Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Znaleziątko
Licho:
Licho denerwowało postępowanie anioła. Uważała, że to przez tą kasę i tysiące grzywien, które posiadał. Wszak wszystko mógł sobie kupić, nie patrzył ile wydaje, gdyż jego zarobki mocno przewyższały wydatki. Czarnowłosa dziewczyna tylko przewróciła oczami i otworzyła medalion.
W środku zaś była pożółkła pognieciona mapa. Narysowana była słabym ołówkiem, więc obraz był wyblakły. Przedstawiał kwadraty i prostokąty zamalowane na szaro. Znajdowały się tam symbole drzew narysowanych w uproszczeniu. Na środku był X otoczony takimi samymi "magicznymi" znakami.
Dziewczyna przyglądała się bacznie i coś jej zaczęło świtać...
- Acha! Wiem gdzie to. Kojarzysz cmentarz przy zachodnim trakcie? Chowa się tam biedaków dziesięć centymetrów pod ziemią. Są też tam groby zbiorowe i leżą tam chorzy na jakieś parchy i inne zarazy... Hmm... Obok niego jest ten park, raczej zapuszczony kawałek lasu, ale może to te drzewa. Układ budynków przypomina tamtą okolicę, chaotycznie zbudowaną. Byłam tam kiedyś... robić interesy.
Funeris Venatio:
- No to mamy już jakiś punkt zaczepienia- odpowiedział spokojnie Funeris, przyglądając się skrawkowi papieru. Gdy Liszka przypomniała sobie, gdzie to może być, Funeris nadal nie rozpoznawał tego na mapie. Ale na pewno kojarzył okolicę, o której mówiła kobieta. Cmentarz, bardzo charakterystyczny, jeden z pierwszych w mieście, ale od początku raczej biedny i przeznaczony biedocie. Niezbyt często tam bywał, może ledwie kilka razy, a już na pewno dawno. Miejsce to, z tego co pamiętał, znajdowało się niedaleko podgrodzia i chyba nawet przylegało z którejś strony do miejskich murów okalających miasto.
- Cmentarz jak najbardziej kojarzę, przechodziłem kiedyś tamtędy parę razy, a ostatnio może nawet i przelatywałem, chociaż trudno mi teraz sobie przypomnieć - stwierdził z lekkim, nieco tajemniczym uśmiechem. Przyglądał się cały czas mapie, patrząc na te symbole. Próbował zrozumieć to, co kryją. Wnikliwie analizował ich kształt, pociągnięcia ołówka, umiejscowienie na mapie i tym podobne. Szukał też innych, dwóch brakujących, które kojarzył razem z tymi, które znajdowały się na medalionie. Znak przedstawiający pióro i ten, który można było odczytać jako czteroliterowy wyraz.
Licho:
Miłą pogawędkę i rozmyślania przerwał dość niemiły incydent. Zagrzmiało głośno, błysk wdarł się nawet do środka przez małe, wysoko umieszczone okna. Strach obleciał chyba każdego znajdującego się wewnątrz. Wiatr coraz silniej napierał na drewniane drzwi i piszczał charakterystycznie pokonując wszelkie szpary. Zrobiło się zimniej a świece zdawały się przygasać.
Nagle do środka, w raz z potężnym hukiem, wpadł człowiek. Grymas na jego twarzy wskazywał tylko jedno - cierpiał. Umierał. Z jego ust sączyła się krew, a oczy niemal wychodziły z oczodołów. Zaraz za nim wpadł deszcz, zacinał mocno i podłoga brudna była od krwi człowieka pomieszanej z deszczem.
Mężczyzna upadł na twarz, a w plecach miał dwie wbite strzały. Sterczały z niego niewzruszone, podczas gdy z niego uchodziło życie.
Karczmarz pierwszy znalazł się przy rannym. Ostrożnie położył go na boku, a jego głowę oparł o swoje ramię.
- Kim jesteś!? Co ci się stało!?...- próbował dowiedzieć się gospodarz.
- List... od ma... magna... magnata z Folwarcznej...- krztusił się konający. Raz po raz kaszlał krwią. Wokół niego gromadziło się coraz więcej osób, ale nikt nie umiał mu pomóc, gdyż większość po prostu tego nie potrafiła. A on słabł z sekundy na sekundę.
Funeris Venatio:
Funeris przemieścił się szybko w pobliże człowieka. Komórki jego ciała w jednej chwili zniknęły zza stołu i znalazły się przy karczmarzu i konającym. Szybkim telekinetycznym impulsem anioł zamknął drzwi, żeby wiatr i deszcze nie dostawały się do środka. Rozejrzał się po zebranych, jakby szukając wzrokiem kogoś, kto może coś począć. On sam znał się tylko na udzielaniu pierwszej pomocy, podstawowej, raczej nie na ratowaniu umierających i przywracaniu ich światu. Spytał się w przestrzeń, czy gdzieś tutaj są jakieś bandaże, może w miarę czyste szmaty, sam zaczął uciskać mocno miejsce, w którym wbite były strzały, by chociaż nieznacznie zahamować krwawienie. Wszystko to było i tak bez sensu, ale chociaż może na moment przedłuży życie nieszczęśnika. Nie miał pojęcia co zaszło, jak to się wszystko stało i czy przypadkiem ten jegomość sobie na to nie zasłużył, ale teraz raczej nie miało to najmniejszego sensu. Jedyne na co anioł na szybko wpadł, to rzucenie jednego prostego zaklęcia. Wzmacniało ono w boju, czyniło nieco silniejszym, zwiększało wydolność. Może minimalnie to pomoże, wzmocni na chwilę serce, mózg i płuca, żeby wytrzymały jeszcze kawałek. Funeris nie był witalitą i jedyne co jeszcze mógł zrobić, to podać swoją miksturę leczniczą, która miał przy pasie w płaskiej, podłużnej butelce. Podaj ją karczmarzowi, by ten się nią zajął. Sam skupił szybko i bez zastanowienie nieco ze swojej energii przepływającej przez jego duszę i przelał ją w ręce, które nadal uciskały ranę. Wypowiedział jedno krótkie słowo, które zrozumiano jako Grashiz.
Licho:
Młody kucharz przyniósł szmaty, ale co tu ratować, jak człowiek się wykrwawia... Licho też znalazła się przy nim i jedyne na co miała ochotę, to przeszukać jego kieszenie i ewentualnie zdjąć buty, bo niezakrwawione i można sprzedać. Jednak wszyscy się nim zajmowali, więc nie miała okazji by zrobić to niepostrzeżenie.
Zaklęcie wzmocniło mężczyznę- po prostu przedłużyło mu życie o kilka, może kilkanaście minut. Dzięki temu był w stanie mówić.
- Jestem... posłańcem...- w ten szept wkładał dużo wysiłku. - Niosłem list do Bractwa od magnata z Fol... z Folwarcznej ekhe ekhe!- kaszlał i dusił się. Jego oczy powoli przymykały się. - Strzelili do mnie, a potem...- jego głos cichł. - ...zabrali mi ten list- potem już ucichł. Na wieki.
Wszyscy spuścili głowy, tylko Licho nie za bardzo. Chciała umiejętnie okraść trupa posłańca, gdy nikt nie będzie patrzył. Jednak na razie się powstrzymywała od tego. Co jak co, ale publicznie nie chciała tego robić. Bardziej po cichu.
- Magnat z Folwarcznej. Kto to?- zagaiła, całkiem nawet wesolutkim głosikiem.
- To ten bogacz, jego dom wyróżnia się od razu na tej ulicy. Jedyny prawie pałacyk wśród kamienic- odparł karczmarz i położył ciało mężczyzny na podłodze. - Ech. Co ja zrobie z tym trupem? Same nieszczęścia i złe znaki- wzdychał smutno.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej