Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Narrator:
- Każdy na ziemi ma swoje życie zapisane... nikt nie może żyć wiecznie bo to wbrew naturze, chyba, ze jest wybrańcem boga, moja pani.
- Tysiąc grzywien iw skrzeszenie... rozumiem, ze to kiepski żart anioła tak? chyba nie próbujesz pani głosić heretyckich wizji, jakoby nekromancja byłą dobra... przecież to pomiot śmierci, kult zła odwołujący się do natury nocy, często do samego Beliara, do nieprzeniknionego mroku który dowołuje się do braku poszanowania ludzkiego życia, godności czy własności! które czyni człowieka niegodnym a nekromantów wywyższa ponad stan ludzkości! Nie można dopuścić by taki procedery uchodziły płazem... przecież i bractwu na tym zależy by złą magię temperować... Salazar właśnie jest emanacją tej złej magii, a że BYÂŁ członkiem bractwa świtu... widocznie rekrutujący go paladyn zapomniał się i nie wiedział jakiego to bezecnika zaprosił w wasze szeregi... nieważne, nie chciał bym o nim rozmawiać bo to tylko marny pyłek, zgniły liść na klapie marynarki.
\
- Wiemy, że bractwo walczy z bezecnym działaniem magów... my też się staramy walczyć właśnie z takimi magami... i wykryliśmy spisek... spiskowcy knują naprawdę złe rzeczy... chciałem z panią porozmawiać... no jedno by uniknąć pani kłopotów z tym Salazarem bo niestety dziś, akurat nieszczęście zaprosił panią nad rzekę, akurat dziś, gdy zaplanowaliśmy tę zasadzkę. Chciałem ostrzec bractwo o tym co ma miejsce, więcej może nawet zaproponować współprace w walce o naprawę naszego królestwa...
- Niech pani odrzuci w kat uprzedzenia d mojej osoby mimo złego początku naszej znajomości naprawdę nie mam złych intencji i proszę zawierzyć w szczerość moich słów, ani jedno słowo moje nie jest kłamstwem wobec twojego majestatu moja droga. A rozmawiam z tobą nie dlatego, ze masz piękne lico, lecz dlatego, ze chcę pomóc tak tobie w posłudze, tak sobie, bym żył w dobrym kraju, dobrze rządzonym przez szlachetnych i dobrych ludzi a nie bezecnych magów śmierci.
Bandyci tak i szlachcic dobyli swych broni palnych, jednak nad zagajnikiem pojawiła się Ara Mary, która dojrzała schowanego za drzewem Salazara, zaś napastnicy jej nie.
//Możesz wykorzystać chowańca, zdążył dotrzeć na miejsce
Evening Antarii:
-Ale każdy, jeśli tylko chce, przez ciężki trening i wytrwałość może być "wybrańcem boga". Czy ja urodziłam się anielicą? Nie, a mam zapewnioną nieśmiertelność mej duszy. Zatem tylko od nas to zależy, drogi panie. Herezje to głosi pan. Nekromancja jest dobra, niezbyt powszechna, droga i nieosiągalna dla większości ludzi, jednak nie widzę jej wad. Nekromanci to władcy życia i śmierci, jednak nigdy nie spotkałam żadnego z nich. Może działają w ukryciu, a może rzeczywiście są źli... Ja jednak uważam, że gorsze pomioty chodzą po świecie, na przykład demony, wampiry, czy inne bestie. Teraz nie spotykam ich tak często, ale gdy podróżowałam traktami po wioskach to rzeczywiście ludzie nierzadko żyli w strachu przed demonami. Nie bałabym się więc tych nekromantów. A magowie... cóż, jeden z nich okazał się jakimś... odmieńcem, zamachowcem. Nie powinniśmy jednak pogromić ich wszystkich, wszak czym różni się magia bractwa od tej drugiej, "złej"? Jedynie dziedziną. Porusza ona mroczne aspekty duszy, nie wątpię... jednak nie poznałam jej szkodliwości prócz oczywiście zburzenia pałacu, co było jedynym takim wydarzeniem w historii, nieprzewidywalnym a jednak prawdopodobnym. Tyle ludzi chodzi po świecie, wiadome że któryś z nich na pewno ma nie po kolei w głowie... Ilu nekromantów pan zna? Zapewne działają po cichu, w odosobnieniu...
Jak to BYÂŁ. Wciąż jest. A poza tym Salazar zapomniał wiele z tego co było przed jego śmiercią. Nawet jeśli chciałby, nie może kłamać, bo nie pamięta tych wydarzeń po prostu. Nie wiem czego od niego chcecie, ale radziłabym panu, by pan pozwolił mi pójść i poszukać go.
Niech pan mówi jednak, co to za spisek? Czy znów coś pan knuje, bo już mam dość tych dziwacznych teorii. I naprawdę trudno odrzucić mi te "uprzedzenia". Bardzo niefortunnie zaczął pan tę naszą znajomość i jest ona bardzo niepokojąca.
Canis:
3 na jednego... jak by nie liczył i jakich malwersacji na liczbach nie próbował nadal przewaga przeciwnika zdawała się być tak ogromna, że wręcz świadcząca o bezsprzecznej, nieuniknionej, niechybnej i w ogóle przewidywanej jakimś trafem śmierci tej jednostki pozostającej w mniejszości. Jednak w jego głowie nie tyle przejmował się nadchodząca porażką, co brakiem realizacji dzisiejszego dnia tak jak zaplanował! Z ta świadomością osunął się po konarze klękając przy kostkach i wyjął sztylet z poszewki na łydce. Lewą rękę położył na pasie na rękojeści srebrnej amare.
W tym czasie, gdy Salazar czekał na agresorów, którzy zaczęli okrążać konar drzewa by z obu stron zaatakować rekruta z obu stron krzyżowym ogniem, Mary unosząc się w powietrzu dojrzała sytuację ataku dwójki bandytów i stojącego w odwodzie szlachcica z wyjętym muszkietem. Papuga wyczuwając zagrożenie dla bezpieczeństwa i zdrowia Salazara zaczęła pikować w kierunku szlachcica podżegacza, który zajęty kontrolą sytuacji nie zwracał uwagi na podniebne przestworza.
W momencie gdy bandyci mieli już wyskakiwać zza drzew, mary z impetem uderzyła z góry na szlachcica przysłaniając mu oczy rozpostartymi skrzydłami, zaś szpony zaczepiła o hełm, o otwory w oczodołach. Szlachcic zaskoczony zdarzeniem zaczął wrzeszczeć gubiąc broń z dłoni i przewracając się na plecy, zaczął miotać się by uwolnić z objęć papugi.
Bandyci wyrwani krzykiem z konsternacji spojrzeli na szlachcica i zatrzymując atak na Salazara zaczęli unosić bronie w kierunku ptaka, by go postrzelić, co było kompletnym kretynizmem z ich strony! Niegdyś gad wyskoczył zza drzewa w akrobatycznym skoku wyrywając szablę z uprzęży. Skoczył na bandytę, który tym razem szybciej dostrzegł pędzącego Salazara i kierując już dłonią z muszkietem w jego stronę... nie zdążył oddać strzału, gdy ostrze szabli z impetem uderzyło w gardło tnąc skórę, kręgosłup... odrąbując czystym uderzeniem głowę... czysta dekapitacja... i huk wystrzału. Bandyta stojący obok oddał strzał w kierunku szlachcica jednak było to kompletną głupota, nie trafił w miotającą się ptaszynę i na swoje szczęście nie zastrzelił swojego kompana.
Salazarowi dało to chwilę, by odskakując od mężczyzny z odcięta głową, doskoczyć do drugiego bandyty puszczając szabelkę i skupiając się na swoim sztylecie. doskoczył do niego i i biorąc zamach ciałem, przekładając ciężar ciała z jednej nogi na drugą, a korpus swój wprowadzając w ruch po łuku a tak samo wyprowadzając rękę w górę kierował ostrze pod żebra.
Ostrze wbiło się pod żebra dziurawiąc płuca. Salazar wywinął się za plecy bandyty...
1x Szlachcic podżegacz - zajęty przez Mary!
Narrator:
- Panno Evening... przecież siłą pani nie ciągnę do siebie... Jeżeli naprawdę nie interesuje pani spisek władzy i okupanta, może samego Meaneba, który zaczyna infiltrować władzę, gdy zło ogarnia nasze państwo i dokonuje rozkładu, jeżeli nie interesuje pani to, by uratować nasz kraj wspólnie z nami... to nie zatrzymuje pani... tak jak nie ciągnę pani łańcuchami. w każdej chwili może pani wyjść, wiemy ze jest pani godna szacunku i uznania mimo... moim skromnym zdaniem błędnej oceny i trochę... zbyt liberalnego podejścia... my jesteśmy bardziej tradycjonalni i konserwatywni... No i tak to był... ktoś kto nie żyje już nigdzie nie należy a o tej porze to już... nie ważne to i tak nic nie ważny człowiek.
- Jeżeli naprawdę nie chce pani ze mną rozmawiać... Gdy dostrzeże pani fakt i zauważy to, że organizacja terrorystyczna pod kryptonimem GTW trzęsie królestwem i zmienia je na swoją modłę doprowadzając krok po kroku do upadku naszej monarchii... to niech pani mnie znajdzie Annara, albo naszego przywódcy, Urta Enera.
- Nie zatrzymuję pani siłą... Mam nadzieję, ze nie zmasakrowani mu zanadto ciała, może przy pochówku z pompą i paradą się spotkamy... dopilnuję za wszelką cenę by go wreszcie zakopano. "Kto nigdy nie żył, nigdy nie umiera, nic nie utraci ten, co nie miał nic, ten kto nie kochał, nie wie co tęsknota, nie wie co gorycz, kto bez marzeń śni..." - nucił idąc na przód i spoglądając czy Evening się wreszcie zdecyduje by go wysłuchać, czy jednak odejdzie... W końcu... albo odrzucimy uprzedzenia w kąt... albo zawsze będą powracać gnębiąc nas po wsze czasy!
Evening Antarii:
Eve była na skraju wytrzymałości. Co za pech ją spotkał... Koleś zajął jej te kilkanaście minut, a mimo wszystko anielica czuła, że marnuje czas, którego ma nieskończenie wiele. Zdenerwowała się, nie mogła już słuchać jego wywodów, bo zdawało jej się, że każde jego słowo to kłamstwo i jakaś bajka. Co chwilę wspominał o śmierci Salazara, więc kobieta nie chciała zamieniać już z nim ani słowa.
Może i ominie ją okazja do odkrycia jakiegoś spisku, lecz w ustach tego elfa wszystko brzmiało tak nieprawdopodobnie, że Eve nie brała niczego na serio. Oprócz tego o śmierci Sala, ale to dlatego, że się martwiła.
-Może i GTW "trzęsie królestwem", jednakże śmiem twierdzić, iż z pana pomocą wiele nie zdziałam, gdyż uważam, że pan ma nie po kolei w głowie i proszę mi wybaczyć, ale w tym momencie nie mam już zamiaru dłużej z panem rozmawiać... Do widzenia!- ostatnie słowa niemal wykrzyczała, bo choć na zewnątrz zachowywała kamienną twarz, to w środku przeżywała istny koszmar.
Nie chcąc mieć więcej do czynienia z elfem, nie chcąc już patrzeć na jego chorobliwie bladą twarz, Eve rozłożyła skrzydła, odbiła się od ziemi i kilka machnięć później leciała już kilkanaście metrów nad ziemią w stronę rzeki.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej