Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Canis:
- Ja grozić? Czyś się pan szaleju najadł, czy po prostu do reszty zwariował, to wy mi obywatelu szubienicą grozicie. Nie zamierzam nigdzie z wami iść. Idźcie sobie grozić innym. - Odparł niezadowolony z miną jakże pokazującą niechęć do rozmówcy.
Narrator:
Mary nie mogła zrozumieć takiego polecenia... mimo ze była piękna i inteligentna to zdolności percepcji papugi były zdolne do zrozumienia prostych poleceń, wielu ale prostych a nie złożonych... a zdolność przekazywania głosowego zamykających się w kilku zaledwie słowach jak 3 czy 4... Niemniej jednak zdzizorientowana... (zdziwiona i zdezorientowana w jednym momencie!) spojrzała na Evening i rozłożyła skrzydła i zamachnęła raz spoglądając pytająco na Evening... wystarczyło jedno jej słowo by odleciała.
- Tak ma problemy. Moi koledzy za chwilę zaproszą go na małą pogawędkę gdzie zdradzi szczegóły magicznych sztuczek, dzięki którym dostało nowe ciało i jakim to sposobem nikt nie zdziwił się, ze jednego dnia z hrabiego gada jest hrabia człowiek o zupełnie innym wyglądzie a podający się za tą samą osobę. Pani to nie dziwiło? - Zapytał z uśmiechem. Lecz nie oczekiwał odpowiedzi. - Po rozmowie albo go zabiją by ułatwić wymiarowi sprawiedliwości pracę, albo zrobią wszystko by publicznie go upokorzyć i skazać. Na szczęście nie ma najmniejszych szans by uciec przed społeczną sprawiedliwością, rzadko keidy udaje się tak pochwycić złoczyńcę. - Mówił bez ceregieli jak by mówił o naturalnym planie wydarzeń, nieuniknionym, pewnym. - No i chcę również o podobnych sprawach z panią porozmawiać, jednak bez obaw nikt pani nie grozi i nie zagrozi w mojej obecności jestem po pani stronie, chcę pani pomóc, musimy zatroszczyć się o przyszłość naszego wspaniałego kraju i pozbyć się czarnych plam zepsucia na narodzie. Zatem, chodźmy. - Mówił ponownie wyciągając ramię by móc poprowadzić Evening ku dzielnicy mieszkalnej, ku podgrodziu.
- Panie Trevant... traci pan fason, chodźmy już, naprawdę szkoda pana czasu i moich wysiłków. przecież nie będziemy tu publicznie się wykłócać. - powiedział rozchylając poły wierzchniego dozienia, pod którymi skryte były pistolety skałkowe. położył ręce na biodrach eksponując swoją gotowość do użycia broni palnej. podobne czynności podjęła pozostałą trójka podżegaczy na końcu pomostu.
Evening Antarii:
Widząc, że ara nie zrozumiała skomplikowanej wypowiedzi, Eve powiedziała tylko -Salazar!- żeby ptak mógł się domyślić o kogo chodzi. To było znacznie łatwiejsze do zrozumienia i być może Mary zrozumie, że ma lecieć i sprawdzić co z nim się dzieje. Ewentualnie powiadomić o czymś, co jej tam ślina na dziób przyniesie. Byłby to jakiś niepokojący znak, skoro ptak przyleciał bez anielicy na miejsce spotkania... Choć Salazar w tym czasie mógł mieć swoje problemy, tak jak i ona teraz, gdyż kompletnie nie wiedziała co robić.
Zabić go jakimś zaklęciem w centrum Efehidonu? To byłoby bardzo ryzykowne i z pewnością skazałoby ją na łaskę społeczeństwa, które raczej jest głupie i nie wie, czym groził jej Annar. Władał też magią umysłu, więc żaden paraliż czy sen pewnie by nie podziałały. Jednak... próbować było warto. Lecz to nie teraz. Musiała liczyć na to, że Sal jakoś sobie radzi, cokolwiek mu się przydarzyło.
-Zwykłe wskrzeszenie, czemu się tu dziwić?- odezwała się wreszcie pytaniem. -To nie żadna sztuczka ale moc sprawcza... mieszka pełnego grzywien- mówiła oburzona. -Osobowość zachował, jego nie można pomylić z nikim innym więc nie- nie dziwiło mnie to wcale. I proszę nie oskarżać członków Bractwa o jakieś niecne czyny! Nie mam zamiaru z panem rozmawiać, proszę dać mi spokój!- nie podała mu dłoni, zdenerwowana ruszyła w przeciwnym kierunku, czyli tam, gdzie wcześniej zmierzała razem z Mary. Nie miała zamiaru ustępować temu elfowi. W środku miasta nie mógł jej bardzo zaszkodzić, tak jak i ona jemu. Nie obchodziło ją to, co chciał jej pokazać. Pewnie prowadził ją do jakiejś zasadzki czy pułapki.
Szybkim i zdecydowanym krokiem, niemal uciekając, oddalała się od elfa. Nie chciała być zmuszona do użycia magii. Miała przecież sztylet i miecz, ale to gorsze nawet od zaklęć... W końcu jeszcze nic jej nie zrobił, tylko groził, i nie wiadomo czy mówił prawdę.
Canis:
- Więc porozmawiamy za zajazdem. ale te bronie radze wam schować bo ani jeden z was nie zdąży odpiąć od pasa gdy w ważnych żyłach krew zapłonie żywym ogniem. - Ostrzegł nieznajomego i po raz ostatni spojrzał w mleczną toń pary unoszącej się nad rzeką. Puszczając zaciśnięta na barierce dłoń zwrócił się w kierunku lądu. - WIęc? Idziemy, pan przodem. - powiedział wskazując dłonią. - O co więc wam dokładnie chodzi.
Narrator:
Mary ponaglana ruchami Evening wzbiła się w powietrze nie rozumiejąc nadal czemu dzieje się inaczej niż dotąd chciano. okrążyła plac raz by przyjrzeć się rozmawiającemu Elfowi z Evening. Wzniosła się w powietrze i poszybowała na południe...
Elf widząc zdenerwowanie Evening nie wiedział co poczynić by ją uspokoić, jednak wiedział, ze to jest bez sensu że odchodzi teraz od niego, gdy chwilę prędzej odesłała papugę, która najpewniej miała robić za przewodnika do celu.
- Panno Evening! No bądźmy dorośli i nie zachowujmy się jak dzieci... Przecież nie wie pani dokąd ma pani iść, a ja wiem. Odesłała pani papugę, która to wiedziała i chcąc nie chcąc mogę pani pomóc! A czasu się nie cofnie i nie zmieni! Mogę panią do niego zaprowadzić ale on i tak będzie już zimny... czyli taki jaki był zawsze. - ostatnie dopowiedział jakby od nie chcenia nie rozumiejąc zdenerwowania Evening kompletnie.- Ja nie oskarżam członków bractwa o nic, gdzież bym śmiał waszemu honorowi ujmować ani w myślach ani w czynach nigdy bym się tego nie dopuścił! - zapewniał Evening o swoich szczerych chęciach i braku niecnych zamiarów. - Ja się chyba źle wyraziłem może, nie wiem... O mogę pani opowiedzieć po co Salazar panią zaprosił! - Powiedział biegnąć za Evening i chcąc ją zatrzymać. - Jedną z niewielu rzeczy jakie się nauczyłem w moim wieku a jak mówię jestem młody, to inwigilować ludność, dedukować i zrozumieć to co się dzieje. Może jednak zechce pani się ze mną przejść i porozmawiać. Naprawdę nie dajmy się ponosić emocjom, myśmy są długowieczni, nas czas nie goni pani... Więc? Naprawdę mam dobre zamiary. A co się stało to się nie odstanie, moja pani... - mówił kłaniając się. - Więcej nie będę prosił, moja pani...
Zeszliście z pomostu w pobliżu Zajazdu "pod rozdygotanym starcem". Mijając rozległy kompleks i wychodząc znad plaż wyszliście za budynek, gdzie rozpościerał się niewielki zagajnik, a w nim lipowe drzewa. wszędzie widać było bogate krzewy pełne owoców, jak jeżyny, jagody, maliny...
- Niech pan opowie o swoim poprzednim życiu, o tym jak zmienił pan ciało, kto to zrobił, gdzie?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej