Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Evening Antarii:
-O, Maya niech pilnuje obozowiska, ktoś na warcie stać musi- uśmiechnęła się. -Edgar się wyspał i musi spożytkować siły choć przed nami i tak dzień podróży- wzruszyła ramionami. Niby dużo czasu spędzała ze swym chowańcem, a i tak nie dość mogła się nim nacieszyć. Lubiła gdy był przy niej, nawykła do tego, a bez taru u nogi czuła się nieswojo.
Dzięki zaklęciu światła w lesie było tak jasno jak za dnia. Dzikie zwierzęta nie zbliżały się nawet do tak podejrzanego zjawiska, więc wędrującej dwójce, a właściwie trójce, nie groziło zbytnie niebezpieczeństwo. Zaczął nawet prószyć śnieg. Już nie było tylu gwiazd na niebie... W ciągu tych kilku godzin niebo zasnuło się całkowicie i było tylko jedną czarną masą.
Spacer trwał jakieś piętnaście minut, choć Salazar i Eve nie oddalali się specjalnie daleko od obozowiska, to tak niedaleko od szlaku napotkali na... ślady ÂŚnieżnego Potwora!
Wiodły z zachodu na wschód, wgłąb lasu. ÂŚlad miał długość przedramienia dorosłego mężczyzny a zakończony był pięcioma okrągłymi palcami.
-O kurde- wymsknęło się Eve. Edgar zaś od razu chwycił trop i zaczął gnać po śladach aż sam zniknął w ciemności lasu i między drzewami. Oczy dziewczyny zaiskrzyły, bo poczuła że musi także podążyć za śladami, inaczej nie wytrzyma z ciekawości! Zaciekawiło ją to bardzo, ukucnęła więc przy jednym ze śladów i rzekła -Są świeże i jakieś dziwnie płaskie- powiedziała tonem jakiegoś detektywa ale miała rację, podejrzane to było. -Chodźmy za nim! Na pewno ukrył się niedaleko...- podniosła wzrok i spojrzała w ciemność w oddali. Popchnęła kulę światła jeszcze dalej, tak mniej więcej jak prowadził ślad. -Ciągną się jeszcze dalej, widzisz? Edgar pewnie już go znalazł!- ton głosu miała jakiś ucieszony, pomimo nocy i chłodu chciała rozwiązać zagadkę, a rano pochwalić się Grunaldiemu, że raz na zawsze, z panem hrabią uwolnili północ od legendy ÂŚnieżnego Potwora.
Canis:
Zachmurzone niebo skryte czernią mroku, nie było już tak piękne, lecz kłęby chmur prześwitywane blaskiem bijącym od księżyców musiały nadawać mu delikatnej szarości, by móc doglądać ślady chmur, chociaż jakieś!
Jednak gdy dojrzał ślady, które pierwszy zauważył Edgar i Eve, kucnął niżej przykładając swoje ramię i sprawdzając długość. "płytkie, ale duże..."
- Płytkie i duże... musi być to stosunkowo lekki potwór w stosunku do powierzchni stóp, skoro tak słabo wbite ślady. Naszych stóp były by pewnie wiele głębsze... - spekulował trochę zgadując i chcąc chodź coś dopowiedzieć. - Jeżeli jest niedaleko to stanowi zagrożenie, szybko musimy zlikwidować! Znaczy "zająć się tym". - Poprawił się od razu.
Z ekscytacją która sięgała zenitu zaczął wręcz biec z Eve za Edgarem, przynajmniej w tym kierunku stale bacząc na ślady. Prószący śnieg mógł je bardzo szybko zatrzeć i uniemożliwić znalezienie go, gdy Taru pobiegło znikając z pola widzenia. Gdyby wolniej kroczyło, można by za jego węchem podążyć, tak znacznie trudniej i ryzykowniej. - Oby potwór nie wykrył Edgara zanim nie dobiegniemy... - Powiedział w biegu do Eve z troską o taru, które mogło by mieć kłopoty w samotnym starciu z nieznanym.
Przebierał nogami w śniegu jak należy co nuż zatapiając całe stopy w śniegu i rozkopując je, by jak najszybciej dotrzeć za Edgarem, lecz nie biegł jak szalony opętany dzikim pędem, spoglądał za Eve, by podążać wraz z nią i nie zostać w tyle, ani i jej nie pozostawić samej, w końcu samotnie w nieznanym terenie i bez możliwej prostej orientacji terenowej wszyscy byśmy się mogli pogubić, a tego najbardziej nie chciał, nie zgubić sam siebie, to nie byłby żaden kłopot, po prostu jednego wrednego typa mniej, jednak szkoda by było takich osób jak Eve czy Edgar i Maya, które jakże cenną wartością Valfdeńskich ziem są! Chociaż umysł Salazara również chciał jednak się nie zgubić w odmętach mroku lasu, tak też wraz z Eve za kulą światła dążył, zaś ta słana przez Eve, przemieszczała się wzdłuż trasy siadów, za Edgarem...
Evening Antarii:
Kroku zwolnili dopiero gdy las zaczął robić się gęstszy, iglaste drzewa rosły blisko siebie i tworzyły jakby ściany. A w środku rosoły jeszcze gęściej niewysokie drzewa, teraz bezlistne, za to okolica zrobiła się pełna takich przeszkód, typu ostre gałęzie, przez które z trudem szło się przedrzeć.
Zwolnili, i to bardzo, bowiem roślinność stanęła im na przeszkodzie i była bardzo uporczywa. Co rusz Eve musiała łamać jakieś badyle uniemożliwiające przejście. Chowała się też blisko z plecami Salazara, nie odstępując go na krok. Hrabia odgarniał niesforne gałęzie i otrząsał świerki ze śniegu, a dziewczyna korzystała z okazji, by nie musieć tego robić samej. Sal był bardzo pomocny!
-Dobrze ci idzie!- zachęcała go Eve śmiejąc się czasem, gdy jakaś gałąź na wysokości głowy zrywała mu czapkę.-Chyba niedaleko...- dotarli w pewne miejsce gdzie usłyszeli szczekanie Edgara.
Wreszcie udało im się przedrzeć przez te diabelskie zarośla! Mogli się teraz poczuć jak prawdziwi zdobywcy nowych nieodkrytych ziem, albo naukowcy przedzierający się przez dżunglę. Wyszli na polanę pokrytą śniegiem, gdzie stał domek. A nawet poprzywiązywane konie! A przed domkiem stał Edgar niemal większy od niziołka, próbującego wielką drewnianą stopą przywiązaną do nogi odpędzić merdającego ogonem taru.
-Do nogi!- zawołała zaskoczona i rozśmieszona Eve. -No i Grunaldi ma tego swojego ÂŚnieżnego Potwora hahaha!- śmiała się serdecznie.
Niziołek nie ukrywał swego zdziwienia. Aż zaniemówił.
Canis:
Cieszył się równie bardzo czując nie niezadowolenie, wręcz radość z walki z gałęziami, byli to chyba no nie najprzyjemniejsi, ale nie będący wielkim zagrożeniem przeciwnicy a zdawął sobie sprawę z komizmu i sam także się śmiał na myśl, jak musi wyglądać po tej walce :D . Gdy wyszli z zarośli chwycił za czapę z powrotem ustawiając ją ładnie na głowie i poprawiając by dalej mu uszka chroniła! I dojrzał przepiękną zabawną akcję. W efekcie nic tylko kucnął i przykładając lewą dłoń do twarzy zakrywając ją, patrzył prawym okiem śmiejąc się do rozpuku. Jednak po chwili się opamiętał.
- Wybaczy pan, że budzimy pana w nocy, ale zechce pan nam wyjaśnić może życzliwie po co panu ta wielka drewniana noga? - Mówił znowu się śmiejąc. - Lubi pan legendy o śnieżnym potworze?
Evening Antarii:
- Macie mnie- powiedział załamany niziołek o wielkich stopach. Mocno to kontrastowało ze śmiejącą się dwójką, uważającą to za zwykłą zabawną sytuację, ale dla niego to było tragiczne!
- Moja rodzina od pokoleń była ÂŚnieżnym Potworem- jęknął zawiedziony. - A to turysta jakiś zajrzał, a obce plemiona nie zbliżały się do mego stada owiec, jacyś naukowcy płacili mi za informacje o Potworze... Eh! Teraz niech to wszystko szlag weźmie!- nawet przeklął a potem gwałtownie zerwał sobie drewniane modele stopy z nóg i cisnął nimi rozeźlony w zaspę. - Cholera no!- krzyczał jeszcze a małe rączki zacisnął w pięści. Nawet na twarzy poczerwieniał! - Nawet nie wiecie jak wygodnie się w tym chodzi po śniegu! Nie zapadam się w zaspach przynajmniej.
-Dobrze, spokojnie już- odezwała się Eve wciąż z trudem powstrzymując się od śmiechu. -Nikomu nie powiemy...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej