Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
Nazwa wyprawy: Basen północny
Prowadzący wyprawę: Evening Antarii/Licho
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: przebywanie w karczmie w Ekkerund pewnego zimowego poranka
Uczestnicy wyprawy: Evening Antarii, Salazar Trevant
Salazar również dostrzegł mężczyznę i dwójkę która weszła za nim. Zaskoczył go jednak nie fakt pójścia w kat sali, tylko brak złożenia zamówienia. Kto przychodzi do karczmy i się rozsiada bez składania zamówienia? No mało kto.
- Wiem, zawsze warto wyrwać się od miejskiego zgiełku, doświadczyć chodź trochę innego, odpocząć i cieszyć się życiem. Cieszę się z tego, że zechciałaś się ze mną spotkać, nie należę do... - No i tu mu drący się karzeł przerwał. A jakże ciekawym, donośnym głosem. Dowódca, albo śpiewa w chórze, że tak doniośle... Może dwa w jednym?
- Panie, nerwy na wodzy i o co chodzi, ja się tu produkuję, by pani szlachcic mnie polubiła a pan się drzesz na całe gardło wybijając mnie z rytmu wypowiedzi! - Dziad wstrętny mu tu w spotkaniu przeszkadza, no niech by go jakie licho wzięło! Ale samą wypowiedź zakończył uśmiechem patrząc na Evę, przy której nieszczęsny mężczyzna usiadł i mrugając oczkiem w jego kierunku. No tylko żeby się jeszcze nie obraził... - A tak poważniej może... Powie pan o co chodzi... Tak głośniej i do nas, tych dwóch posępnych też pan zaprosi co usiedli z tyłu, bo wyglądają jak tajni agenci. - powiedział wskazując palcem w miejsce gdzie dwójka zaległa nie składając zamówienia i palcem zaprosił do lady. Jak to mówią, odegrał cwanika, sędzia to może! A co mu szkodzi!
Evening Antarii:
Mężczyzna obruszył się strasznie, był bardzo, ale to bardzo zdziwiony. On po prostu chciał wylać swoje smutki, najgłębszy żal po stracie ludzi na trakcie!... Poniosło go, bo i strata była wielka.
- Przepraszam panie, ja nie chciałem! Idzie biedny człowiek po jedzenie, przemierza góry by ostatnie zapasy na hemis zrobić dla siebie i rodziny. Ba, nawet całej wioski! A tu mu piątkę ludzi wybijają, wyrzynają jak bydło!... Tak tak...- przerwał na chwilę, gdyż dostał ataku kaszlu. Być może nie tylko zbóje na drodze go pokonały, ale także zapalenie płuc się za niego bierze.- Uprzejmie państwo wybaczą, straciłem dwóch nastarszych synów co ze mną byli, a także trzy części z czterech tego co wiozłem za góry. Tłuszcz, skóry, warzywa i mięso. Zostawili tylko kostki mydła!- pogroził pięścią w przestrzeń. - I drewniane paliki do mebli- dodał już zupełnie żałośnie. ÂŁzy cisnęły mu się do oczu. - Nakupowałem zapasów za tysiąc grzywien, a mi ani złamanej grzywny nie zostawili. Chciałem się podzielić choć piwem z moimi braćmi z wioski- ciągnął, ale widać było, że teraz zamilknie na dłuższą chwilę.
- Nie może być! Chultaje!- warknął karczmarz i przeczesał swoje wąsy i brodę. - Przecież to rozbój w biały dzień! Masz pan piwo dla siebie i dla swych braci. Zaraz zrobię wam dzika, bo widzę w jak beznadziejnej sytuacji jesteście- zapewnił dobroduszny teraz karczmarz.
Eve położyła dłoń na ramieniu Salazara, żeby go uspokoić, mężczyzna wcale nie był jakiś groźny czy podejrzany. -On po prostu przed chwilą stracił synów... I zapasy dla rodziny. Nie denerwuj się na niego- rzekła po cichu.
- Aaa, tak tak! Panienka ma rację... Ich ciała wciąż tam leżą. Bo wilki teraz nie podejdą, a już pewnie zwąchały ciepłą krew! Ja do Ekkerund kilka razy w roku tylko się wybieram, takie nieszczęście!- niemal zakwilił. A jego głos wypełniała prawdziwa, przeszywająca serce boleść. - Miałem 4 wozy, zostały mi tylko dwa. To i tak cud! Z dziesięciu koni oby cztery się ostały.
Canis:
- Ja rozumiem. Nie chciałem być niemiły tylko przymusić do otwartej rozmowy, wybaczcie. - Odparł z lekkim niezadowoleniem z siebie... - Strata duża i szczere kondolencje, ciała pan na szlaku zostawił, trzeba by je wziąć i zawieźć do rodzinnych stron i pochować. Zmarłemu należy się spokój duszy a rodzinie ciała synów, mężów, ojców, czy córek, matek, żon... Nawet wrogów się chowa, albo pali, nie godzi się ciał na szlaku zostawić i dać rozszarpać zwierzynie... Prawda Evening? - Zwrócił się do kobiety z pytającym wzrokiem, na bitwach to się nie znał za bardzo poza jedną w życiu więcej nie przeżył... Jednak dalej dopytywał Mężczyznę - Daleko to stąd? Daleko mieszkacie? I jeszcze pytam, a tych dwóch nic nie zamawiających to z panem? ÂŻe za panem weszli...?
Evening Antarii:
- A owszem, wrócimy po nie zaraz tylko... chcieliśmy się ogrzać, poza tym zbójcy gonili za nami. Chcieli obrabować skradzione wozy- odpowiedział. Eve tylko przytaknęła zaabsorbowana opowieścią mężczyzny. - Przepraszam... Jak to tak? Nie wypada! Nie przedstawiłem się. Grunaldi. Tamten młodzik to Eryk, cudem umknął tym bandziorom. Starszy to Klemens, on kilku ubił, razem ze mną. Pozostali... albo skonali od ran albo na miejscu zginęli od ciosów. Nie jesteśmy podejrzani ani ociupinę! Masz pan przed sobą ojca, który właśnie stracił dzieci. Kiedyś ich pomszczę! Ale na razie chcę wrócić z ciałami do domu. Zima będzie ciężka bez zapasów, ale jakoś wytrzymamy. Musimy rychło wracać póki w górach śnieg nie zasypie naszych szlaków. Mieszkamy zaś między Górami Kolczymi a Morzem Orathu, parszywa kraina, ale dom to dom, nieprawdaż? Tam czekają żony i ciepłe łóżka. Nie wrócimy tam w komplecie...
-Pomożemy wam!- wyrwało się Eve. -Jestem Evening Antarii z Bractwa ÂŚwitu. A to Salazar Trevant, sędzia w Efehidonie. To dziwne że na drogach nie było patrolu. Przykro mi, że padliście ofiarą tak okrutnego występku. Mamy konie i dwa taru, a wy pewnie sanie do podróży przez góry. Na jedne załaduje się ciała waszych pobratymców- powiedziała nie tyle podekscytowana, co zdeterminowana by pomóc. Przynajmniej ona czuła taką potrzebę. Do domu nic jej nie ciągnęło. ÂŻadnych obowiązków czy osób do których mogłaby wracać.
- Eryk! Klemens! Chodźcie tu- machnął na nich Grunaldi. - Panienka nam z nieba spada!
-Ja pomogę wam na pewno- a Salazarowi dała kuksańca w bok i posłała porozumiewawcze spojrzenie.
Canis:
- Aua moje żebra, no wiesz... - Powiedział z uśmiechem o taki: :D. - Oczywiście, że pomogę. Co więcej, dobrze się składa, nasze zwierzęta mają dobre zmysły zwłaszcza węchu... "Po zapachu ich poznacie" mówiła kiedyś kapłanka, zapach krwi nie schodzi z ostrza, gdy się kogoś zabije, możemy tak ich dorwać i odnaleźć. Mogli byście tak odzyskać chociaż część zapasów gdyby udało nam się ich dorwać. Zmarłym życia nie przywrócę... Ale to co stracone w przedmiotach można odzyskać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej