Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Próba Siły #13 - Marduke
Funeris Venatio:
Był faktycznie wieczór, Słońce powoli kończyło swoją wędrówką po nieboskłonie, kierowało się na zachód. Coraz bardziej, z wielkim uporem, jak każdego dnia od zarania światów. ÂŚwiatło dochodzące z gwiazdy rozszczepiało się o marantową atmosferę pod coraz to mniejszym kątem, co doprowadzało do zmienienia barwy nieba. Z błękitnej w środku dnia przechodziło w pomarańcze, czerwienie. Piękny widok, niektórzy uwielbiali się nim zachwycać i uważali go za doskonały twór natury, tak majestatyczny, i chociaż powtarzalny, za każdym razem równie mocno urzekający.
Marduke szedł więc ulicami miasta na zachód, mając przed sobą ów widok. Był teraz na Starym Mieście, dzielnicy, która powstała i została zasiedlona jako pierwsza, gdy kolonizatorzy z kontynentu osadzili się na tych terenach. Przed człowiekiem, w zasięgu wzroku, majaczyła strzelista budowla zwieńczona kilkoma kopułami, przedstawiająca obrazy nowych bogów. Gdy potencjalny przyszły rekrut Bractwa dotarł w jej pobliże, do całkowitego zachodu Słońca pozostało jeszcze nieco ponad godzinę. Stąd, z tego miejsca, wychodziło kilka uliczek. Jedna z większych kierowała się na północ, gdzie jak zdążył się już dowiedzieć, znajdowały się cechy rzemieślnicze. Następna kontynuowała swoją drogę na zachód, gdzie teren znaczyły raczej niskie budynki, z kominów których czasem unosił się dym.
Marduk Draven:
Ludzi coraz mniej. Chyba wychodzę już ze strefy rynku. Hmm. Czas chyba by w końcu zapytać kogoś.. Podszedł do najbliższego przechodnia mierząc osobę wzrokiem by wiedzieć z kim ma do czynienia, uśmiechnął się i spytał:
-Przepraszam. Wiadomo może wam którędy do browaru świdnickiego? Bardzo by mi była taka informacja użyteczna.
Funeris Venatio:
Mężczyzna to był w podeszłym wieku, a że był do tego elfem, to pewnie na karku miał już kilkaset wiosen. Ubrany w schludny surdut, zapinany mosiężnymi guzikami, przemierzał spokojnie uliczkę nie spiesząc się nigdzie. Jego zielone oczy i smukła twarz budziły pewną dozę zaufania, a i samo spojrzenie miał raczej przyjazne i miłe. Gdy ujrzał młodego jak na swoje standardy człowieka, uśmiechnął się życzliwie. Rozejrzał się najpierw wokół, jakby próbując zlokalizować swoją pozycję, później od razu zabrał się za tłumaczenie drogi.
- Drogi panie... Widzisz pan tę uliczkę, która o tam biegnie, prosto jak w twarz strzelił? - tutaj elf wskazał wyłożoną drewnianymi deskami drogę biegnącą między ścianami budynków mieszkalnych i użytkowych. - Jak pójdziesz tą drogą, drogi panie, to dojdziesz do takiego małego skrzyżowania. Skręcisz pan w prawo, zobaczysz taką karczmę z wymalowanym jednorożcem na desce. Nieudolnie wymalowanym jednorożcem, swoją drogą. Pójdziesz pan później prosto, dwie przecznice dokładnie, potem skręcisz w lewo. Jak już będziesz pan na takim małym placyku, to zobaczysz pan stoisko takiego straganiarza, który sprzedaje bajdle. Najlepsze bajdle w całym Efehidon, mówię panu! - podekscytował się elf. Machał rękoma, podnosił głos.
- Ale... ale to nie tam tobie droga, bo ty do browaru. Także to nie tam - powiedział wreszcie jak już otarł ślinkę lecącą mu z ust. - Musisz iść tą uliczką. Tą, co na niej właśnie kostkę brukową kładą. Idziesz pan do końca tej drogi, drogi panie. Na końcu, gdzie już kostki nie kładą, idziesz pan w lewo. Idziesz, idziesz, idziesz... aż dojdziesz. Tam wszędzie są takie raczej niskie budynki, a jak zobaczysz pan taki wyższy z czerwonej cegły, to to właśnie będzie browar świdnicki. To tam Ci trzeba.
Marduk Draven:
Marduke uważnie chłonął każde słowo. Tworzył w myślach swoistą mapę na podstawie słów. Obejrzał się na tworzoną właśnie uliczkę którą przewodnik wskazał. W końcu elf powiedział co miał powiedzieć.
-Dziękuję bardzo, miły panie. Do widzenia!- Marduke ukłonił się z szacunkiem i odszedł w stronę uliczki na którą kładziono kostkę.
Zszedł na pobocze by nie trudzić się omijaniem robotników i szedł żwawo, lecz dość długo, bo około dziesięciu minut. Doszedł do miejsca gdzie jak rzekł elf "kostki nie kładą". Skręcił w lewo i szedł, szedł i szedł. Zastanawiał się nawet czy nie lepiej byłoby pobiec. Doszedł jednak do wniosku że zmarnowałby tylko energię potrzebną na walkę. Więc tak szedł, szedł i szedł, aż napotkał niskie budynki. W oddali widniał ździebka wyższy od innych budynek, z czerwonej cegły. Marduke lekko przyśpieszył.
Funeris Venatio:
Stanął wreszcie przed browarem. Budynek faktycznie miał o jedną więcej kondygnację niż pozostałe, był obszerny, wykonany z czerwonej cegły, jak mówił elf. Przed głównym wejściem, gdzie akurat Marduke stał, znajdował się szyld mówiący o tym, że człowiek dotarł na miejsce. Wszędzie wokół kręcili się pachołkowie, stały beczki z piwem, beczki puste, pełne brzeczki, chmielu - wszystkiego, co w browarze może być niezbędne do produkcji piwa. Jak to oczywiście w pobliżu browaru, śmierdziało niemiłosiernie. Zapewne miną jeszcze lata, może nawet setki lat, nim ktoś opracuje taką technologię, że browar nie będzie już śmierdział na kilometr.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej