Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Canis:
I tak więc wybiegła na szlak, gdy krzątaniny przy oporządzaniu koni i wozów dobiegały końca i wiedziała, że to czas będzie na uroczy bieg i wybieganie nadmiaru sił i energii, której w Mai nigdy nie brak! Zniecierpliwiona opieszałością swojego właściciela delikatnie zawyła, lecz gdy dojrzała jego karcące spojrzenie by hałasu nie robić zaprzestała alarmowania całej okolicy swoim istnieniem!
- Ja znam bardzo trochę... jedno zaklęcie aby którym lepiej się nie afiszować... - Mówił półgłosem co by nie straszyć górala swoim kiepskim wykształceniem. - Czapka pasuje idealnie, dziękuję!- Odpowiedział z radością susząc zęby o tak :D . Jednocześnie delikatnie dźgając swojego pałasza butami co by nie zgubił i nie spowalniał ekipy mknącej szlakiem i trzymał się blisko wozu, delikatnie bo jeszcze gotów byłby zrzucić jeźdźca ten wredny typ. Po jakim ogierze i jakiej szkapie ten cholerny koński zad to ma...
- Nie ma takiej niegodziwości, która by nam była straszna, spokojnie, teraz już wam nic nie grozi. Ewentualnie bieda po ugoszczeniu mojego konia, nie dość że wredny to pochłania tony owsa, także radzę uważać goszcząc go w swojej stajni. - odpowiedział licząc, że choć trochę rozbawi to zasmuconego górala, nie znał sposobu by ukoić ból po takiej stracie, zwłaszcza, ze tym nie był zawistny mimo takiej dotkliwej straty...
Evening Antarii:
- Ooo z daleka mi z nim, skoro tyle je! Zima za górami jest ciężka, to niech chociaż owsa nie wyjada- odparł z konia Grunaldi.
-Wystarczy wyznaczyć mu dzienną dawkę, kilka kilogramów i sprawa załatwiona- uśmiechnęła się Eve. -I jak ty sobie konia wychowałeś, że taka wredota z niego!?- dodała jeszcze.
Wozy toczyły się powoli przez drogę poprowadzoną przez gęsty mieszany las. Prowadziła ona prosto na północ. Było przedpołudnie zatem słońce wznosiło się powoli w górę, choć i tak świeciło niemrawo wcale niewysoko nad horyzontem, a jego ciepło ledwo co dało się odczuć. Dodatkowo jechali przecież w cieniu starych, dostojnych, lecz bezlistnych drzew.
Taru węszyły zaciekle, Maya tak samo jak i Edgar. Ich ścieżki splatały się albo całkowicie rozmijały. Chłód im wcale nie przeszkadzał, choć para leciała z ich pysków, a i koniom z nozdrzy leciały białe kłębki.
- Dojeżdżamy, ojcze- powiedział Klemens. Rzeczywiście z oddali było widać bałagan na drodze. Jakiś podróżny ominął go obojętnie. Tak samo jak i ciała pozostałych członków ekspedycji zza gór... Psowate dotarły tam pierwsze, zwolniły kroku i stały nieruchomo. Czekały aż reszta dojedzie do tego pechowego miejsca.
-Niech Zartat ma ich w opiece- szepnęła mściciel. Na drodze leżało kilka ciał a czerwona jucha już dawno wystygła i wsiąknęła w niezamarzniętą jeszcze ziemię. Najpierw dwa konie z przebitymi bebechami. Dobre, silne i mocne zwierzęta poległy w tej nierównej walce. Potem ciała ludzi, dokładnie cztery, z kieszeniami wywiniętymi na wierzch. Zbóje nic im nie zostawili, nawet buty porozkradali.
Canis:
- Tak to jest widzisz, gdy nie trzeba się martwić jadłem dla konia, a wredny jest... odpłaca się za lata, gdy byłem zdolny zmusić go do wszystkiego magią, dziś jesteśmy w innym położeniu i wyrósł taki cham... Ale jak to mówią, jest akcja i reakcje... dobrze mnie wkurzy to kupi się nowego konia a z tego da koninę! - Powiedział głośno do konia przystawiając usta do jego ucha, a teraz już kuc nie był taki cwaniak jak groźbę dosłyszał!
Gdy dojeżdżali a woń krwi przeplatała powietrze, Salazar wyczuł słodki żelazny zapach, który jak dobrze znał... tyle doświadczenia z krwią a dziś niewiele potrafił z nią zrobić... Ze zwierzyną również...
Na słowa Eve spojrzał na nią zaciekawiony.
- Niech Rasher da im skąpy posiłek... - Jednak powiedział to raczej do siebie.
- Bestialstwo... żeby żądza mienia była ważniejsza od życia ludzkiego... to niepojęte... Dobra! Zwinać ciała i na wóz tak? - Dopytał zeskakując z konia, oboje jak i Salazar tak I Pałasz poczuli ulgę w tym momencie, jeden, ze pozbył się ciężaru, drogi, ze wreszcie stopy dotykają ziemi!
Evening Antarii:
- Tak... Dajcie do chłopców na wóz...- odparł posępnie Grunaldi. Nie chciał dotykać ciał. Pewnie pożegna się z nimi na swój własny sposób. Później, w rodzinnej okolicy. Stał przygarbiony przy drzewach i obserwował to co zostało z jego dobytku i ludzi.
- Bierz, Klemens!- nakazał mu młodszy Eryk i razem wzięli ciało najstarszego brata na wóz. Potem jeszcze jedno ciało... Przykryli ich jakąś derką i zamknęli powieki.
-Pomożesz mi?- szepnęła Eve do Salazara. Nie chciała pytać Grunaldiego kto to, czy dobrze go znał, czy zasiadali wieczorami wspólnie przy piwie i grali w kości. Odpowiedź pewnie potwierdziłaby jej domysły. A wtedy zrobiłoby się jej jeszcze bardziej żal, że jego znajomi w tej potyczce polegli. Chwyciła za ramiona mężczyznę, który zapewne zginął od kłutej rany w bok.
- Wracacie do domu, chłopcy- powiedział Grunaldi.
Canis:
- Oczywiście, że pomogę, nie mogą tu leżeć, a sama nie możesz targać. - Powiedział i mrugnął okiem, stanął przed ciałem między nogami i wkładając ręce pod tułów mniej więcej na środku ciała w okolicach pośladków trupa uniósł w górę i powolnym krokiem kierował się do podstawionego wozu. Starał się by ciężar przy ramionach, który ogólnie jest największy a pani mściciel tam własnie chwyciła, był jednak chociaż proporcjonalnie po połowie rozłożony i nie musiała targać najcięższych partii ciała sama.
Gdy oboje włożyli ciało na wóz, Salazar zapierając się rękoma o krawędź wozu, podsadził się i włożył jedną nogę by następnie stanąć na wozie. podszedł do bezładnie leżących zwłok i delikatnie ciągnąć za ramiona po podłodze wozu przeciągnął je dalej, by kolejne ciała swobodnie się zmieściły. Szybkim krokiem zeskoczył z wozu i podszedł do kolejnych zwłok, analogicznie stanął między nogami chwytając ciało przy pośladkach, liczył na to, że Eve przyjdzie z pomocą do tych zwłok ^^ .
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej