Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Lazurowy płomień

<< < (23/37) > >>

Evening Antarii:
-Niby marnowali czas, a mieli przydatne wiadomości, których nie udało mi się wyciągnąć, choć mogłam... I słuchałam tak, że jednym uchem wlatywało a drugim wylatywało- mówiła zawiedziona. -Ale wtedy nie wiedziałam też, że coś tak poważnego z tego wyniknie. Trudno... Sami też mogą wiele zdziałać bez niczyjej pomocy.
-Nie, nie będę spać... I tak pewnie nie zasnę. Mówisz, że to daleko? Hmm... To może nie tak po linii prostej ale od którejś strony. Potem popłyniemy trochę wzdłuż brzegu, sprawdzimy co się tam właściwie dzieje, jak będzie można bezpiecznie wyjść na brzeg na przykład. Po prostu wybadamy sytuację. Może być?- wolała się upewnić i zapytać kogoś, kto naprawdę umie dowodzić fregatą, a nie tylko nieudolnie próbuje kapitanować.

Canis:
- Z tego wynika że... chcieli tobie zaproponować dołączenie do ich szeregów. To wygląda jakby to była jakaś zorganizowana grupa przestępcza, może komórka terrorystyczna. - zauważył. - Jeżeli to drugie to bardzo możliwe, że nie zrozumiałaś jego intencji, które mają podwaliny w jakichś przekonaniach... często nieracjonalnych.

- Zatem moja pani kapitan, popłyńmy bardziej na lewo, co prawda nadłożymy trochę drogi, ale nie dojrzą nas z brzegu od tak, a my będziemy mogli ich zaskoczyć idąc lądem albo wpływając płycizną od boku, jak świetnie zauważyłaś i powiedziałaś. - Powiedział jakże po prostu twierdząco wersję Evening, która była jakby nie patrzeć cwanie-sprytną! - Gdy dopłyniemy to i tak lepiej by było się schować, może nawet zdrzemnąć i przeczekać do zachodu słońca... i pod osłoną nocy zbadać lazurowy płomień, byśmy się dowiedzieli nie tylko kto tam jest, co robi, to jeszcze czym to było... bo i tak zapewne nie będą chcieli sami powiedzieć... taka natura fanatyków... - wzruszył ramionami niezdecydowany...

Ale znając już opinię Evening, kilkakrotnie więcej zamachną wiosełkiem po prawej stronie łódki, która energicznie skręciła na wodzie właśnie w tę stronę, by potem na przemian wiosłować raz z lewej raz z prawej strony burty, by łódka mogła spokojnie sunąc po tafli krystalicznie czystej wody w kierunku oddalonego znacznie lądu...

Evening Antarii:
-Phi, nie mam zamiaru dołączać do tych psychopatów. ÂŻeby anielice próbować wziąć na swoją stronę!? Co za ludzie...- wzdychała i dziwiła się na zmianę. A jej oburzenie wcale nie słabło od chwili tej nieszczęsnej rozmowy z Annarem.
-Nie powinniśmy się tak rzucać w oczy, więc rzeczywiście lepiej będzie się skryć nieco. Choć mi z tymi skrzydłami też trochę ciężej- uśmiechnęła się. A potem już zamilknęła, gdyż nie miała siły na rozmowę. Walka, długi wieczór, świetlista noc, teraz jeszcze przeprawa na drugi brzeg...
Eve wpatrzyła się w toń wody, która była szara, mętna, ale to nie przez brudy, ale promienie słońca, które jeszcze dobrze nie oświetlały ziemi. Słońce wschodziło powoli, a jednak miarowo, i nie ustępowało w swej wędrówce. Było coraz jaśniej, a Eve chciało się spać. Zamyśliła się trochę wpatrując się w te zmarszczki na wodzie...
Wreszcie namyśliła się i sięgnęła po ten kocyk, który wciąż ją kusił. Nie było zbytnio możliwości ułożenia się wygodnie, więc anielica tylko przykryła się nim, gdyż zmarzła. Co jak co ale poranki były chłodne, nawet te letnie.

Canis:
- Każdego można omamić mową... wiele jest teorii, które gdy trafią na dobry grunt potrafią wzrosnąć niczym chwasty... tak działa terroryzm... mami fałszywym przeświadczeniem i wizją świata która kiełkuje nawet ze słusznych idei... jednak z użyciem niewłaściwych metod... - i na tym zakończył nużenie swojej rozmówczyni, uśmiechnął się i rozpiął surdut, położył go na ławeczce i będąc nie skrępowanym odzieniem swobodnie wiosłował starając się robić to w miarę energicznie i szybko, chociaż w ramach zdrowego rozsądku co by się nie "zasapać" i nie hałasować pani kapitan tej łódeczki-szalupy. Salusiowi nie doskwierał chłód poranka... wysiłek zawsze rozgrzewa! a stała nieprzerwana wzmożona powinność wiosłowania szczególnie.

- Starczy miejsca, byś mogła otoczyć się tymi skrzydełkami na przód i jakoś ułożyć boczkiem czy coś... Pierwsza klasa to to nie jest... ale... - wzruszył ramionami... nie wiedział jak pomóc w tym Evening, wszakże też nie chciał, by musiała w milczeniu zmęczona siedzieć, bo się tylko całkiem wykończy i zamęczy... A w jej i jego interesie było, by Evening była wypoczęta i w pełni sił... jedno to by zmęczenie nie skutkowało negatywnymi efektami jak obniżoną sprawnością fizyczną, bowiem oboje zmierzali jakby nie patrzeć do jakiejś siedziby nieprzyjaciela, jak i też niedobrym nastrojem! A był to dzień dziwny i przewroty pełen niecodziennych, nawet kilku nienormalnych zdarzeń, więc należał się odpoczynek...

Narrator:
Wynurzające się słońce znad horyzontu powolnie zaczynało o oświetlać nie tylko taflę wody, ale także wasze postacie, których cienie padały na taflę lazurowej, krystalicznie czystej wody. Delikatne fale wywoływane wiatrem powodowały delikatne tańce waszych czarnych prześladowców (w końcu cień to jak jakiś prześladowca pełznący krok w krok za nami).

Spokój. Cisza. Bijące promieniami w twarz słońce. Czyste, bezchmurne niebo... Cisza. Te elementy dominowały wokół was, ustępowały miejsca w czasie rozmowy wybudzając was ze znużenia i swoistej katatonii... Tak Salazar w momentach ciszy ruchowo powtarzał czynności wiosłowania powtarzając znane ruchy schematycznie, bezmyślnie... Zaś jego świadomość uruchamiała się tylko wtedy, gdy stan wokół zmieniał się nienaturalnie... gdy usłyszał głos Evening, gdy zobaczył jej ruch, gdy doświadczył jakiejś zmiany zewnętrznej poza łodzią, co wywoływało na nim wrażenie nagłego wybudzenia ze snu... Evening podobnie, otulona kocami mrużyła oczy zmuszona zmęczeniem i mijającym czasem z brakiem snu... Miniony dzień już i tak był pełen wrażeń i emocji... wymagał swoistej regeneracji organizmu... mimo światłego celu i szczerych, dobrych intencji, rozwiązania problemu i prawie (a wszyscy wiemy co prawie oznacza ha!) ciekawego towarzystwa, które również przysypiało, wymagało oczyszczenia i nie mogło się obyć bez chwili drzemki.

Mimo, ze łódka była mała, a postać anielicy figurą niecodzienną, do której zapewne nie budowano szczególnych łódek wypoczynkowych, to Evening mogła znaleźć dość miejsca, by położyć się w niej, otulić swoimi skrzydełkami i boczkiem jakoś tam przy Salazarze wiosłującym zmieścić...

A Salazar... pracował więc aktywność ruchowa nie pozwalała mu usnąć, jedynie bardziej go wykańczała energetycznie...

//Evening Antarii: Z powodu zmęczenia tracisz 1 finiszer z każdej znanej tobie specjalizacji walki. Tracisz 1 inkantację z dostępnej tobie puli inkantacji, ponadto każda czynność magiczna wymagająca inkantacji wymaga zdwojonej ilości inkantacji, do momentu odbycia przynajmniej 2 godzinnego snu.

//Salazar Trevant: Z powodu zmęczenia tracisz 2 finiszery z każdej znanej tobie specjalizacji walki. Tracisz 2 inkantacje z dostępnej tobie puli inkantacji, ponadto każda czynność magiczna wymagająca inkantacji wymaga zdwojonej ilości inkantacji, do momentu odbycia przynajmniej 4 godzinnego snu.

Oddalaliście się już znacząco od lądu, pomost wraz z brzegiem i zajazdem zniknął za wami, zaś przed wami nadal nie było widać lądu... wszakże znajdowaliście się w najszerszym punkcie rzeki, który to był ogrodzony tamami tworząc basen, niemniej jednak wymagał wiele pracy by przebyć na jego drugą stronę. Płynęliście już 3 godziny, by znaleźć się w tym miejscu, w połowie drogi na drugi brzeg. Płynęliście po skosie, co by uniknąć spotkania z właściwym miejscem z którego nocą świecił lazurowy płomień... Słońce już było wysoko gdy zmęczenie szczególnie was dopadało.

//Jest 1.03.22 godzina 9:00. 

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej