Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pewnej mroźnej nocy
Funeris Venatio:
- Trudno jednoznacznie określić, gdyż nie biegnie on w linii prostej, czasem zbacza w jedną czy drugą stronę. Ale należy pamiętać, że jesteśmy jakiś kilometr od zewnętrznych murów miejskich, a owa farma, o której wspominałem, znajdowała się drugie tyle od nich. Z tego co udało mi się ustalić, to szliśmy około godziny, może nieco dłużej.
Szarlej dostał do ręki pochodnię, więc mógł sobie co nieco przyświecić. Fundament muru faktycznie wchodził tutaj głęboko i mogli poruszać się na razie tylko przy nim, idąc przed siebie. Po kilkudziesięciu może metrach odbili nieco w lewo, cały jednak czas poruszając się względnie w tym samym kierunku. ÂŚciany były raczej jasne, szarawe, zapewne kiedyś mocno bielone, teraz jednak wyschłe i bez blasku. Nie było na nich żadnych inskrypcji, malowideł czy oznaczeń, raczej proste lico, od czasu do czasu poprzetykane czymś w rodzaju zadrapań, ewentualnie uszkodzeń. Aż doszli wreszcie do jakiejś większej kawerny, jakby pomieszczenia. Musieli chwilę wcześniej zejść po kilku stopniach, lecz Szarlej skonstatował, że sufit się nieco podniósł. Można teraz było podnieść do góry rękę i końcem pochodni dotknąć powały. Samo pomieszczenie miało kształt regularnego kwadratu, na oko miało ze sto metrów kwadratowych powierzchni i wychodziło od niego dwoje przejść.
Szarlej wyraźnie zauważył, że rycerz stropił się patrząc na jedno z nich. Konkretnie na to bardziej z lewej, obsypane jakby wokół kurzem i małymi fragmentami ściany. Artur podrapał się rękawicą po hełmie, nie zważając na to, że raczej nie sięgnie swojej czarnej czupryny. Spojrzał na swojego kolegę, wymienili niezrozumiałe spojrzenia i znowu poczęli patrzeć na wyjście z tego miejsca.
Szarleǰ:
- Coś nie tak? - uniósł brew. Rycerze wyglądali, jakby troszkę się pogubili, co jednak niespecjalnie go dziwiło. Można powiedzieć, że spodziewał się niespodzianek. Już od swojego wyjścia z domu miał przeczucie, że tej nocy wydarzy się coś ciekawego.
Szybko doszedł do wniosku, że jego przewodnicy prawdopodobnie nie dostrzegli wcześniej któregoś z przejść i będą zmuszeni sprawdzić oba. Miał jednak nadzieję, że wiedzą chociaż które z nich jest właściwe, co znacznie ułatwiłoby sprawę. Niestety, prawdopodobnie była to jedynie złudna nadzieja.
Funeris Venatio:
- No cóż... Wcześniej z tej sali były tylko dwa wyjścia. To, którym tu weszliśmy i to, które znajduje się naprzeciwko nas, to na prawo. Głowę sobie dam uciąć, że tego drugiego tutaj nie było...
Szarleǰ:
- Głupio byłoby nie sprawdzić co tam jest, prawda? - pytanie było retoryczne, gdyż zakończył je gestem zapraszającym rycerzy do wejścia po lewej i sam również ruszył w tamtym kierunku. Obserwował w międzyczasie Norę, gdyż Taru to niezwykle mądre zwierzęta i mogła coś wyczuć przed nimi.
- Jeden z was niech tutaj zostanie - rzucił na odchodne do rycerzy, którzy szli za nim. Pomyślał, że warto byłoby jakoś zaznaczyć miejsce, z którego wyruszają, by się później nie zgubić. Poza tym, jeśli jeden zostanie na czatach, to nikt nie zajdzie ich od pleców - a nawet jeśli, to przynajmniej zaistnieje szansa, że prędko się o tym dowiedzą.
Funeris Venatio:
- Ano sprawdźmy, nie mamy raczej wyjścia. Gniewosz tutaj pozostanie, ja z panem, panie Kanclerzu, ruszymy dalej. - Artur dobył miecza, pochodnię przełożył do lewej ręki i ostrożnie, obserwując gdzie stąpa, szedł przed siebie. Z początku korytarz nie różnił się niczym niezwykłym od tego, co można było znaleźć w innych, czasem odkrywanych pod miastem kawernach i przejściach. Białe, względnie szare ściany, raczej nieposiadające zdobień, proste i użytkowe. Z racji tego, że cywilizacja dracońska zniknęła przed tysiącleciami, ciągłe ruchy na powierzchni, wszechobecna erozja i zmiany klimatyczne sprawiły, że ich wspaniałe miasta w dużej mierze przysypały warstwy ziemi i skał. To, co dla ludzi i elfów jest fundamentem, dla draconów często było ostatnim piętrem budynku. Tak też można było wnioskować po tym, co teraz widzieli. Przejście z jakichś powodów się otworzyło, więc poczęli je badać. Po niedługiej chwili zeszli schodami w dół, czując jak nieznacznie, lecz stopniowo i systematycznie rośnie temperatura, lecz przede wszystkim wilgotność. Idąc tak, raz po raz schodząc po kilku, czasem kilkunastu stopniach, stanęli po kostki w wodzie. Nie zawsze oczywiście przechodzili dracońskimi budowlami, czasem były to poprzetykane warstwy ziemi, tunele wydrążone naturalnie w skale i warstwach gruntu. Brnąc dalej, wiedząc już, że są gdzieś daleko i głęboko, stanęli przed sporych rozmiarów jaskinią. W środku niej, a raczej wypełniając całość, znajdowało się jezioro. To przynajmniej dostrzegli na pierwszy rzut oka. Podziemne jezioro, które utworzyło się na jakimś sporym, brukowanym placu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej