Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Lazurowy płomień
Evening Antarii:
-Trudno mi to jakoś wszystko połączyć- przyznała szczerze w drodze na pomost. -Chyba właśnie dlatego, że nie wiemy dlaczego nas atakują. Annar mi wspominał o Urcie Enerze, więc to nie on nimi dowodzi, nie tak bezpośrednio. Jest jeszcze ten Urt, ale nie wiem kto to i jak go znaleźć... Szkoda, że nie wiemy gdzie on jest- między jej brwiami pojawiła się charakterystyczna zmarszczka. Próbowała w głowie to poskładać, ale... Brakło jej pomysłów. Miała nadzieję, że przeprawa na drugi brzeg więcej wyjaśni. Chociażby to czym był lazurowy płomień.
-Ech, jakbym poleciała, już dawno bym tam była- zaśmiała się, tylko udając niezadowolenie z tego, że ma skrzydła, a musi przeprawiać się łódką. Tak naprawdę Eve bardzo lubiła pływać statkami, a że ta łódka jest troszkę mniejsza od brygu - to nie szkodzi.
Chwyciła Salazara za rękę i przyłożyła głowę do jego ramienia. -Hmm, myślałam że ty powiosłujesz, a ja sobie popatrzę, no ale dobra. Ewentualnie mogę trochę pomachać wiosłem- zaśmiała się.
Narrator:
Swobodnie szliście ku pomostowi i zauważyliście, że rozmowa między wami, rozmowa z karczmarzem i czas który mijał w waszym towarzystwie po woli aczkolwiek nieubłaganie mijał. Pora dnia zbliżała się do pory wschodu słońca, która w ostatni dzień ciepłych dni następowała...
Nocne niebo ustępowało, a powstała zorza na niebie blakła wraz z jaśniejącym z każda minutą niebem.
Dotarliście na pomost, skąd ludzie już się oddalali wracając do karczmy... Gdy w końcu weszliście na pomost pozostaliście na nim sami mogąc delektować się oglądaniem wschodu słońca... chociaż pewnie nie to było w waszych myślach i zamiarach.
Nie dane było wam oglądać "lazurowego płomienia", jednak oboje, już w pierwszych promieniach słońca dostrzegliście kontury małych łódek i szalup...
Białe, zadbane, odświeżone... no nówki niezniszczone wsiadać i płynąć...
Canis:
- Bandyci chcieli mnie zabić... nie mówili nic o Tobie... zaś Annara spotkałaś w mieście, później oboje spotykamy go tutaj gdy atakuje nas... Oni mogą nie chcieć tobie robić krzywdy, a może po prostu pozbyć się mnie. Jednak twoje imię i nazwisko pojawiło się na tej liście... ale ona może nie być listą osób "do likwidacji", ale być listą ważniejszych osób, które coś może łączyć. Urt Ener... To brzmi na orkowe imię, takie szamańskie jak jakiś Ur Shack albo coś...
- Przydało by się porwać jakiegoś członka tej grupy gdy tam dotrzemy. Jakiegoś Annara albo maga, albo kogoś po prostu, kto może być zaangażowanym i prominentnym udziałowcem pomysłu... Jeżeli jest pałacyk to jest służba nadworna. Musimy poszukać jakiegoś lokaja, kamerdynera albo jakiegoś zarządcę obiektu, który tym się wiesz... opiekuje. A jeżeli to ich siedziba... to nie może być ciężko tam "od tak" wpłynąć.
Mówił komentując i marszcząc czoło.
- Wiesz... - Zaczął widząc charakterystyczną zmarszczkę zaniepokojenia... może zdziwienia... wzmożonego myślenia i analizy sytuacji... no tą właśnie tą którą dojrzał teraz między jej brwiami... jednak nie kończył, poczekał chwilę by w końcu poczuć dotyk jej dłoni i głowę na ramieniu, no i jakże wywrotową motywację do wiosłowania. Roześmiał się na słowa, że była by tam szybciej a na powiedzenie o patrzeniu na wiosłowanie już nie wytrzymał i pojawiły się dźwięczne ciche drobne "heheszki". Pokierował lewą dłoń do twarzy Evening i przesunął delikatnie opuszkami palców, by po chwili delikatnie ją odchylić a samemu pochylić się i delikatnie ucałować usta i się lekko "półgębkiem" uśmiechnąć przebiegle jakże chytrze i cwanie co się miało zaraz okazać czemu!
- Oczywiście, piękna pani kapitan, że będę wiosłował! Za to ty będziesz nawigować gdzie płyniemy! Jako że masz już doświadczenie w dowodzeniu-kapitanowaniu to będzie to najlepszy możliwy układ! Co prawda to nie to co dowodzenie fregatą... ale to chyba jeszcze łatwiej nie? - powiedział z uśmiechem i mrugnął oczkiem. i tu zaśmiał się tym bardziej powiem wiedział, że Evening nie lubi wspominania tej sytuacji, gdy na jej barkach to spoczęło w jakże wywrotowej sytuacji podróży na Chatal. W towarzystwie swojego śmiechu ukląkł przed cumami i odwiązał linę od najbliższej niebiesko białej łódeczki 2-osobowej. pociągnął linę do drabinki i wszedł do niej ostrożnie uważając by rozchwiana na falach nie wywróciła się wraz z nim. Ukląkł przy krawędzi i przekładając linę przez drewniane szczeble, przyciągnął i przycisnął łódkę do drabinki, by mniej się chwiała i chybotała, a już jego ciężar ją stabilizował.
- Zapraszamy do łódeczki! - Powiedział Saluś podając rękę, drugą zaś już znalazł dla siebie wiosła! a ze tylko 2 były to już jemu przypadła praca wioślarza!
Evening Antarii:
Eve nie lubiła wschodów słońca. Przed pojawieniem się gwiazdy na horyzoncie był najzimniejszy moment nocy i właśnie ten chłód i mrok przeszywały ciało i duszę na wskroś. Niby to symbol nowego początku itd itp, ale to zachody słońca mają w sobie tę prawdziwą magię i są bardziej romantyczne chociażby. O wschodzie słońca jeszcze się śpi. Dlatego Eve poczuła znużenie i zmęczenie. Nawet ziewnęła kilka razy pragnąc nieco się ocucić z tego spowolnienia myśli. Szybko jej minęła ta noc, nawet nie zwróciła uwagi na ten upływający czas.
ÂŚwiatła na niebie znikały, ale to chyba dopiero początek tej dziwnej sprawy...
ÂŁódeczki, jak przystało na lokal dla bogatszych klientów, były w doskonałym stanie. Aż miło było wsiąść.
-Nie wiem na jakiej zasadzie wybierają swoje "ofiary". Jednak mi też się wydaje, że bardziej im zależy na tobie, a nie na mnie. Choć i tak już rozzłościłam Annara... Także chyba mam przechlapane bardziej niż ty- uśmiechnęła się niemrawo. -Wszyscy, którzy byli na liście są dość znaczącymi osobami i raczej znanymi w Efehidonie co najmniej. Hm... no nie wiem- przyciszyła głos. -Urt Ener... Może i masz rację, że ork. Wiem za to, że Annar coś tam mówił o grupie trzymającej władzę? ÂŻałuję teraz, że uważniej go nie słuchałam, ale był tak denerwujący, że tylko się denerwowałam przez niego, ech- mówiła z irytacją. Zaraz jednak ta złość na elfa minęła. Poczuła miły dotyk i ciepły pocałunek więc te złe emocje odeszły.
-Ano, łatwiej!- potwierdziła wesoło. -Mam nadzieję, że teraz piraci nie zaatakują mi załogi i nie zniszczą pokładu. I że nikt ciebie nie porwie i wciągnie gdzieś pod wodę- wyliczała poważanie, ale potem szeroko się uśmiechnęła.
Skorzystała z pomocnej dłoni Salazara, ale równie dobrze mogła się przemieścić. Sama się sobie dziwiła dlaczego tak rzadko używa tych przydatnych wyuczonych umiejętności. O ile w domu wszystko bierze sobie za pomocą telekinezy, albo przemieszcza się na samą górę schodów, to publicznie woli tego nie robić. Niektórzy ludzie nie rozróżniają magii śmierci od życia. Właśnie dlatego trzeba się kryć i nie prowokować zwykłych śmiertelników.
-Odbijamy!- wydała rozkaz. No ale nie chciała Salci denerwować tymi głupimi komendami, więc to była pierwsza i ostatnia.
Canis:
- Nie ma co się denerwować obcymi! jak cię zdenerwowali to znaczy, że marnowali twój czas... co innego ze znajomymi... bogate to przyjaźnie pełne kłótni i godzenia się! - mówił z uśmiechem.
Nikt nie wątpił w samodzielność Evening, zwłaszcza Salazar. Bowiem Saluś znał naturę ludzką mimo że miał gadzie korzenie! Każdy lubi dni, momenty życia, które owocują łatwiejszą drogą do tego samego celu - jednak są też dni własnego zaparcia, gdy pragniemy wyjść z komfortowej sytuacji i samodzielnie wszystko zrobić, osiągnąć, mieć przestrzeń wokół siebie i swoje własne zabawki, których nikt nie będzie jej ruszał bo są po prostu jej! To normalne i takie bardzo dobre, bowiem pokazuje przywiązanie do własnego życia i daje nam zakotwiczenie w samym sobie.
To jedna z wielu własności Evening, którą w niej niezwykle cenił... mimo, że mogło wyglądać jakby chciał ją momentami wyręczać czy coś... nie miał takiego zamiaru wręcz przeciwnie... nigdy nie chciał uwłaczać jej własnemu działaniu, jedynie pragnął tych, w których mógłby uczestniczyć, jej pomóc, chodź nie wyręczyć. By mogli wspólnie sobie pomagać tak i w trudach jak i przyjemnościach. Zaś drobny gest woli jak podanie ręki przy wejściu do łódki to grzecznościowy, który... chodźby i uśmiechem i brzmieniem miał okazać, ze mu zależy na niej i jej dobru.
Saluś wiedział... że na siłę niczego się nie zrobi... wiedział, ze Evening tak wspaniała i piękna... ze swoimi wadami i ograniczeniami, taka jaka jest, ma wnętrze, bogate, pełne doświadczeń, emocji, wrażeń, zachowań... "wysp osobowości", które są jej i tylko jej... Tak jednak też wierzył i miał ku temu nadzieję, ze znajdzie się dzień i ta chwila, gdy gdzieś tam, wśród nich zaowocuje i on, Saluś taki jakim jest, pełnym swoich wad i ograniczeń, tak i z własnym bagażem doświadczeń.
Kończąc bezecne rozważania uśmiechnął się na rozkaz. prawa dłoń, która przed chwilą podał anielicy powędrowała do czoła i "zasalautował" pani kapitan!
- Tak jest pani kapitan! - Powiedział z uśmiechem odwiązując liny od drabinek i zaparł piórem wiosła o szczebelki drabinki odpychając ją na wprost na wskroś wody zgodnie z kierunkiem jak prowadził pomost dalej...
- Jakie rozkazy? płyniemy wprost na punkt gdzie biło światełko czy może inna strategia? może od boku zachodzimy dot ego pałacyku czy jak? Melduję, ze zanim dopłyniemy to już będzie na pewno w pełni jasno.... wolno wiosłuję... - mruknął ostatnie wiedząc, że to meczące będzie z czasem! - Może pani kapitan się zdrzemnąć... trochę niewygodnie ale kocyki są! - zauważył leżące przy dziobku łódki sterty złożonych, czystych, błękitnych kocyków.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej