Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (9/37) > >>

Canis:
- Jesteś na liście, spotkałaś Annara, który wiedział, że ja mam zginąć... Czy zaatakował cię, aby cię zabić? - Zapytał zaniepokojony unosząc jedną brew. - Nie wiem czy wszystkich... no wszystkich, którzy przyszli tu po mnie... chyba. - mówił trochę zdezorientowany całym zajściem no ale to też trochę dlatego, że był w nie małym szoku... - Ale jeżeli nie ma ich w tym miejscu więcej, to inni na pewno dzisiaj będą uważali mnie za martwego i mogę spokojnie spędzić resztę dnia... prawda? - Zapytał czy i według niej logicznie zaczyna się to układać.

- Wiesz Eve... to takie pierwsze spotkanie takich napastników... bez żadnych dowodów - no kawałek pergaminu gdzie są wypisane imiona... no mógłbym też takie coś napisać i to nie znaczy nic samo z siebie. To jest za mało, by ktoś na to zareagował, każdy zbagatelizuje tą sprawę... ale jeżeli taka twoja wola... to możemy wrócić do Efehidonu, donieść straży a może rozpocząć dochodzenie... jednak na podstawie tego tutaj nic nie zrobimy... - mówił wskazując dłonią na pergamin i ciała. - Jako były sędzia, nie widzę drogi do celu... za mało danych... za dużo niewiadomych i domysłów... Sądzę, że lepiej było by poczekać na rozwianie wątpliwości... no ewentualnie słowne ostrzeżenie tych osób, ale raczej bym nie podnosił alarmu i stanu zagrożenia.

- No niefortunna sytuacja, wiem. - Mówił rozżalony faktem istnienia takich sytuacji i takich momentów, gdy powolnie bo powolnie zbierał się w sobie i przezwyciężał kolejne bariery i granice swojej osobowości, by odważyć się na "coś więcej" niż zanudzenie opowieścią. - Ale mam to nieszczęście, że albo się rozgadam i cie zanudzę, albo wielka szóstka robi sobie ze mnie żarty i generuje takie niecodzienne sytuacje, które zaczynają być codziennością. - mówił z ponurą mina zwijając pergamin z nazwiskami i wkładając do kieszeni surduta, by za chwilę wycierać dłonie o trawę, w końcu upaprał się na dodatek do krwi szlachcica i ciekawie musiał wyglądać mając "krew na rekach"... - A w końcu chciałbym poznać twoją przeszłość Eve, bo w gruncie rzeczy to jej nie znam. Nawet żadnych plotek. Znam cię tyle, ile z naszych okazyjnych spotkań, a nie umiem wyjaśnić jak i czemu - jesteś dla mojego serca niczym słońce za dnia, które rozświetla nie tylko mroki mojej duszy dając nadzieję na to, że będę "lepszym" niż byłem, ale przy tobie, moja pani, czuję się szczęśliwy. - Mówił nerwowy, że znowu mówi tak jak nie chciał, jak nie zaplanował, znowu porządek planów zakłócony został nieharmonijnym planem życia. - Oboje w życiu dużo przeżyliśmy, każde z nas ma chwile, które wspomina dobrze, źle, jest bardziej czy trochę mniej dumny. Tak na prawdę to nie jest to ważne, nie można żałować tego co się zrobiło, trzeba żałować tego, co się odrzuciło i nie spróbowało. Nie chcę żałować Eve, że nie spróbowałem cię chociażby namówić na taką rozmowę. - Mówił co rusz przerywając i śląc ukradkowe spojrzenia na Evening. miotane po głowie myśli układały się w różne kombinacje zmuszając Salazara do skrupulatnego dobierania słowa, co szczególnie mu doskwierało teraz.

- Ta sytuacja nie jest przyjemna, a ta rozmowa niekoniecznie przynosi teraz pozytywne uczucia, efekty czy jak kto to pragmatycznie spróbuje nazwać... Być może nie podoba ci się takie marnowanie czasu, gdy ktoś może być zagrożony, rozumiem. Ale bardziej interesuje mnie Twoje życie i moje... chociaż tym drugim się mniej przejmuję. - powiedział i uśmiechnął się mrugając jakby rzucając delikatnym żarcikiem. no makabrycznie ponury żart godny kiepskiego kuglarza. - Nie można powtórzyć przeszłości ani jej zmienić, to dobrze, ale mamy wpływ na naszą przyszłość... tak. - odpowiedział z uśmiechem patrząc na Mary i gładząc delikatnie jej czerwone skrzydełka...

- Jak się dogadywałyście? - zapytał nagle patrząc na Mary i Eve na przemian jakby delikatnie zmieniając temat .- Papużka nie dała się we znaki i przekazała wszystko spokojnie? nie narobiła hałasu? zawsze a problemy z dostaniem się do domu, czasami nikt jej nie otwiera, albo nie rozumie do kogo przyleciała... zabawne bywają sceny i dużo stresu tak dla niej jak i dla gospodarzy, hehe... - zaśmiał się delikatnie.

Evening Antarii:
-Nie zaatakował, bo byliśmy w mieście. Może nikogo nie było, ale mimo wszystko to dość ryzykowne. Poza tym mnie nie da się zabić, więc nie wiem jak chcą tego dokonać- tak to sobie w głowie tłumaczyła. -Nie chcesz szukać, nie chcesz dowiadywać się kto za tym stoi, kim jest Annar... Na pewno ktoś go kiedyś widział albo znał. Ci ludzie też nie mogli być anonimowi. Odwiedzali pewnie jakieś karczmy, zabawiali się...- ale skoro Salazar nie chciał już więcej rozwodzić się nad tymi trupami i nad listą, to Eve nie chciała napierać. Nie chciała też wzbudzać niepotrzebnej paniki. Mogli to zgłosić straży albo rycerstwu z Bractwa. Ale co to za różnica, skoro oni mogą jeszcze mniej niż chociażby ona. W końcu należy do tej organizacji, była prawie świadkiem tego dziwnego zajścia, więc mogłaby nakazać któremuś oddziałowi zbadać sprawę. Czy to jednak miało sens?... Cóż, Eve inaczej chciała to rozegrać. Przede wszystkim, mimo wszystko..., dać znać o zajściu w samej stolicy i oczekiwać pomocy albo ochrony dla osób będących na tym świstku. Jednak spora część z nich śmierci nie musi się obawiać wcale, a druga, wyćwiczona w boju, umknęłaby jej całkiem sprawnie.
Za to Sal zaczął już mówić o czymś innym. Szybko zmieniał tematy, coś tłumaczył. Eve zaś słuchała bo przytłoczyły ją te dwie rzeczy na raz: tajemnicza lista i szczere wyznanie. Aż dziwne, że nie domyśliła się tego, kiedy tu szła. Ta róża i list i sztuczka z arą rozumną jak człowiek!... Głupia była, że się nie domyśliła. Albo po prostu nie chciała się nad tym zastanawiać. Wzmianka o plotkach dość ją rozbawiła. Miała ochotę mu powiedzieć tylko jedno: że się zakochał, ale wyznanie tego przychodziło jej chyba jeszcze trudniej niż jemu... Zaczęła więc dość uniwersalnie:
-Plotki? Właściwie masz masz rację, na temat mego pochodzenia ich praktycznie nie ma, gdyż nie jest ono jakieś zachwycające. Urodziłam się w Ardenos nad morzem. Moja rodzina miała dom przy samej plaży, ojciec był rybakiem a matka szwaczką. Nie byliśmy biedni, gdyż rodzice sprzedawali swoje towary w miasteczku i nigdy nie brakowało nam pieniędzy. Potem, gdy dorosłam, chciano mnie dobrze wydać za mąż, ale ja się nie dałam- uśmiechnęła się szeroko, jakby była dumna z tamtej decyzji. -Cóż mogłam zrobić? Uciekłam, a że Ardenos całe było w demonach to po kilkunastogodzinnej podróży wgłąb kraju zatrzymałam się w karczmie, by odpocząć. A tam usłyszałam o portalu i tyle mnie widzieli- ucichła na chwilę. -Tak więc widzisz... brak w mojej przeszłości jakichś niesamowitych wydarzeń, brak przemocy i wielkiego bohaterstwa- wzruszyła ramionami. -Na Valfden bez grosza przy duszy musiałam... aaa to już nieważne!- stwierdziła, że epizodu z Krukami nie będzie wspominać, gdyż mogłoby to zagrozić obu stronom. -Potem przygarnęło mnie Bractwo- zakończyła wcale ciekawą opowieść.
-Myślę, że znasz mnie najlepiej ze wszystkich, choć możesz tego nie zauważać. A to o czym mówisz, bierze się  stąd- położyła dłoń na jego piersi po lewej stronie, czyli tam gdzie było serce. -....i jest dziwne, niezrozumiałe, ale przyjemne i potrzebne. A Mary to mądry ptak i nie było żadnych problemów w komunikacji- zakończyła uśmiechając się i spoglądając mu w oczy. Chyba nie była do końca świadoma tego, co właśnie powiedziała i zrobiła, ale czuła, że od dawna musiała to zrobić.

Canis:
Cisza... w jego głowie panowała kompletna cisza, gdy słuchał każdego z kolejnych po sobie słów, były to jedyne piękne, dźwięczne jedwabiste - boskie dźwięki tnące wewnętrzną ciszę wypełniającą jego głowę jedynie myślami na podstawie tej sytuacji, jej słów, ruchów, pod własną interpretacją. Wychwytywał każde słowo i analizując każde z nich z osobna, starał się wszystko jak najlepiej zrozumieć. Słuchał... chciał słyszeć...

Czując dotyk jej dłoni na skórzanym surducie, poczuł z tego miejsca rozpływające się uczucie radości i szczęścia. Czego nie potrafił dobrze okazać... uzewnętrznić. Powoli i delikatnie położył swoją dłoń na jej dłoni, jakby "przykrywając ją", by następnie skierować swój wzrok i spoglądać w jej szczere oczy bez mrugnięcia, by napawać się chwilą i nie tracić koncentracji, skupienia i głowy na żadną inną rzecz. Delikatnie zaciskając swoją rękę na jej, zaczął przesuwać ją po swoim ciele w kierunku twarzy, by przytulić ją do swojego lewego policzka, a następnie drugą dłoń - prawą - powoli skierował ku twarzy Evening, by móc ją dotknąć, przesunąć palcami po policzku, położyć dłoń na twarzy i poczuć tak ciepło policzka, a może chłód, może drżenie ciała, czy wręcz błogi spokój... wyczuć palcami i nie musząc korzystać ze słów wiedzieć, jak ona się czuje, co myśli... czego pragnie. Tyle wątpliwości i ciekawości wynikających z niemożliwych do zbadania uczuć... Zaragnął delektować się tą jedną jak dotąd chwilą... Kierując dłoń ku twarzy Evening mówił to, na co dotąd brakło mu odwagi, lecz dotyk jej dłoni wpłynął jakże kojąco wyłamując dalsze jego wewnętrzne bariery osobowości.

- Tak... wynika to stąd... ale też i duszy. Czuję bliskość twojej duszy, a przynajmniej trawi mnie wewnętrznie pragnienie bycia z nią jak najbliżej już od naszego pierwszego spotkania. To tamtego dnia zrodziło się we mnie uczucie, które wraz z czasem jedynie dojrzewa i umacnia się... Tak, kocham cię moja pani... - Mówił jakże ostrożnie, nieprzerwanie patrząc się w jej oczy, pragnąć dojrzeć w nich jak najwięcej... W końcu wszyscy mówią, że oczy to zwierciadło duszy...

Evening Antarii:
Eve zaś czuła błogi spokój, a w jej oczach można było dotrzeć iskierki. Wcale nie bała się tej chwili i nie broniła się przed nią. Pozwoliła tylko, by wydarzenia potoczyły się ich własnym torem, a wszystko wynikło naturalnie- bez pośpiechu i nacisku.
Nie protestowała przeciwko jego gestom. Dłoń powiodła za jego dłoniom na szorstki policzek. Uśmiechnęła się prawie niezauważalnie, a to dlatego, że była szczęśliwa, że Salazar, dość ponury  i poważny (jak mogło wydawać się z zewnątrz) jest tak naprawdę czuły i zdolny do najwyższych uczuć. I cieszyła się w głębi serca, że to wobec niej te uczucia okazał.
Eve, z racji swego wzrostu, stanęła na czubkach palców, by złożyć na jego ustach pocałunek. Zdawało jej się, że to będzie pewnego rodzaju zapewnienie o uczuciu. Jej wargi były ciepłe i pożądliwe, gdyż oczekiwały takiej samej pieszczoty.
-Ja ciebie też, Sal. Ale musisz mi coś obiecać. Nie będziesz traktował siebie i swojego życia jako coś gorszego. Nie możesz tak mówić, że twoje życie mało cię obchodzi...- gdy to mówiła w jej głosie była wyczuwalna prośba i oczekiwanie obietnicy. Nie puściła go jeszcze... Głaskała po policzku i wpatrywała się w jego oczy.

Canis:
Salazar słyszał jakiego zapewnienia Evening od niego oczekuje... jednocześnie w tym czasie dotykając aksamitnie gładkiej skóry na twarzy Evening wpatrywał się w oczy Evening, które wraz z płonącymi na ich nieskazitelnej tafli iskierkami, których źródło - dusza mogła pokazywać je z wielu różnych powodów... wierzył, przeczuwał, marzył, że jest to złożenie ich wielu... wielu rzeczy, które w tej chwili gościły w jego duszy... gorącego uczucia płonącego w jego wnętrzu, które dzisiejszego dnia wyjrzało światła dziennego w wyznaniu i kilku obustronnych gestach spotykającej się w tym miejscu dwójki... chodź dla przeciętnego widza tych zajść były to może... drobne gesty, dla Salazara były niczym najważniejsze wydarzenia, wokół których kręciło się teraz jego życie, nie tylko jego. Delikatnie dotykając twarzy i słuchając... przesuwał powoli i ospale dłoń w kierunku "włosów upiętych w kok z uwolnionymi blond kosmykami, kręcącymi się mimo woli właścicielki." delikatnie musnął kosmyki włosów napawając się kolejnym wrażeniem... Każda mijająca chwila, każdy kolejny gest i następstwo, każda myśl i każde jej słowo powodowały, że Saluś co rusz podświadomie przybliżał swoją twarz do Evening, delektując wszelkie swoje zmysły kolejnymi doznaniami. Gdy w końcu usłyszał całe oczekiwanie Evening, a jego twarz znajdowała się już zaledwie kilka centy metrów od jej twarzy, gdy jego wzrok, nos, usta, po prostu twarz, znalazły się na równi z jej twarzą, oniemiały i jak w amoku zauroczony chwilą doznań, był zdolny już tylko do prostej odpowiedzi.
- Obiecuję moja pani. - Powiedział z uśmiechem, by w następnej chwili czule i z pożądaniem pocałować usta, jej wargi, które równie pożądliwie co i jego łaknęły tej chwili uniesienia, dotyku i "starcia" czerwieni wargowej... Tego momentu pocałunku, przed którym, gdy przekrzywiał delikatnie swoją twarz, mógł dojrzeć nawet najmniejsze szczegóły i poczuć najmniejszy powiew powietrza, jak choćby spowolniony oddech, oddech Evening, gdy czuł dotyk jej dłoni na twarzy, a jej twarz wśród swoich palców... trwało to kilka... kilkanaście... czy kilkadziesiąt sekund... w których pożądliwie całował jej usta napawając się kolejnymi wrażeniami i doznaniami przezywając niezwykłą chwilę uniesienia... Po chwili, gdy wiedział, ze pora ku temu. przestał i i cofnął się nadal utrzymując swoje dłonie przy jej twarzy i kontynuował odpowiedź... pierw jednak delikatnie przygryzł wargę, by chodź tak pokazać, że ta chwila ten moment ten czyn i gest... że jest to zapewnienie, którego od dawna pragnął.  - Nigdy tak nie powiem i tak nie uważam... - mówił wracając myślami do poprzedniej chwili rozmowy... - Gdybym tak uważał, nie trawił bym twojego czasu na rozmowę ze mną. Wręcz przeciwnie uważam siebie za nie mniej wartego od innych, lecz twoją osobę stawiam dla siebie ponad moje łaknienia pragnąc też twojego szczęścia. - mówił z uśmiechem zapewniając, że nigdy tak nie powie i że nigdy siebie tak nie potraktuje...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej