Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pewnej mroźnej nocy
Szarleǰ:
Przez moment stał bez ruchu, nie będąc pewien, czy to już. Czyli tak wygląda niebo, pomyślał sobie. W istocie nie spodziewał się, że przeżyje, choć pomysł, że faktycznie mógłby trafić do "nieba" prawdopodobnie był zbyt śmiały. Konsternacja nie trwała dłużej niż kilka sekund. Gdy uznał, że chyba jednak żyje i uświadomił sobie, że jak dalej będzie tak stał, to prędko może się to zmienić, wymienił spojrzenie z zaniepokojoną częścią klienteli i uśmiechnął się do nich lekko, dając znak, że nie ma złych zamiarów. Odstawił Norę na ziemię i od razu rozejrzał się za wyjściem. W przybytku było naprawdę przyjemnie, jednak pewne sprawy nagliły. Pomimo, że doznał ogromnej ulgi, wciąż coś go mierziło, niczym drzazga wbita w palec. Prawda była bowiem taka, że choć cieszył go fakt wydostania się z tej przeklętej klatki, to wciąż nie wiedział gdzie się w ogóle znajduje, ani co się stało z Arturem.
Funeris Venatio:
Wyszedł na ulicę. Od razu zwrócił uwagę, że nie jest w Efehidonie, ani nawet w Atusel. Ulica co prawda wyglądała jak ulica, budynki przedstawiały się raczej zwyczajnie, użytkowo, brudno i zaniedbanie, lecz to postaci na zewnątrz budziły niepokój. Ubrane w długie kolczugi zwane emmy, sięgające kolan przeszywanice, smoliście czarne i budzące strach i wymuszające respekt. Zbrojni byli wysocy, postawni, chociaż raczej szczupli. Przy pasie każdy miał miecz, prosty, stalowy, raczej wykonany regulaminowo dla jakiejś armii. Na piersiach mieli wyszyte dwugłowe biało-czerwone orły w jakichś dziwnych jakby czapkach jakie nosili niektórzy kapłani na Valfden. Zdecydowaną większość przechodniów, jak to zwykle bywa w miastach, stanowili zwykli mieszkańcy. Poszarpani, brudni, zgarbieni i z przerażającym wypaleniem w oczach. Szarlej w swoim porządnym stroju wyglądał na jakiegoś pana. Ubranie, o dziwo, było całkowicie suche.
Szarleǰ:
No zajebiście... - rozbrzmiało mu w głowie i z wielkim trudem zmełł tę kwestię w ustach, zagryzając przy tym dolną wargę ze złości. Odsapnął głośno, przymykając oczy na krótką chwilę i rzucił Norze pogardliwe spojrzenie. Fakt, że po pojawieniu się w burdelu jego nastrój nieco się poprawił i gdy wyszli na zewnątrz nawet pogłaskał ją czule, jednak teraz wydawało się, jakby ten cień ulgi, który dane mu było odczuć przed chwilą, był od niego odległy o kilka przynajmniej godzin. Ogarnęła go rezygnacja, lecz mimo wszystko ruszył ulicą przed siebie, rozglądając się ukradkiem dokoła. Bardzo nie chciał by zaczepił go któryś ze strażników, zatem starał się w miarę możliwości nie wzbudzać podejrzeń. Lub przynajmniej nie większych, niż do tej pory.
Funeris Venatio:
No i tak szedł. Nie rozpoznawał tego miasta. Z prawej strony, w dole, znajdował się jakiś kanał wypełniony czymś tylko z pozoru będącego wodą. Można było tam zejść po kilku kamiennych schodkach, które jednak kończyły się żelazną kratą, więc uniemożliwiały jakąkolwiek eksplorację. Drogę od kanału oddzielał niewysoki, gruby murek wykonany z kamienia, uniemożliwiający przypadkowe wpadnięcie do śmiercionośnej i nie dającej żadnej wyporności cieczy. Po lewej stronie ciągnęły się budynki, zwarte w jeden ciąg. Raczej szare, nijakie, zwyczajne i do bólu rażące w oczy i przyprawiające o mdłości każdego architekta, który zna się na swoim fachu w stopniu jakimkolwiek. Po przejściu kilkudziesięciu metrów Szarlej napotkał rozwidlenie dróg. Jedna ze ścieżek biegła w prawo, lekko pod górę, gdzie wyraźnie rysowała bryła przysadzistej strażnicy, okrągłego barbakanu służącego celom obronnym tego miasta. ÂŚmierdzący kanał znikał tutaj pod stopami i pewnie wychodził gdzieś dalej, albo niknął całkowicie, trudno było określić. Gdyby pójść tą ulicą z prawej strony widać by było te same szare budynki co poprzednio, brzydkie kamieniczki z obdartymi frontami i odrażającym wnętrzem. Ulica którą można było iść prosto po swojej lewej stronie miała identyczną architekturę, kontynuację tamtych okropnych budynków. Na środku jednak, wytaczając ograniczenie i ścianę dla dwóch ulic, ciągnął się mur. Nieco wyższy niż ten spod kanału, gdyż sięgał Szarlejowi do połowy piersi. Gdzieś tam z boku była otwarta kratowana furtka pozwalająca wejść do środka. A w środku, w centrum placu, wyrastał szaro-żółty budynek o wysokich murach, dwóch strzelistych wieżach i jakichś zatartych malunkach i zdobieniach na licu ścian. Majestatyczny, równie zaniedbany co reszta miasta, jednak na swój sposób mamiący i przyciągający. Można sądzić, że jest to jakaś świątynia.
Szarleǰ:
Szarlej zwolnił kroku. Niepohamowana chęć zajrzenia do zagadkowego budynku wygrała ze zdrowym rozsądkiem i w końcu ruszył w jego kierunku żwawszym krokiem, nabierając do płuc głębokie hausty powietrza. Sam nie wiedział czy dlatego, że podświadomie czuł, iż nieprędko będzie miał na to kolejną okazję, czy może to zwykłe poddenerwowanie, które rosło wprost proporcjonalnie do czasu spędzonego poza domem, od momentu jego opuszczenia tego felernego wieczoru. Teraz jedyne o czym marzył to powrót do domu i długi, smaczny sen - w końcu chciał tylko wyjść na spacer po pracy, a skończyło się na pieprzonym survivalu. Kiszki grały mu marsza i dopiero teraz zaczynał żałować, że tak prędko opuścił przybytek, w którym się wcześniej znalazł. Mógł wszak spróbować podpytać klientelę, czy nie widzieli tu wcześniej Artura, lub gdzie w ogóle się znajdują. Teraz nie miało to już jednak większego znaczenia, bo pomimo coraz bardziej dotkliwego ssania w żołądku, nie miał najmniejszej ochoty by tam wracać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej