Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
Dobrej nocy i miłych snów. Pomyślał spoglądając na towarzyszkę podróży w tych górach. Sam spojrzał raz jeszcze na niego i dalej łączył w swojej głowie gwiazdy tworząc tym samym różne obrazy i konstelacje, a czy były poprawnie konstruowane? Cholera sama wiedziała. Pomyślał, że będzie musiał kiedyś nad tym więcej czasu spędzić. Jednak zmęczenie, chłód, wiele informacji, gonitwa do Ekkerund dalej przeprawa w to miejsce wyczerpały jego potencjał sił, i oczy mimowolnie same lgnęły by skryć się pod powiekami. Mimo hardej i zatwardziałej walki z poczuciem senności, nie mógł się oprzeć tej sile.
Maya miała mniej szczęścia. leżała leżała i próbowała spać, jednak ciężkie ją dni spotykały i nie było jej przyjemnie. co chwilę musiała wstać i że tak narrator to ujmie, rozchylić nogi by zadbać o swoją higienę osobistą, szczególnie doskwieralo jej, ze robi to w pobliżu 2 ludziów, Edgar nie, ten wiedział, ze higiena to ważna sprawa, ale ludzie to nie rozumieją... Tak też czuwała stale co rusz podnosząc głowę i patrząc na niebo i czując również niezykłą radość z tego widoku, chciała wyć niczym bracia wilki, jednak nie wypada budzić śpiących, powstrzymywała się.
Evening Antarii:
Noc była chłodna, im robiło się później, tym było zimniej, a wiatr znajdował sobie przejście między szczelinkami w wozie, i dął także z góry, przez co twarze śpiących różowiły się nieco. Mściciel spała cała nakryta futrami i kocami, nosa nie wyścibiła wcale. Zdarzały się jej w życiu zimne noce, ale taka chyba jeszcze nigdy. Hemis spędzała w domu przy kominku, czytając, zajmując się domem, wyręczając niewolników w ich służbie by samej w ciemne dni się nie zanudzić. To jednak były prawdziwe polowe warunki i szkoła przetrwania! Tutaj liczyła się grupa, gdyż w pojedynkę nikt sam takiej podróży nie przetrwa. Miała ona swoje uroki, ale także niebezpieczeństwa czyhające wszędzie, na każdym kroku. Jednak ten widok gwiazd mógł wynagrodzić wszystkie trudy.
Pięciogodzinny sen musiał wystarczyć. O północy Grunaldi zbudził śpiącą dwójkę. Mściciel wcale nie chciała wychodzić z nagrzanego miejsca, ale cóż, warta to warta. Edgarowi widocznie taka drzemka wystarczyła, gdyż zeskoczył z wozu całkiem wesoły i rześki. A ciemno było... jak w piekle jakimś. Tylko ogień nie dogasał. Mężczyźni dbali by wciąż dawał ciepło i światło.
-Przepraszam, że wtedy mi się przysnęło!- powiedziała cicho Eve. trochę miała do siebie żal. Wystawiła ręce do ognia. -To było ciekawe, ale... widocznie zmęczenie było silniejsze. Przepraszam... Nie bierz tego do siebie.
Canis:
Salazar leżał tak jak się położył z odsłoniętą głową w czapeczce, policzki mu wręcz skostniały, a usta się spierzchły, skóra na nich delikatnie popękała. No to teraz to ja muszę wyglądać zabójczo. Pomyślał dotykając ranek na ustach. Ale nic wzruszył ramionami, nie pomyślał to teraz ma! Zbudzony przez Grunaldiego bez narzekania przeklinając chłód wstał z ciepłych rozgrzanych od temperatury ciała futerek, szybko założył kubrak i zapiął jednocześnie dygocac na mrozie, jednak gdy się zapiął i trochę rozruszała ramionami zrobiło mu się ponownie przyjemniej i cieplej. Podszedł do Siedzącej już przy ognisku Eve. Ale na przeprosiny wręcz się roześmiał no nie szyderczo, ale rozbawiony takim tekstem.
- Kiepski zemnie bajarz, wiem o tym Hehe. - Mówił z uśmiechem na twarzy, a spierzchnięte usta w uśmiechu musiały jeszcze gorzej wyglądać! - Dobrze że zasnęłaś i trochę zregenerowałaś sił tak jak i ja, będziemy mogli spokojnie wypełnić wartę i za parę godzin wyruszyć w dalszą drogę. W takich warunkach jeszcze nie było mi dane nocować poza domem. Cholerne Hemis... Chociaż ma swoje uroki, nie tylko srogi mróz, ale tez piękne widoki usłanych śniegiem pól, czy szczytów, więc coś za coś. Cieszmy się, ze nam jeszcze nie mamy odmrożeń na kończynach. Huh, ty masz cztery do stracenia, ja pięć, a mam nadzieję ze nie przyjdzie mi stać się kiedyś beznogim bezrękim eunuchem! - Odparł chcąc chodź trochę rozbawić towarzyszkę na warcie, w końcu jakże to ciężko w fatalnych warunkach się ja pełni, o zmroku, w dziczy, w chłodzie, gdzie z otoczenia co rusz dochodzą niepokojące odgłosy, a jak każdy wie śmiech i uśmiech to zdrowie! a wydzielane endorfiny do krwiobiegu jakże wspomagają w ciężkich i trudnych sytuacjach.
- Jaki plan warty, pani kapitan? - Zapytał stając na baczność i salutując do pani mściciel, wierzył ze może jakoś uda się rozweselić ją, tak też mrugnął oczkiem salutując a twarz wykrzywiając w uśmiechu. Po czym już calkiem serio dopytywał... - Będziemy pilnować przy ognisku? Czy może zrobimy jakiś patrol sadzając tutaj jedno z nas, czy jedno z naszych taru, zaś z drugim mały obchód wokół, może trochę drwa na podłożenie do ognia zebrać? - Zapytał dając też propozycje, nie znał się na działaniu warty czy takich regulaminowych zasad działania ochrony osób, mienia, obiektów i obszarów, jaką to też funkcję przyszło im teraz pełnić, gdy tylko udadzą się na spoczynek poprzednicy zmiany, Grunaldi wraz z Klemensem i Erykiem.
Evening Antarii:
-Hahah no coś w tym jest - zaśmiała się, gdy Sal mówił o odmrożeniach. -Ja mimo wszystko lubię hemis. Jest takie... hmm... tajemnicze i w ogóle! -Eee tam, nie było tak źle. Był ogień, wełniane kubraczki, dużo futer i koców. Do tego ciepłe futrzaste taru.- Wiesz co? Moglibyśmy się przejść. Księżyce świecą, a poza tym mogę... zaświecić światło- uśmiechnęła się po czym wypowiedziała inkantację Elishash. Nad jej głową pojawiła się kula świecąca wystarczająco mocno. Eve pchnęła ją telekinezą w głąb lasu.
-Yhg! I nie mówi do mnie "pani kapitan"- udała obrażoną. -Do dziś mam o to do ciebie żal!- uśmiechnęła się szeroko przecząc tym samym swoim słowom. -Nie nadaję się do rządzenia, chyba każdy to wie- przewróciła teatralnie oczami. -To co, idziemy?
Canis:
Spojrzał na świetlistą kulę nad głową i przypomniał sobie szereg sytuacji, gdy sam potrafił taką zrobić, jednak nawet nie pamiętał kto go uczył, ani gdzie się tego uczył, a już w ogóle jak to powtórzyć... w jego pamięci pozostało tylko jedno wspomnienie nauki zaklęcia wrzątku, cała reszta wraz ze wspomnieniami przeszłości, wybranymi dotyczącymi dziwnej siedziby, dziwnych nieznanych z imienia ludzi, którzy uczyli się tak jak i on, czy nauczali, była zatarta, niewyraźna niemożliwa do identyfikacji... tak wiedział, że nowym życiem zapłacił dużą cenę, nie tylko finansową, nie tylko zmianą ciała, ale także utratą szeregu wspomnień, które nawet zachowane stawały się niekiedy obce.
Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy dosłyszał słowa o żalu, za pełnienie funkcji kapitana.
- Wybacz, lecz ty byłaś jedyną osobą, która była zdolna poprowadzić statek, reszta nie umiała by nawet podjąć wartościowej decyzji! A spisałaś się świetnie, dopłyneliście na Chatal... Poza tym... musisz mi kiedyś wybaczyć sam nie wybierałem takiego losu. Wszystko wina tej tajemniczej postaci! - Mówił szeroko się uśmiechając. - Piękna propozycja, chętnie się przejdę, a przy okazji sprawdzimy i zabezpieczymy okolicę, dwa w jednym, przyjemne z pożytecznym!
Jak powiedział tak też Maya zerwała się z posłania. - Maya, zostaniesz tutaj przypilnować ognia i miejsca. Waruj czy coś... - Mówił do młodej samiczki, lecz ta tylko przekrzywiała głowę w lewo, w prawo zdezorientowana, jednak na słowo waruj przyjęła wartowniczą postawę, siadła na tyłku i wychylając głowę w górę rozglądała się wokół nasłuchując i doglądając wszystko co w zasięgu jej wzroku, by w razie czego reagować i alarmować!
Oj nadajesz się, nadajesz, właśnie to widać[/i] - Mówił cwaniacko mrużąc oczy. - Zatem chodźmy. - Odparł z uśmiechem... wstając i idąc tuż obok Eve, w kierunku słanej kuli światła.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej