wrzasnął pełen złości i agresji, w głosie można było wyczuć mnogą ilość gniewu i zazdrości, bólu i cierpienia przesiąkniętego goryczą i brakiem opanowania. Słowa kierował do Evening kompletnie ignorując Salazara, nawet nie spojrzał na niego, bowiem z natarczywością i uporem spoglądał na Evening. - Zostaw go i chodź do ans... tylko my jesteśmy oparciem i źródłem bezpieczeństwa! zostaw go i daj go zabić! - mówił niemal z rozkazem wyciągając do Evening dłoń, oczekując, że przyjdzie do nich i się opamięta.


Czterech czarnych magów stojąc po bokach Annara uniosło kostury w górę i zaczęli przygotowywać się do ataku zaklęciami w Salazara, ale także i Evening, jeżeli waży się odrzucić ofertę dowódcy, Annara.

4x Czarny Mag stoją w odległości 25 metrów od was, w linii ustawieni jeden obok drugiego... przygotowują się do ataku zaklęciami...
1x Annar stoi 25 metrów od was po linii prostej...

Evening Antarii:
Eve słysząc tą historyjkę Sala, o tym jak rodzice całowali Oktawię na dobranoc, i żeby szła do opiekunów.... -Sal, ale ona nikogo nie ma- wspomniała delikatnie nie chcąc by dziewczynka rozpłakała się czy coś z racji, że jest samotna na tym świecie. Za to w gminie Eve jest sierociniec! Może trochę upiorny, ale też się liczy. Na dodatek ten spokój Salazara i zapewnienia, że to "tylko pokaz", jeszcze dodatkowo ją zbiły z tropu i zaczęły bardziej denerwować. Nic nie mogła na to poradzić. Chyba po prostu musiała zbadać to sama. Może wzlecieć w górę i stamtąd zbadać niebieską spadającą gwiazdę?
Jednak nie było na to czasu, gdyż znów mieli gości. Bardziej upiornych niż samotna bezbronna sierotka... Cała scena jej upadku na ziemię, gdy kwiatek wypadł z jej dłoni jak dusza uleciała do bogów, była dramatyczna i w głowie Eve zostanie na zawsze, odtwarzana w spowolnionym tempie, z zachowanym całym dramatyzmem jej bezsensownej śmierci. W tej chwili anielica pożałowała, że powstrzymywała ją telekinezą. Zupełnie niepotrzebnie wystraszyła się małej Oktawii. Lecz to uczucie szoku nie mogło trwać długo, gdyż Annar przywitał się, jakże sarkastycznie.
Na początku na twarzy Eve jawiło się zdziwienie i taka myśl, że zupełnie nie ma pomysłu i bała się starcia z Annarem. Elf, którego jeszcze wcześniej chciała zabić za te głupoty, które wygadywał, teraz, kiedy stał ze swoją upiorną świtą, jawił jej się jako silniejszy od niej. Ale przejść na jego stronę nie miała zamiaru! Pomijając to, że ich cele były jakieś nienormalne, jako anielica upodliłaby się straszliwe wstępując w te szeregi śmierci. ÂŚmierci i głupoty.
Wcześniejsza chęć spoliczkowania Annara przerodziła się w szacunek... i strach... Nie tylko o siebie.
Lecz czuła, że to ona musi wykonać pierwszy ruch, nim czarni magowie ją uprzedzą. Musiała zaufać Salazarowi, że da radę, choć przez chwilę, bo przecież nie jest całkowicie bezbronny, a ona nie mogła zmarnować czasu. Już chciała coś odpowiedzieć elfowi, ale naprawdę nie miała na niego siły psychicznej. Irytował ją ten koleś więc skupiła wzrok na miejscu, które widziała za nimi. Dzięki koncentracji i łaskom od Zartata komórki jej ciała zmaterializowały się kilka metrów od magów, za ich plecami.
Pobranie magicznej mocy z jej duszy nie zabrało jej wiele czasu. Miała to wyćwiczone i wypróbowane. Nad jej rozpostartą dłonią pojawiła się kula stworzona z magicznej materii- pocisk esencji. Nim jeden z magów, ten stojący z brzegu, zdążył się zorientować, Eve już wypowiedziała inkantację -Izeshar!- a potem pchnęła zabójczy pocisk w jego plecy. Robiła to wiele razy... Nie mogła się pomylić. Kula uderzyła w jego ciało wypalając w nim dziurę, popieląc jego odzienie i skórę bez problemów...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej