Tereny Valfden > Dział Wypraw
Basen północny
Evening Antarii:
- Nie chcemy ich gonić. Nasz lud nie jest mściwy. Prędzej nasi bogowie ich pomszczą... Wyrwali północy wiernych i oddanych synów... Dopijemy piwo i ruszamy w drogę. Przyda nam się ktoś do eskorty. Ugoszczę was w moim domu najlepiej jak będę potrafił! Czeka tam moja żona, trzy córki i syn. Najstarsza jest w pańskim wieku tak myślę, całkiem ładna!- powiedział pełen dumy, ale jednak wciąż nie dało się nie usłyszeć smutku. - Pójdzie przyszykować konie i wozy- rzekł do Eryka i Klemensa. - Sanie chowamy na wyżynie, gdzie zaczynają się śniegi. W dół zjeżdżamy już wozami. Tam się nikt nie zapuszcza to i nikt nie podwędzi tych sanek he he- i znów śmiech przerodził się w kaszel. Grunaldi churchlał głośno i mocno. - Ekhe! Ekhem!... Wybaczcie- popukał się w pierś. - Północ nie taka straszna... Nasza osada to ostoja w tych górach. ÂŚniegu też tak dużo nie ma bo wieją wiatry od morza, więc jest nieco cieplej. Przez góry natomiast wiedzie szlak. Nie jest wymagający, wiele razy wypróbowany. Tylko jeden odcinek jest dość trudny. Ino w górach nie jedno licho mieszka- powiedział pogodniejąc nieco.
-Panie Grunaldi, będzie nam miło odwiedzić samą północ Valfden. Ja osobiście nie miałam okazji być na końcu Valfdeńskiej ziemi - powiedziała dziewczyna i zeskoczyła z wysokiego drewnianego krzesła przy szynkwasie. -Umiemy walczyć, już żadne zbiry wam w drodze nie zaszkodzą!- zapewniła nakładając płaszcz i odstawiając puste naczynie po herbacie. -Zima, choć sroga, musi tam być piękna!
Canis:
- Panie... Jednej kobiecie tylko swe serce chciałbym oddać i już chyba wiem której. - odpowiedział i mrugnął oczkiem. - Dla mnie wyprawa będzie radością, mogąc pomóc ludowi, takie my ministry jesteśmy, by służyć ludowi. - powiedział jakże uśmiechając się do mężczyzny, któremu los synów odebrał, co prawda sam nie wiedział jak by się zachowywał w obliczu takiej tragedii, jak by ją przyjął. Jednak wiedział, że pragnienie zemsty było by czymś, co nie opuściło by go nawet na sekundę... Chciałby poruszyć ziemię i niebo, by sprawiedliwości stało się zadość, a winni poczuli mękę, katusze, zwłaszcza, że to rozbój o przedmioty, a życie jest... cenniejsze, zwłaszcza osób w sile wieku. Każdy w swym sercu jednak chowa dwa światy, miłości i śmierci. Każdy ma inne jej proporcje i inne jej walory hołubi, tak też i tu Salazar dojrzał prawdę, której uczyło go coś co w swoim dzienniku nazywał prawem cienia... staniem z boku i patrzeniem na świat, toczeniem się losu własnym życiem i jego obserwacją. Tak, wiedział, że prawo cienia nie jest prawem dzieci nocy, lecz prawem świata, opisującym nie jak ma postępować człowiek będący taki a nie inny, jest drogowskazem dla wszystkich, których życie obarczone jest przekleństwem, nie, nie złym, ani nie dobrym, wszystkich obarczonych swoim jestestwem. Jednak nie czas było na pierdoły i filozoficzne durnoty! Sięgnął po swój kubek herbaty i dopił czym prędzej by z lekkim stukotem odłożyć kubek. - Również nigdy na krańcach Valfden nie byłem... Chętnie doświadczę uroków tych klimatów! Damy radę nic nie straszne nam na szlakach. - Powiedział i również zeskoczył ze stołka i zapiął piękny nówka kubrak, który dostał w prezencie. Szczególnie zauroczyły go mosiężne guziki, dzięki czemu całe odzienie nabierało szczególnych walorów. Sięgając po czapkę założył na głowę, dziwnie się poczuł nigdy czapki nawet kapelusza nie miał! Ale co to za życie by nie doświadczyć czegoś nowego?! No własnie! - To co? Czas byśmy rozprostowali kości, konie przysposobili i możemy ruszać!
Evening Antarii:
- Bo nie widziałeś mojej Wiesławy! Baba jak się patrzy- śmiał się radośnie. Chyba mówił to na całkiem poważnie, nie było czuć żadnej ironii.
Na twarzy Eve wystąpiły rumieńce, lecz to chyba przez ten rześki wiatr, który powiał, gdy otworzyła drzwi karczmy. Zaraz za nią wybiegł Edgar radośnie machając swym długim ogonem. Był wyspany i najedzony, niestraszna mu żadna droga. Pognał przed siebie ulicą Ekkerund potrącając niechcący kilku krasnoludów; na szczęście uszło mu to na sucho. Grunaldi wyszedł także pożegnawszy się wcześniej z karczmarzem, bo to on pierwszy zaproponował jakąkolwiek pomoc.
Konie stały okryte derkami. One także zdążyły się najeść, odpocząć i wystygnąć po drodze. ÂŚnieg prószył ale zaraz topniał. Był stopień albo dwa powyżej zera.
- Eryk, Klemens, dawać mi tu mojego karego!- istotnie Góral, bo tak nazywał się koń Grunaldiego, był czarny jak węgiel, jak najciemniejsza zimowa noc. Mężczyzna sprawnie go dosiadł, a chwilę potem obok niego stała pozostała dwójka, już na nieco gorszych koniach. Oni ciągnęli za sobą dwa wozy.
Eve poklepała Płotkę po grzbiecie, odwiązała od drewnianej beli i wyjechała na szlak. -Edgar, do nogi!- krzyknęła za zwierzakiem. -Chodź tu, bo mi zginiesz- rzekła karcącym tonem. Wtedy, gdy przybiegł do swej pani, Edgar zauważył Mayę. Jak to młody psiak, nie wiedział zbytnio jak ma się zachować; krążył zaciekawiony wokół niej i tylko się przyglądał.
Canis:
Maya miała przyjemność lezenia skulona przed karczmą między nogami pałasza, aby nikt jej nie próbował pod konia wydostać. Leżała tam chwilę czasu co rusz spoglądając na drzwi karczmy, na osoby wchodzące i wychodzące z niej. Gdy dojrzała wybiegające Taru podniosła głowę i wyciągając szyję obracała czarnymi uszkami przysłuchując się wydawanym dźwiękom kolegi psowatego. Już jej właściciel i opiekun wychodzący jako ostatni z karczmy i zamykający drzwi za całą piątką osób nie był istotny. Dostrzegła go dopiero, gdy zaszedł do konia i zaczął go odwiązywać, wtedy dostrzegła, że niestety, ale musi wyjść spod konia. Delikatnie i swobodnie wyczołgała się spod Pałasza stając na równe nogi i przyglądając się pozostałym osobą. Podeszła do każdej z czwórki osób, uniżając głowę i kuląc uszy na bezpieczną odległość kilku centymetrów, by powąchać nogawki spodni i móc łatwiej zidentyfikować postacie, znaleźć je w razie zagubienia. Nie lubiła nadmiaru pieszczot to też oczami spoglądała w górę, aby obwąchiwana osoba nie dojrzała jej zbytnio, a przynajmniej nie próbowała głaskać. Niestety najemnice Beatrice i Irsis miały w zwyczaju głaskać psowate po głowie, czego Maya się niestety bała, najwyraźniej nie raz młode dzieci podczas spacerów, chcące ją pogłaskać po główce robiły to niedelikatnie raczej uderzając w głowę a niżeli delikatnie przykładając dłoń i głaszcząc po sierści. Gdy obeszła całą piątkę, która krzątała się w pobliżu karczmy, powróciła do swojego właściwego opiekuna patrząc oczami co rusz na Człowieka, to na biegającego Edgara. oczy błagalne i otwarte, a rozdziawiony pyhsk, z którego zwisał jakże radośnie długi różowy język pokazywały, ze czegoś chce i liczy na zgodę. Niestety sędzia nie rozumiał potrzeby i pragnienia psowatego, to też jedyne co mógł zrobić to też zrobił, powiedział, ze spokojnie, będzie miała gdzie się wybiegać. Nie tego oczekiwała i tu zawiodła się na swym panu, ale czego mogła się spodziewać, wiedziała, ze ludzie nie do końca je rozumieją, mimo przywiązania i wzajemnej relacji brak było pełnej zdrowej komunikacji... Jednak nie wykryła w głosie ani gniewu ani karcenia, przez co musiała sama przyzwolić sobie i uznać to za zgodne z wolą jej pana, no bo jak inaczej? No nie da się. Wybiegła za Edgarem lecz dojrzała, ze jest tuż obok, lecz co teraz? Tak tu był problem egzystencjalny. Dysząc powoli przyglądała się towarzyszowi czworonogowi podobnych rozmiarów, który właśnie podszedł i okrążał ją. Było jej trochę dziwnie i niemiło, poczuła, ze to nie tak... więc uznała, ze sama przejmie inicjatywę, nie chciała być pokazem istnienia, chciała być przynajmniej dobrą znajomą. To też podeszła do zwierzęcia od boku stając na przeciwko Edgara. Wyciągnęła szyję do przodu jednocześnie delikatnie unosząc głowę i próbowała powąchać kolegę od pyszczka, wiedziała, ze tak najlepiej i najmilej zacząć znajomość, gdy nawąchała się rozdziawiła swój pyszczek z którego ponownie zaczął zwisać różowy język, zaczęła delikatnie dyszeć i merdać ogonkiem z ciekawości i nadzieją, że Edgar podejdzie do niej. Było coś, czego nikt inny nie wiedział tylko ona i służba Salazara, być może Edgar to wyczuje swym czułym powonieniem. Zdarzyło się jej już od trzech dni zostawiać plamki na podłodze, na dywanach krwawe i lepkie jak zauważyły Beatrice i Irisis, jednak nie informowały o tym Salazara.
Jednak nie każdy był w stanie ocenić myśli dwójki czworonogów i ich zamiary, w takiej sytuacji postawiony był Salazar, też nawet nie próbował, machnął ręką na Mayę, wiedział, że skoro Edgar nie opuści swojej pani, to ta jego psowata również będzie w pobliżu się kręcić. to też odwiązując Pałasza poklepał go delikatnie po grzbiecie i wkładając prawą nogę w stalowe strzemiona wybił się z lewej i przełożył ją nad grzbietem lądując tyłkiem delikatnie na grzbiecie wierzchowca. Włożył drugą nogę w lewe strzemię. Jednocześnie obwiązał nadgarstki wodzami idącymi od uzd konia pociągnął delikatnie do siebie przekręcając w lewą stronę, przez co Pałasz otrzymał sygnał by wycofać się i obrócić w prawą stronę, obracał i obracał aż w końcu obrócił. popuszczając wodze koń ruszył na przód i podjechał do Płotki ewe stając obok. Jego ogon już zaczął obijać się na lewo i prawo łaknąc dalszej podróży.
Pałasz nie był "pięknym" koniem, zwykły koń o jakże gniadym umaszczeniu i siwawej grzywie oraz ogonie.
- Nie okrutny Pałaszu, teraz nie będziesz się śmiał z moich siwych włosów wredny dziadzie... - Powiedział pół szeptem do konia pochylając się nad jego kłębem i szyją. W odpowiedzi tylko lekko parsknął kręcąc głową na lewo i prawo, zaś w myślach pojawiło się: ÂŻebyś się nie zdziwił, będzie wiele okazji by ci wkurzyć.
Tak... zwierzęta go chyba nie lubiły...
- To jak panie Grunaldi, możemy jechać, chyba? - Spojrzał na Eve, lecz co tu dużo mówić, była lepiej przygotowana od niego!
Evening Antarii:
Edgarowi zaś żadne suczki w głowie... Był jeszcze młodym taru, nie miał czasu na uganianie się za nimi, wolał pognać za kaczką w zaroślach, albo całymi kilometrami iść wiedziony zapachem czegoś nowego. Coś tam wyczuł, oczywiście, lecz nie wyglądał na przejętego tym faktem. Tyle woni dookoła... wolał biec przy szkapie i dorównywać jej kroku. Jęzor musiał zwisać swobodnie a uszy latałać z góry na dół przy każdym susie. Tak więc niedojrzały czworonóg nie wiedział zbytnio co ma począć z zapachem Mai, zatem zignorował go zupełnie.
- Chłopaki, bierzta wozy i jedziemy. To zaledwie kilometr stąd. A potem już prosta droga do domu, za góry znaczy się- oznajmił Grunaldi. Konie szarpnęły, koła zaczęły toczyć się powoli, by potem nabrać odpowiedniego tempa. Brodaty mężczyzna na karym koniu jechał kilka metrów za nimi. Sposępniał i zmarkotniał w jednej chwili. - Przeklęte Ekkerundzie szlaki...- mruknął
-Panie Grunaldi, teraz już będzie pan bezpieczny. Znam trochę magii, Salazar chyba też. A właśnie... Czapka w sam raz?- spytała Eve poprawiając uzdę swej szkapie. -W górach może wiać. Mam nadzieję, że konie dadzą radę.
- Nasze dały to i wasze przejdą trasę w mig- dodał Grunaldi. Cały czas zbliżali się do owego miejsca. Z przeciwka rzadko kto szedł. Kompania właśnie minęła mury miasta i wyszła no owy feralny szlak.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej