Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Evening Antarii:
Może to nieco zabawne, ale Eve miała motylki w brzuchu, które nie chciały przestać latać. Niektórzy tłumaczyli to reakcją chemiczną zachodzącą w mózgu, inni nazywali to boskim uczuciem, najważniejszym ze wszystkich. Nieważne, czym to było... Zasmuciła się lekko, gdy Sal przestał ją całować, a na jej twarzy przez sekundę pojawił się nawet grymas niezadowolenia. Lecz chwilę później "jej miłość własna, jak ktoś wypoczywający w kąpieli, przeciągała się z lubością w cieple tych słów". Słów będących zapewnieniem i wyznaniem, tak bardzo potrzebnych Salazarowi i jej.
Ona zaś przypomniała sobie, jak to miłe uczucie mieć kogoś przy sobie. Kogoś, dla kogo jego własne życie jest mniej ważne niż jej. Ale ona miała tak samo, bo choć teoretycznie nie mogła zginąć, to życie Salazara było dla niej na pierwszym miejscu.
Znowu musiała zacząć przejmować się nie tylko sobą. Jej życie dotąd było wygodne, niewymagające poświęceń. Zmartwień nie miała prawie wcale, zajmowała się pracą dla zabicia czasu wieczorami, chodziła na samotne spacery, ale czyż to nie było życie puste? Choć pozbawione zwykłych trosk to pełne samotności i wyższych uczuć. Jedynie uczucie, którego ostatnio doświadczała, to niewielki ból gdy igła ukuła w opuszek palca... Jednak można przywyknąć do "luksusów" takiego życia, gdy samemu dla siebie jest się panem i sługą, robi się co się chce kiedy się chce. Gdy słudzy dbają o porządek w domu i nie ma się obowiązków. Lecz ile można tak trwać, w takim zapomnieniu. A właśnie dzisiaj, w momencie tego pocałunku, Eve się obudziła z powrotem do życia.
Teraz Eve w sumie nie wiedziała co powiedzieć... Najchętniej nic by nie mówiła, bo cóż więcej dodawać? Wszystko było jasne, nie było żadnych wątpliwości. Uśmiechnęła się zatem szeroko, gdyż była zwyczajnie szczęśliwa, jak już dawno nie była. Nawet awans i otrzymanie skrzydeł nie były tak ważnymi wydarzeniami jak to, które właśnie miało miejsce. Zartat może i rozświetla mroki, ale te najgorsze, w sercu, może rozświetlić tylko miłość.
-Chyba się spóźniliśmy na zachód słońca- zaśmiała się.
Canis:
Spoglądał w wwarz Evening napawając się widokiem i jej zadowolenia jak i okazyjnych grymasów każdej kolejnej chwili, by w końcu cofnąć swoje łapczywe ręce i dotknąć jej dłoni, by nie myślał ni chwili, że się oddala, wręcz przeciwnie.
Słysząc stwierdzenie o spóźnieniu zaśmiał i się i przytaknął.
- No tak ale można dojrzeć... - Lecz w tej chwili coś go zaniepokoiło... dojrzał... ze nadal stoją wśród zwłok czterech osób, co było dość dziwną scenerią dla takich przeżyć wewnętrznych jakie doznawali. - Może wracajmy już do Efehidonu, niezbyt to... przyjemny zagajnik! A jako, że idzie noc... musisz się wyspać tak jak i ja... przed kolejnym dniem zapewne pełnym zajęć. - uśmiechnął się tak i z troską tak tez i lubością, będąc świadomym, że nie wypada mu zajmować jej nadmiernie dużo czasu wszak - mimo uczuć jakimi ją darzy - ma ona swoje życie i nie może być aż tak względem niej zaborczym, by zajmować jej dalszy czas, wszak każde z nich mimo wspólnych pragnień, słabości i lubości, mimo uczucia jakie obustronnie ich łączą, potrzebują czasu dla siebie i na siebie. Jednak...
Narrator:
W czasie, gdy dwójka zafascynowana sobą pod wpływem wzbudzenia sytuacją, będąc sami w zaciszu, nie byli świadomi, co dzieje się w innych miejscach, które były nie bez znaczenia w obliczu wydarzeń, które dotknęły ich dzisiejszego dnia...
Rzeczywiście, słońce zaginęło za horyzontem a promienie słońca rozświetlały już ulotne elementy błękitu nieba, natomiast większość nieboskłonu skrywała już czerń i ciemny błękit, na którym ujawniał się blask płonących ogników gwiazd oraz dwa wielkie księżyce raczące widzów pięknem swojej okazałości w dni przesilenia, a jako ostatni dzień ciepłej pory i nadchodzące ciut chłodniejsze wieczory był momentem przełomowym, niezwykłym chodź niekiedy tylko datą się zmieniał - tak dziś obrazowały to pełnie obu księżyców.
//Pomost i Lazurowy płomień...
Na pomost przed zajazdem, przez plażę wyszli wszyscy goście zajazdu, by dojrzeć to, na co zapraszał dzisiaj Salazar, pannę Evening, chodź oboje nie byli świadomi tego, co miało nastąpić tego dnia - mimo ich nieobecności.
Z pomostu poprzez wijącą się nad taflą basenu mgłę po raż kolejny jak od wielu dni przejawiał się błyskający "lazurowy płomień", który był niczym latarnia dla łodzi pokazując za nocy, gdzie dokładnie leży brzeg basenu... lecz nikt nigdy nie sprawdzał tego miejsca i każdy tak tłumaczył istnienie tego światła. Było ono piękne, pulsacyjne i objawiające piękną jasną barwę na tle czerni, która nie tylko dawała obraz, ale też pulsowała i tańczyła wśród oparów gęstej mgły.
Dzisiejszej nocy w ten pamiętny dzień ostatniego "ciepłego" dnia, wiele par zebrało się na moście spoglądając na tańczący za mgłą płomień by nagle zatrwożyć swoje serca... z oddali usłyszano dźwięki i trzaski, ciche pęknięcia, by po chwili tafla wody została wzburzona niewielkimi rosnącymi w oczach falami. zaś kilka sekund później po zbagatelizowaniu tego wszyscy poczuli drżenie pomostu i ziemi...
Wytrwali, którzy nie zaczęli panikować dalej patrzący w lazurowy płomień dostrzegli nagły wybuch i lazurowy płomień niczym strzała, snop światła trysnęła w kierunku nocnej tafli nieba, by zacząć rysować trwożący i mrożący krew w żyłach obraz, który zawisł nad jeziorem niczym widmo kataklizmu.
Na niebie, jego "pustej części", pojawiła się błękitna kula spowita ogniem, przez którą zaczęły przeciskać się białe żyłki tętniące na kuli. po chwili cały obraz zaczął ewoluować i dygotać, w apogeum sytuacji kula pękła dzieląc się na 7 takich samych części i pomknęły w 7 różnych kierunków świata, nad głowami widzów tego zajścia. Nikt nie wiedział ani jak daleko, ani gdzie... tylko garstka osób wiedziała natomiast skąd, garstka osób będąca na pomoście.
//Zagajnik, Evening Antarii i Salazar Trevant
Zajścia jakie miały miejsce na pomoście były również dostrzegalne z zagajnika, lecz tylko dostrzegalny był promień, który niczym błękitna spadająca gwiazda gigantycznych rozmiarów przemknęła po nieboskłonie nad ich głowami, sprawiając wrażenie spadającej gwiazdy...
Po chwili usłyszeliście głos za wami...
- Wy dorośli, jesteście straszni... - Powiedziała mała dziewczynka przyciszonym głosem pełnym przerażenia, zohydzenia, wybałuszając oczy na was, trzymając złoty, połyskujący kwiatek w dłoniach, błyszczący jak gdyby światłem.
Evening Antarii:
Rzeczywiście dość kontrastowe było otoczenie, więc Sal i Eve razem musieli wyglądać na parę psychopatów i zwyrodnialców, których takie rzeczy podniecają. Trupy, krew, pocałunki... to się nie łączy razem, nie pasuje. Anielica zbyła ten obrazek niemrawym uśmieszkiem. Cóż mogła poradzić, że Sal akurat to miejsce, taką chwilę wybrał na swoje zwierzenia. Może on lubił takie klimaty? Niewykluczone.
-Jeśli chcesz to możemy wracać, ale mi się nie spieszy. Możemy iść jeszcze na tę plażę, chętnie się przejdę- mówiła Eve, gdyż teraz naprawdę nie chciała wracać do swojego domu... Chciała jeszcze trochę pobyć z Salem, a poza tym to ostatni letni prawdziwy wieczór.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale jej uwagę przykuło pewne zjawisko na niebie. Niebieska kula podzieliła się na części, które pomknęły po wieczornym niebie nad Efehidonem. Poczuła ukłucie strachu, gdyż nie miała pojęcia co to może być. Kolejny atak magów? Mateor? Jakaś gwiazda z kosmosu? Zadarła głowę wysoko a na jej twarzy malował się niepokój, serce przyspieszyło, lecz w głowie była pustka, gdyż z takim czymś nigdy wcześniej kobieta nie miała do czynienia.
-Co to?...- zdołała tylko wyszeptać. Lecz z tyłu odezwał się głosik. Dziecięcy, ale zarazem parszywy. Nic innego Eve nie przyszło do głowy jak tylko to, że mała zgubiła się, odeszła od rodziców i przyglądała się scenie wśród trupów, która przed chwilą miała miejsce i z pewnością była osobliwa. -Zgubiłaś się? Rodzice są w zajeździe czy na plaży?- mówiła szybko i nerwowo spoglądała w niebo. Ale dziewczynka zdała się być tak samo tajemnicza jak i owa spadająca gwiazda. W dłoniach trzymała magiczny kwiatek od którego biło światło.
Canis:
Na słowa, o spacerze po plaży błysnął radością, lecz nie zdążył słowa powiedzieć, gdy dojrzał lecący błękitny fragment "czegoś" pędzący po niebie spowity błękitnym płomieniem. Widząc zaskoczenie Evening stanął obok i spojrzał w niebo by następnie wyjaśnić i wysnuć jakąś prawdopodobną teorię tego czym to jest. Bowiem największy strach jest wtedy, gdy nie wiemy czym jest to, czego się boimy... gdy wiemy, nie jest to już takie straszne bowiem wiemy czego się spodziewać, jak reagować i kontratakować... A miał teorię, zwłaszcza, że poznał tą barwę lazurową płomieni! Jednak i tę próbę wypowiedzenia słów przerwało mu pojawienie się wrednej dziewczynki, która dość niemiło skomentowała ich osoby. Evening zadała słusznie pytania więc spojrzał na nią z uśmiechem i delikatnie trzymając za jej dłoń zrobił krok w kierunku dziewczynki i schylił się , kucnął na kolanko.
- Podejdź... coś się stało? Czemu straszni? - dopytał wpatrując się w nią z ciekawością.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej