Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Znaleziątko
Licho:
- Achaa...- odparła zaciekawieniem zawartym w tym krótkim słowie. Teraz zamilkła bo myślała o tym, o co pytała i nad odpowiedzią. Nigdy temat wojny jej zbytnio nie dotyczył, więc nie znała się na sztuce boju.
Rzeczywiście było ciepło. Wręcz parno, gdyż deszcz padał na rozgrzaną jeszcze ziemię. Było też ciemno, gdyż szare chmury szczelnie zasnuły niebo. Było dość upiornie, pomimo panującego ciepła. Pioruny waliły nad samą stolicą, a grzmoty przeszywały całe miasto swym hukiem, błyski rozdzierały niebo...
- Ten pałacyk to w takiej bocznej uliczce jest, ale pozory mylą- odezwała się spod kaptura. Buty całe jej przesiąkły, ale nie przejmowała się tym. - Dom z posiadłością jest z czterech stron zasłonięty kamienicami, toteż nie można go obejrzeć w całej okazałości. Dziwne, że skoro ma tyle kasy, to gdzieś na obrzeżach się nie wybudował...- myślała na głos Licho.
Wśród burzy było słychać tylko ich kroki i kolejne rozchlapywane przez nich kałuże. Szli szybko i w miarę możliwości chroniąc się pod arkadami albo tunelami.
- Boję się takiej pogody!- wycedziła nagle spoglądając wielkimi czarnymi oczyma w niebo przez sekundę. A potem znów zakryła się kapturem i stawiała szybkie kroki stając na palcach, żeby mieć mniej wody w butach.
Funeris Venatio:
- Nie każdy lubi mieszkać z dala od swoich - skomentował anioł. Też już porządnie przemókł, a do tego skrzydła robiły mu się ciężkie. W powietrzu, w najbliższej odległości Funerisa, roznosił się zapach mokrego pierza, który nie może być pomylony z niczym innym. Przebijał się przez warstwy ozonu wędrującego wśród mieszaniny powietrza. Skórzane buty anioła co prawda nie przemakały, ale po nogawkach ściekało porządnie i szybko Poeta znalazł się w podobnej sytuacji co kobieta. Niewiele mógł teraz zrobić by sobie pomóc, szedł więc żwawo przed siebie, jak najszybciej chcąc dotrzeć na miejsce. Chciał spotkać tego magnata z Folwarcznej...
- Takiej? Nawałnice nad morzem są gorsze. A wyobraź sobie, że może Cię taka złapać jak nie jesteś na lądzie. Albo gorzej, jak jesteś z dala od lądu, kilkadziesiąt metrów nad falującą powierzchnią wezbranych wód... - mówił ponuro, przypominając sobie coś.
Licho:
Deszcz nie ustępował, ale anioł z Licho dotarli na miejsce. Pałacyku nie można było pomylić z żadnym innym, gdyż na tej ulicy biały budynek z dwoma wieżami z zegarami, kolumnami, własną bramą i podjazdem z ociosanych kamieni, wyróżniał się na tle niekoniecznie porządnych kamienic. Większość z nich miała ubytki w fasadzie, farba schodziła całymi płatami, a dachówki trzymały się na słowo honoru. Pałac odstawał od tej scenerii wyraźnie...
Szeroka pozłacana brama była lekko uchylona, więc Licho z Funerisem mogli wejść bez przeszkód na teren posesji. Z przodu był tylko zadbany trawnik z posągami nagich kobiet. Jedna trzyma w ręku skrzypce, druga liczydło. Teraz stały zmoknięte, poszarzałe... Jednak w promieniach słońca biel materiału, z jakiego zostały wykonane, prezentowała się naprawdę wspaniale.
- Nie wiem, nigdy nie miałam okazji latać. A nad wzburzonym morzem już w ogóle. W sumie... chyba mam lęk wysokości- mówiła po cichu, jakby nie chcąc zburzyć atmosfery tego domu.
Dotarli pod drzwi. Były wielkie, metalowe. Zdobiły je jakieś płaskorzeźby. Gdyby się przyjrzeć, była tam nawet scena z aniołem, który wręcza jakiemuś mężczyźnie zwój papieru. Na następnym zaś mężczyzna siedział na fotelu, a obok niego dwie kobiety odziane w piękne suknie i wszyscy częstowali się winogronami.
Licho oglądała uważnie te sceny przedstawione na drzwiach. Dopiero po chwili się ocknęła i zakołatała w drzwi. Spoglądała na anioła w ciszy, z ciekawością, czekając z niecierpliwością na dalszy rozwój wydarzeń.
Funeris Venatio:
A on spoglądał na nią. Tutaj, pod niewielkim gankiem, już nie padało. Stali osłonięci od deszczu, chociaż bynajmniej nie susi. Ciekło z nich niemiłosiernie, a w tej chwili jeszcze bardziej dało się poczuć zapach mokrego pierza. Skrzydła Funerisa były ciężkie, już nie tak nieskazitelnie białe i emanujące mocą. Teraz wyglądał jak zmoknięta kura, która i tak przecież nie wzniosłaby się w powietrze, co najwyżej unosząc się na kilka metrów. Rondo kapelusza ściemniało, jasna skóra nabrała głębokiego koloru przypominającego na myśl jedynie tę pogodę, której teraz doświadczają. Licho i Poeta stali tak przed drzwiami, czekając na jakiś odzew ze środka. Funeris mimowolnie przyglądał się tym wszystkim inkrustacjom, które zdobiły wejście. Dostrzegł scenę z aniołem, który wręcza zwój jakiemuś mężczyźnie. Mimowolnie uśmiechnął się w duchu, wiedząc co pierwotnie miała ona przedstawiać. Albo przynajmniej sądził, że do tej właśnie historii odnosił się autor tego dzieła.
Przed nastaniem tego świata, który wszyscy znają, gdy draconi byli jeszcze rasą w powijakach, między czasem i przestrzenią istniały już pierwsze anioły. Elorchajos był pierwszym z nich, stworzonym jeszcze z Innosa, z którego Zartat dopiero miał się narodzić. Mężczyzna widoczny na płaskorzeźbie nie był wcale człowiekiem, jak przedstawia to owe zdobienie, lecz draconem, panem swego ludu, jego przewodniczącym i pierwszym z szeregu. Na imię miał Nozdormu, co jest swego rodzaju nieprzetłumaczalnym idiomem. Owym aniołem jest właśnie eon Elorchajos, chociaż on sam nie jest ani trochę podobny do tego, który stoi właśnie przed drzwiami do domostwa. To, co znajduje się w zwoju, to wiedza. Wiedza jak okiełznać naturę rzeczy, poszerzająca myśl i stwarzająca ją na nowo. Draconi nie osiągnęli wszystkiego tylko na toku ewolucji, w ich historii pojawiały się momenty, które stymulowały ich rozwój i dawały im dodatkowe bodźce pchające naprzód. Jednym z nich było spotkanie Nozdormu z Elorchajosem.
//Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko takiej krótkiej wstawce na zupełnie odległy temat. :)
Licho:
//Nie, wręcz przeciwnie :)
Licho dostrzegła, że Funeris o czymś myśli i już chciała zacząć o coś wypytywać, ze swej wrodzonej ciekawości oczywiście, gdy wtem powoli, skrzypiąc przeraźliwie, uchyliły się drzwi.
Ich oczom ukazał się wysoki, dostojny mężczyzna w surducie, zadbany, z równo przystrzyżoną brodą i paznokciami gładkimi i lśniącymi. Pachniał męskimi perfumami. Dość ospale się zachowywał, gdy nagle spostrzegł skrzydła anioła, czyli kogoś z Bractwa ÂŚwitu. Nieco przemoknięte, ale na pewno anielskie! Otworzył szeroko oczy, ożywił się, i bez pytania rzekł:
- Wchodźcie, wchodźcie! Jak szybko przybyliście! I to pomimo takiej pogody! Mówcie proszę, jakie wieści? Wiadomo już coś?- jego głos był pełen nadziei.
Wnętrze pałacyku zaś było po prostu piękne. Bogatsze niż niejeden dom szlachcica z dzielnicy szlacheckiej. Nad ich głowami wisiały brylantowe żyrandole i tylko tajemnicą było, jak tam sięgnąć by zapalić świece?... Marmurowe podłogi i schody, zdobione liściem agawy poręcz, ornamenty przy suficie i obrazy na nim namalowane ( a były to sceny przedstawiające narodziny świata i bogów, pierwsze lata istnienia Valfden, magów używających zaklęć, konie pędzące przez pola pełne maków). ÂŚciany zdobiły namalowane winorośle, a wśród nich nagie kobiety zajadające się owocami. Stało tu, na podwyższeniu czyjeś popiersie, lecz nie była to twarz właściciela. Tamta była o wiele bardziej pomarszczona i sędziwa.
Roznosił się zapach opium i jakiegoś jedzenia. ÂŚliwki. Jakieś mięso. Alkohol. Czyżby szykowała się uczta? Jednak ani Funeris, ani Licho, nie dostrzegli w domu nikogo, prócz właściciela. Ten zaś wyczekiwał pomyślnej dla niego odpowiedzi od przedstawiciela Bractwa.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej