Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (33/37) > >>

Evening Antarii:
-Władza, wojna i chaos- powtórzyła. -Tego właśnie pragną. Ale to aż muszą na drzewach wypisywać? Chodźmy sprawdzić tę jego siedzibę. Aż strach pomyśleć, co tam się może czaić... Pewnie całe zastępy tych magów- może Eve nie miała ochoty na konfrontację, ale chciała zakończyć tą rozpoczętą sprawę, która wszak mogła być groźna dla zwykłych ludzi przede wszystkim. Nie chciała nikogo narażać na spotkanie z tymi magami i ich chorą ideologią, toteż należało zwalczyć to u samego źródła.

Narrator:
Poszliście dalej lasem w kierunku pałacu... mijaliście kolejne drzewa, aż wreszcie dostrzelicie, że las zaczyna się przerzedzać i ujawniać posiadłość za jego granicami... gdy zbiegliście się na skraj lasu dojrzeliście okrutny obraz tego miejsca....


Dojrzeliście zza drzew zamek w opłakanym stanie. Główna wieża widokowa była kompletnie zniszczona i zrujnowana, zaś pozostałe mury zamku z uszczerbkami, a drewniane zadaszenia nadal dymiły. zwały murów popękane i zawalone ukazujące wnętrze zamku. zaś pod zamkiem w jego pobliżu mnóstwo ciał odzianych w szaty. Ciała częściowo spalone, zmiażdżone murami... no istna masakra. Wyglądało jakby nie było tam życia...

Evening Antarii:
Eve wyobrażała sobie ten pałacyk jako jakąś wydartą siłą okolicznym bogaczom posiadłość. Biała, murowana fasada, wysokie okna i zadbany ogród. Lecz to okazało się było jakieś wielkie zamczysko z potężnymi wieżami. Budowla, choć ukryta w lesie, nie mogła przecież pozostać niezauważona.
Eve wydała z siebie odgłos zachwytu. Albo bardziej zdziwienia. Dotąd zdawało jej się, że dobrze zna Valfden. Tymczasem jego tajemnice kryły się czasem w podziemiach, czasem w górach, a nierzadko w głębi lasu, na drugim brzegu rzeki.
-Co tu się stało? Myślisz, że to przez ten lazurowy płomień? To tutaj go "trzymano"?- pytała Salazara, choć on pewnie wiedział niewiele więcej. Ciała były zmasakrowane, krajobraz był jak po bitwie, oblężeniu nie pałacyku, ale wielkiego pałacu, stworzonego nie po to by w nim mieszkać, ale w celach wojennych, by coś tu ukryć, zamaskować. Siedziba magów robiła wrażenie i to pewnie tutaj odbywały się te wszystkie narady, snucie złych planów przeciwko królestwu...
Trupów było pełno. Gdzie kryli się magowie? Ciała były świeże, nie mogło minąć dużo czasu... Wieże wciąż się dymiły, ogień w niektórych miejscach nie przygasł jeszcze.

Canis:
- No na tej wieży pewnie płonął... bo ty było jak taki... płomień na latarni morskiej... to pewnie z tego... ale naprawdę było ładne! - zażekał się, w końcu pod takim pretekstem chciał "wywabić" Evening z miasta. Jak to mówią, "intencje były jakie były a wyszło jak zwykle", także było przynajmniej niecodziennie.

Widząc brak zagrożeń Salazar przestąpił kolejne chaszcze i zaczął przyglądać się kolejnym ciałom idąc w kierunku zamku. Przemykał miedzy ciałami idąc w kierunku najwyższej wierzy, która doszczętnie zniszcozna musiała doznać eksplozji.

- Nie wydaje ci się... że to może być "Chaos"? - Spojrzał na Evening pytającym wzrokiem ale po chwili machnął ręką - Znaczy w sensie ten z obrazka... Nie... może za dużo nad interpretuję. Wybacz.

Narrator:
Gdy mijaliście ciała i zmierzaliscie w kierunku zamku dojrzeliście u podnóża ściany cytadeli dwa nagrobki. Podchodząc bliżej dojrzeliście,  że na jednym z nich napis głoszący:
"W tym grobie spoczywają Dart i Helena Is Gracil zmarli 11.01.21
Na drugim zaś był napis:

"Masowy grób 7 potomków rodziny Is Gracil, okryte hańbą przez swój ród."
Jakby nie patrzeć były to niejasne przekazy informacji... Chociaż mogące prowadzić do dobrych konkluzji.


Wśród zniszczeń i obrazu katastrofy nie było nic słychać... Wśród ciał martwych magów nie było widać żadnych niepokojących oznak. Wszystko świadczyło o tym, ze to miejsce nie dość, ze jest zniszczone, ze przeżyło katastrofę, nieudany eksperyment, eksplozję... to na dodatek umarło wraz z wybuchem.

Takie przeświadczenie mogła mieć dwójka podróżników do momentu aż usłyszała ciche kaszlniecie dobiegające spośród ciał, a leżał tam Annar... wyglądający na trochę... rannego.

Annar w swojej istocie napawał dwójkę negatywnymi emocjami, i były ku temu powodu więc mógł radować ich widok Annara, któremu brakowało stopy u prawej nogi, a lewa noga była rozerwana na strzępy już w kolanie, zaś ręce był połamane zmiażdżone i nadpalone. włosy spalone aż po skórę głowy na której rozległe oparzenia. I byłby niemal nie do poznania gdyby nie jego charakterystyczne oczy i twarz, które nie doznały wielu zmian. całe ciało pokryte ranami i broczące z wielu miejsc krwią.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej