Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Evening Antarii:
Nazwa wyprawy: Lazurowy płomień
Prowadzący wyprawę: Sazlazar Trevant, Narrator
Zasady do uczestnictwa w wyprawie: posiadanie bezpośredniego zaproszenia
Uczestnicy wyprawy: Evening Antarii; Salazar Trevant
Zdziebko przerażająca była inteligencja ary Salazara. Czy to kwestia genów, czy tresury? Ptak zdawał się mieć nadzieję, że ktoś zrozumie jego znaki i tak w rzeczywistości było. Mary była mądrzejsza od niejednego trzylatka, mówić umiała wiele, a "mową ciała" wyrażać jeszcze więcej. Wiedziała, że aby ktoś otworzył drzwi - trzeba zapukać. Jeśli chce się wyjść - należy nacisnąć klamkę. Zdawało się, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Cwana bestia z niej i tyle. Gdyby pokazywać ją w cyrku, pewnie zarobiłaby krocie.
Znała drogę, leciała chwilę, a potem siadała na murku czy słupie. Pewnie nieznośne było dla niej czekanie na Eve, ale anielica nie chciała wcale lecieć. Szło jej się dobrze, czasem tylko, by nie niecierpliwić Mary, używała przemieszczenia żeby pokonać drogę do zakrętu w mniej niż sekundę. To bardzo przyspieszało podróż, a ara mogła dłużej szybować w powietrzu, a nie zawisać nad głową Evening, jak ważki.
Eve posłusznie podążała za żywym drogowskazem w postaci papugi. Na południe stolicy miała trochę do przejścia, lecz droga nie dłużyła jej się wcale.
Narrator:
Ostatniego dnia pięknego Astas obie: Evening oraz Mary przemierzały ulice miasta... W podróży przez brukowane uliczki, kolejne ostre zakręty, zdobione alejki, pospolite uliczki i place towarzyszyło im przyjemne ciepło wynikające z ostatnich upalnych dni tego roku. Wczesna pora popołudniowa pobudzała ruch na ulicach, który w takie piękne popołudnie był wzmożony a jego natarczywość okrutna przez co podróż przez miasto była niezwykle utrudniona, gdy obje musiały pilnować siebie nawzajem by nie zgubić się w tłumie, czy zatracić z oczu.
Zgubienie Evening z oczu było rzeczą z goła utrudnioną, nie tylko ze względu nieprzeciętnej urody wynikającej nie tylko z genów ale też z nabytych szczególnych cech anatomicznych... co jednak w przypadku Mery było wręcz przeciwne.
Evening spoglądając w piękne błękitne, jasne niebo, na którym ni chmury ni zmazy mogła dojrzeć setki ptaków latających na nieboskłonie po całym mieście malowniczo oprawiając stolicę szumem skrzydeł, skrzekiem ptaszyn jak i śpiewem.
Tłum ludzi przeciskający się po mieście pełen był zaskakujących osobistości, takich jak bogaci kupcy, rzemieślnicy, możni stolicy popularni ludkowie z pierwszych stroń gońca Valfdeńskiego, czy co dziwniejsi inteligenci stolicy. ciekawostką był mężczyzna siedzący na ławeczce w pobliżu pobliskiego sklepu z pasmanterią, który, bez najmniejszej wątpliwości, obserwował Evening oglądając ją oraz Mary z nieskrywaną ciekawością.
Czy to ważne czy też nie... W tym samym czasie...
Canis:
W tym samym czasie Salazar znajdował się u kresu swojej mentalnej podróży. oparty o barierkę na pomoście, który sięgał daleko w głąb wody spoglądał przez zamglone powietrze nad wodą w daleki kraniec, najwyraźniej widząc coś, czego w tym momencie nikt nie dostrzegał. Towarzyszył mu okrutny śmiech... wszędzie wokół pojawiający się niczym niespodziewany grzmot. Wyrywał go z letargu, zadumy i marzeń, spoglądał w bok szukając źródła tego hałasu... Przeklęte bachory... pomyślał.
Evening Antarii:
Gdy ona i Mary dotarły do centrum, wędrówka zmieniła się, jak można było się tego spodziewać, w przepychankę między mieszczaństwem. Kiedyś to lubiła- wyjść do ludzi, posiedzieć na jednym z placów... Gdy mieszkała w dzielnicy obywatelskiej miała takie rozrywki pod ręką i jakoś więcej chęci. Teraz szła tędy tylko dlatego, że zmierzała za ptakiem, którego nie można pomylić z byle szarawym gołębiem. Gadająca papuga była powodem odgłosów zachwytu dzieci, ale i podejrzanych typów, co już mieli podejść, o coś spytać, z takim błyskiem w oku, że niby tylko tak dopytują, a chętnie trzymaliby taki okaz u siebie w domu- w klatce.
Bezchmurne niebo kusiło do tego, by wzbić się w powietrze nad ten brudny tłum. Wielka ochota rozpostarcia skrzydeł chwyciła Eve, jednak pędzący z naprzeciwka wprost na nią koń przerwał te marzenia.
Nie odstępowało jej uczucie bycia obserwowaną, co mogło wiązać się z posiadaniem skrzydeł. Lecz ten wzrok był niemal palący i tak nachalny, że niemożliwy do zignorowania.
-Psst, Mary!- zawołała w górę.- Ląduj!- szepnęła, lecz dość dosadnie. Wystawiła swoje ramię i przystanęła gdzieś na uboczu, by nie przeszkadzać przechodniom, a mieć na oku dziwnego dżentelmena. Potem ruszyła, lecz krokiem ostrożnym i powolnym, odwdzięczając się jegomościowi takim samym ciekawskim spojrzeniem.
Narrator:
Papużka z pewnoscią skorzystała z zaproszenia i zdziwiona przysiadła na ramieniu.
Jego mość w eleganckim stroju ze złotymi guzikami, bogatymi zdobieniami płaszcza, marynarki, kubraka i innych elementów odzienia, które w towarzystwie bladolicego elfa były normą ukazującą wysoki status społeczny... no przynajmniej większą ilość gotówki.
Gdy jego ekscelencja Annar, bowiem tak było mu naprawdę na imię, dojrzał, że Evening nawiązała z nim kontakt wzrokowy a jednocześnie oddala się, sięgnął za ławeczkę biorąc swoją drewnianą laskę wieńczoną złotą rękojeścią i wspierając się na niej wstał z ławeczki i żwawym krokiem zachowując równą odległość od anielicy powłóczył za nią.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej