Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
- Hahah! - zaśmiał się, lecz jakże nie szyderczo, nie w żaden taki sposób, wręcz przeciwnie, chcąc uspokoić nerwowe tłumaczenia Eve. Uśmiechnął się błogo obracając na kocu w jej stronę i rozkładając ręce. - Jak już Ci mówiłem, wspania...le tańcząca kobieto! - Dopowiedział unosząc paluszek delikatnie w górę zauważając kolejną zaletę, o którą pewnie zostanie skarcony, ale jakże mu się podobało takie coś... - Nie należę do żadnej organizacji, a me życie się zmieniło od momentu upadku w czarną toń nocnego oceanu. Moje czyny doprowadziły mnie na skraj człowieczeństwa, z powodu występków do jakich się posuwałem, by być dobrym. Inaczej widziałem i inaczej je widzę niż ty... to prawda i być może to nas zawsze będzie różnić. Lecz nie czynię źle... ÂŻądza potęgi ślepo kierowała mną, kiedyś nikczemnym złym magiem do potwornych czynów. Sam chyba nie byłem świadom tego jakim stworzenie zrobiło ze mnie prawo cienia. Wiecznie wracałem do znanych mi ścian, zimnych komnat i unoszącego się zapachu krwi. Typowych sal laboratoryjnych magów i ich eksperymentów. Dla kogoś z glinu byłoby to przerażające wspomnienie. Dla dawnego Salazara, było jednym z lepszych. Z tamtych dni pozostały mi strzępki wspomnień, które błagałem o usunięcie, by wyzbyć się ścieżki występku i błędu, by móc kroczyć drogą porządku. Tak dziś siedzę tu przed tobą, będąc... jedynie częścią tego, czym byłem niegdyś. Nie gorszą ani nie lepszą inną, tą, która nie pamięta mroku swego serca, tą, która nie odczuwa wiecznego potępienia, które odczuwała i jest tego świadoma, ze było coś złego, że był mrok i cień, które skrywały me lico. Dzisiaj nie pamiętam kto tam był, gdzie to było ani jak tam było. Pzoostaje mi jednak piętno, które pamiętam doskonale. Jedno zaklęcie i tylko jedno, które wrzeniem krwi w żyłach ludzkiej istoty doprowadza do śmierci czy konwulsji... - Mówił patrząc w płomień ze stosunkowo poważną miną również co chwile przerywając mówienie, jednak raczej by zebrać myśli i logicznie przedstawić sprawę. - Dzisiaj ta krew, jest pozostałością po czynach, których się dopuszczałem i za które będę pokutował, mimo, że nie były złymi czynami. Za które Rasher da mi posiłek godny największych nikczemników. - Dopowiedział już z uśmiechem świadcząc swoją znaną już wizję przyszłości, od której nie zamierza już uciekać. Wręcz przeciwnie, cieszył się na myśl, że chociaż tak zostanie ukarany. - Dzisiaj tu i teraz pragnę ci podziękować że i dziś ratujesz mnie od kolejnego błędu pokazując kolejny grzech. Marnotrawienia płynu, z którego można zrobić użytek, oddać tym co jej potrzebują na przykład. I chciałbym, byś całe me życie była ostoją dla mnie i wzorem, dla którego starał się będę czynić dobrze. - Mówił dalej stosunkowo nieśmiało nie chcąc by to źle zabrzmiało, a nie umiał się dobrze wyrazić, bardzo źle się wyrażał niejednoznacznie, więc myśleć można było różnorako! To dobre i złe zarazem. - Także wybacz, chciałbym ci powiedzieć, lecz nie jestem w stanie, nawet chcąc przywrócić swoje wspomnienia na temat tych sal, osób które tam były, które czynią i czyniły podobnie do mnie, nie jestem w stanie mimo prób i znoju, dopiero czas uświadamia mi, że tak naprawdę, cieszę się, ze nie wiem. - Odparł z uśmiechem licząc, że Eve wybaczy i się rozchmurzy chociaż trochę.
Evening Antarii:
-To kim byłeś, albo czym byłeś... to pozostawmy przeszłości. Cóż, moje początki też nie były różowe, na szczęście szybko się opamiętałam i od tamtego czasu kroczę już tą ścieżką, którą pragnę- rzekła w odpowiedzi. Oczywiście nie chciała go karcić, wszak nawet nie ma takiego charakteru i intencji, bo to jego przeszłość, a nie jej. I tak było trudno powiedzieć jej coś sensownego. Do czynienia ze złą, potężną i czarną magią miała, gdy Bractwo ruszyło śladem Funerisa z nim samym na czele, by odnaleźć potężnego maga. Udręczona przez wizje, nie wiedziała co jest realne, a co jest iluzją, jeszcze przez jakiś czas nawiedzały ją koszmary po tym krótkim spotkaniu z tą "złą magią" jak ją nazywała.
-Valden jest pięknym miejscem, ale też pełnym mroków, w które większość nie chce się zagłębiać, albo nie może... Wiele pozostanie skryte dla oczu większości- podsumowała poprawiając futro wokół siebie. Nie miała już nic do powiedzenia; Salazar wyjaśnił wszystko, co tu więcej dodawać?
Mijały godziny wypełnione rozmową, której niezmiernie towarzyszyło wycie wilków czy pohukiwanie sów. Wiatr wiał jakiś silniejszy, tak że biały puch podrywał się z rozłożystych gałęzi świerków.
Krew na śniegu i rękach została, może nieco skrzepła.
-Dobra, nie ma na co czekać. Grunaldi mówił, że gdy księżyc zniknie za tamtymi drzewami, mamy go obudzić. Trzeba narobić hałasu- wstała z ciepłego miejsca, wyjęła miecz, zaczęła krzyczeć i udawać zmęczoną walką.
-Aaaaa! Panie Grunaldi!!!
Canis:
Salazar również wstał i zdjął z pleców włócznię, niedbale rzucił ją w dal wbijając grotem w dół w ziemie, jak gdyby była celowo rzucona, odpiął sztylet od pasa i delikatnie nacinając palec skropił go swoją krwią i rzucił tuż obok siebie.
Następnie wyciągnął swoją piękną srebrną "Amare", grawerowaną zdobioną szablę. Zaczął ciąć w powietrzu bo bokach, przekładać z dłoni na dłoń okręcać wokół ciała, mówiąc dokładniej, chciał się chodź trochę zmęczyć, by pokaz był jak najbardziej wiarygodny, jakby doszło do okrutnego zażartego starcia. gdy pierwsze krople potu pojawiły się na jego czole, a chłód był nieodczuwalny w wyniku rozgrzania ruchami, stanął na nogach dysząc wręcz i dołączył się do krzyków Eve, co by rozbudzić śpiących.
- Cholera! Grunaldi! ÂŚnieżny potwór... AAA! - krzyczał w stronę wozu dalej stojąc i dysząc, opuścił szablę ostrzem do dołu, w końcu "imitacja walki" zakończona.
Maya rozjuszona wydarzeniami i krzykami zaczęła też ujadać i wyć łaknąc spokoju i ciszy! Nie wiedziała wcale, ze tylko pomoze we wzbudzeniu poczucia zagrożenia i dopomoże w rozbudzeniu śpiącej trójki królewiczów północy.
Evening Antarii:
- Co do cholery?! Co się dzieje!? Co to ma być!??- Grunaldi nagle zerwał się ze snu i zaczął dyszeć przestraszony. Za nim na równe nogi zerwali się Eryk z Klemensem, dobyli swych mieczy i podbiegli do ściany lasu. - Dorwiemy go!- krzyknął Eryk biegnąc ze śladami.
Wystraszona Eve, że chłopak mógłby pobiec za daleko, przyciągnęła go telekinezą i wykrzyczała -Hej! Nie warto! Już go przegnaliśmy. Widzicie krew? Był przerażający!- uspokoiła się nieco. -Miał po dwa rzędy ostrych zębów i łypał straszliwie oczyskami. Pazury długie jak u niedźwiedzia a jeszcze z paszczy kapała mu ślina. Nie zadzierajmy z nim więcej- mówiła udając strach i poruszenie najlepiej jak umiała.
- Co tu się musiało dziać!... Dobrze że walczyć umiecie, inaczej nic by z nas nie zostało!
Canis:
- Wyszedł od was! - Mówił zapierając się rękoma o kolana zgięty w pół symulując zmęczenie. - Przyszedł z kierunku wozów, chodził gdzieś przy was, wtedy go zobaczyliśmy jak na nas pędził. W ogóle go słychać nie było cichy chytry zwierz. A bydle wielkie jak śnieżna góra. śilny i krwiożerczy jak skurczybyk jakiś. Jedźmy już do cholery jedźmy bo tu nie wstrzymamy dłużnej. Prawie co byśmy tu już sztywni leżeli. Widzisz widzisz! to pazury cholera, szczęśliwie ledwo drapnął, gdyby zatopił to bym kurna twarzy w ogóle nie miał takie łapska wielkie a szpony ostrze! - Mówił wskazując na twarz swoją. - Kurna ile śladów jak nadreptał wszędzie widzicie!? nawet nasze Taru go nie dostrzegały, normalnie cuda! cuda! Jedźmy lepiej nim wróci i z nas pasztet tu zrobi!
- Gdyby nie Eve to bym tu sztywny leżał, rzucił się na mnie a Eve go cach od boku, byście to widzieli! A i jej nie oszczędzał. cholerna bestia... - mówił strasznie przezywając i komedię odstawiając - Macie jeszcze jakieś podobne tu bestie w tych lasach? bo coś zaczynam się obawiać, że tu to demony są najmniejszym kłopotem...
Mówił zbierając i chowając bronie coraz trudniej powstrzymując pojawiający się uśmiech na twarzy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej