Tereny Valfden > Dział Wypraw
Kojący dotyk Enart. Ogrody Erosa.
Mohamed Khaled:
Na statku już kiedyś płynął, wtedy jednak był kompletnie zielonym marynarzem. Teraz, parę lat (Pies wie, kiedy to było xD) po pierwszym rejsie, mógł poszczycić się wiedza na temat żeglarstwa.
Siły mu nie brakowało, mógł pomóc przy ożalgowaniu, wolał jednak zając miejsce niedaleko kapitana. Kurs, który przebył swego czasu specjalnie dla hrabiego Aragorna na coś w końcu się przyda.
Zaszedł na mostek, gdzie stał sternik.
- Dobry - skłonił lekko głowę - ja jako pomoc przy sterze, jeśli będzie potrzebna.
Evening Antarii:
-Spora ilość bagażów?- spytała sama siebie unosząc brew i spoglądając na trzy torby. Jedynie trzy! Największa była mniejsza od worka zboża... można tak powiedzieć. Pełno kieszonek i przegródek z ubraniami i bielizną na każdą pogodę. Trzecia to był plecak na kosmetyki oraz mniejsze przedmioty, które zawsze mogą się przydać. Trzecia to mała sakiewka z pieniędzmi, lustereczkiem i jakimiś dokumentami, których nie miała gdzie wcisnąć. Nie było tego dużo... Same najważniejsze rzeczy! Wszak nie wzięła wszystkiego, i tak przed podróżą zrobiła selekcję i wyjęła z toreb pół ich zawartości. Zamorska podróż to nie wypad nad jezioro, tak jej się zdawało. Stąd tak skrzętne przygotowania. Dziwiła się natomiast swojej ulubionej maurence stojącej z jedną torbą. Eve wciąż nie mogła nadziwić się jak Armin mogła zmieścić w niej wszystkie swoje bagaże... Eve odebrała kluczyk od Salazara i zaczęła zbierać wszystkie należące do niej pakunki.
Spojrzała jeszcze w stronę miasta. Tak tylko, by pożegnać się na krótko z Valfden. Okręt przyjemne zatrzeszczał, jakby sam wydawał jakiś pomruk przed wypłynięciem z portu. Zaczął się przyjemny gwar, marynarze zajęli się obsługą, inni rozmawiali i rozchodzili się do swoich kajut. Do tego skrzeczenie mew i szum fal.
Także Eve tachała swoje bagaże. Tą największą torbą szurała po pokładzie nie mogąc jej udźwignąć. Tuż przed wejściem do kajut zauważył ją, siłującą się z upartymi torbami, marynarz, oferując pomoc. Pakunki szybko znalazły się w pięknej kapitańskiej kajucie...
Silion aep Mor:
Krasnolud oparl sie o burte i obserwowal powoli znikajace Atusel i cala wyspe. Mruczal cos pod nosem a jedyne co sie udalo uslyszec spod nosa to narzekanie na zakwaterowanie. - ...Szlacic i ma spac pod pokladem... Porazka... - po czym wsepil swoj wzrok w poklad zerkajac przy okazji na maurenke.
Anette Du'Monteau:
-A to sądzisz, że wylądujesz gdzieś indziej po oporządzeniu dziesięciu litrów wódki krasnoludzie? Tak czy siak byś się tam znalazł. - dowcipkowała Anette. Nie miała za wiele bagażów, więc nie śpieszyła się z przejściem do kajuty. Podziwiała widoki rozciągające się z pokładu statku.
Szarleǰ:
Kruk wciąż stał niewzruszony w tym samym miejscu, w którym wcześniej uciął sobie krótką drzemkę i myślał nad czymś intensywnie. 10 litrów jęczmiennej, 10 litrów jęczmiennej, 10 litrów jęczmiennej, głowił się. Coś nie dawało mu spokoju. Coś było nie tak, coś go gnębiło i irytowało, niczym komar bzyczący za uchem, nie dający się odgonić. 10 litrów jęczmiennej, 10 litrów jęczmiennej, o co może chodzić? Marszczył czoło myśląc intensywnie, w poszukiwaniu źródła tego wewnętrznego bzyczenia. 10 litrów, 10 litrów...
- Uch... - sapnął jakby niezadowolony.
10 litrów. Za mało...
Zwiesił nos na kwintę i poszedł spać dalej.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej