Tereny Valfden > Dział Wypraw
Na straży pokoju
Licho:
- Gdzieś mam kolor twojej skóry. Równie dobrze możesz być i koloru jasnego różu z domieszką świeżej zieleni, nie obchodzi nas to. Tylko to, co skradłeś. Dobra chłopaki, przeszukać go!- wydał rozkaz. I sześciu chłopów jak dęby, umięśnionych, wyćwiczonych w walce, potężnych podeszło do Kruka. Poczuł na sobie ich łapy, wkradające się do kieszeni i pod koszulę by dotrzeć do zaszytych schowków. Przeglądnęli jego bronie - najpierw stalową katanę. Potem bełty. Ukrytym ostrzem szczególnie się zainteresowali... Jeden z nich pytająco spojrzał na Kapitana. Ten uniósł brew i rzekł - Rozbroić go. Idziemy na posterunek- nie znaleziono nic, a na pewno obiektu poszukiwań. I tak mauren został pozbawiony wszelakich broni. - Odsunąć się!- krzyknął do ludzi a wszyscy posłusznie rozstąpili się przed nimi jak wody pewnego morza na znak boga. Jedni chichotali, inni wciąż krzyczeli przekleństwa -Powiesić złodzieja! Niech zgnije w tym więzieniu! Nie będzie nam się tu psychol po ulicach krzątał- te i wiele innych wykrzyknień zdołał mauren usłyszeć. Gdyby choć mógł zrozumieć czym zasłużył sobie na takie traktowanie... Ale wyjaśnienie jak na razie nie nadchodziło.
Ogołocony ze swego żelastwa szedł trzymany mocnym męskim uściskiem. Czuł jak jeden ze strażników niemal zgniata mu nadgarstek prawej ręki, z lewą obchodzili się trochę ostrożniej. Trzeci trzymał go za kark, czwarty od czasu do czasu kopnął w nogi by więzień szedł szybciej. Zdecydowanie nie był to dzień Mohameda. Spętany, uznany za najgorsze ścierwo, kroczył przez pogdrodzie. - Wytłumaczysz się na miejscu. U nas przesłuchania bywają dość... ciekawe- zapewne Kapitanowi chodziło o to, że są brutalne. Bo czego innego można spodziewać się po takiej zgrai jakichś strażników na prowincjach stolicy? Chcą sobie chłopaki zasłużyć na awans, a jak się nie uda, to wyżywają się na kim popadnie. Kruk jednak był traktowany jak najgorszy z najgorszych przestępców, a wcale sobie nie zasłużył. Sytuacja była co najmniej trudna.
//Tracisz wszystkie bronie które masz w KP. Trzyma je jeden ze strażników.
Mohamed Khaled:
Dziękował przynajmniej za to, że prawą rękę mu oszczędzili. Nie była sprawna, nie miał jak się bronić. Krótko mówiąc, był w czarnej dupie, w drodze bez wyjścia.
Z niecierpliwością czekał na wyjaśnienia.. Człowiek raz na maureński rok wychodzi pozwiedzać i od razu go zgarniają. No cóż za świat. Mhm.. Gdyby tylko Aragorn żył, sprawa miałaby się inaczej. To oni byliby teraz prowadzeni, albo w ogóle już by nie żyli.
- Wprost się nie mogę doczekać - stwierdził, gdy powiedziano mu o przesłuchaniach.
Licho:
Ludzie, gdy się już rozeszli, wydali się uspokojeni całą sprawą. I pewnie rozmawiali o tym, że być może jeszcze dziś złodziej zawiśnie. Albo zapomną o tym do jutra i sprawa rozejdzie się bez echa, jeśli mauren trafi do śmierdzącej szczynami celi na resztę swojego marnego żywota.
Do siedziby straży w tym rejonie miasta szło się z rynku jakieś dziesięć minut. Budynek górował nad podgrodziem, miał bowiem aż trzy piętra co w tej okolicy można było uznać za cud architektury. Pomalowany ciemnozieloną farbą, z zakratowanymi oknami i przyboczną stajnią na konie. Zwierzęta akurat były zadbane, dobrze odżywione. Dostawały takie smakołyki, że nie jeden biedak wyjadał koniom z koryta suchy chleb, cukier albo jabłka gdy było ciemno.
Biednego więźnia wepchnięto do wielkiej sali. Pomieszczenie było okazałe, choć ciemne. Już dawno nikt tutaj nie sprzątał. Okna były tak brudne, że niewiele promieni słonecznych tutaj wpadało. Za to na biurkach stały lampy i w nich płonęły niewielkie świece. Całość mogła naprawdę doprowadzić do depresji, jeśli za długo by się tu przebywało. Nic dziwnego, że strażnicy na czele z Kapitanem wyglądali tak ponuro.
Na lewo były cele. Dobiegały z nich stękania pobitych więźniów i błagania o wypuszczenie, ale najgorszy był smród. W celach stały wiadra, ale rzadko kto należycie z nich korzystał. Ludziom czekającym na śmierć jest wszystko jedno.
- Stój- burknął Kapitan, gdy strażnicy postawili go przy jego biurku. Mężczyzna podsunął sobie mały taboret i rozsiadł się w miarę wygodnie, na tyle na ile pozwalało to małe siedzenie. - Nie wiemy gdzie to schowałeś...- zaczął. - ... ale się dowiemy. Albo sam to wyśpiewasz, albo zdechniesz w gównie swojego kolegi z celi. Mów gdzie to schowałeś a potraktujemy cię lżej- mówił spokojnie, miarowo, jakby robił interesy. - Widzisz, chłopcze-wskazał palcem na jedną z cel w której panował największy mrok i nic nie było widać. - Tam siedzi Bob. Bob bardzo lubi innych mężczyzn- zaśmiał się szyderczo. - Uganiamy się za tobą od hemis kurwa. Jeśli się przyznasz to oboje na tym zyskamy...
Mohamed Khaled:
- Ale co ukrył, ludzie?! Mówicie tylko "to, to, gdzie to ukryłeś?!", a ja nie wiem o czym wy, kurwa, mówicie... - spokojny głos chłopaka wydobył się z gardła, choć Kruk powstrzymywał się, by nie napluć mu na ryj. - Przykro mi, podczas Hemis byłem w Brugrardzie i załatwiałem sprawy dla tego efla, Talseisa z Atusel. Wiecie. Nowe zlecenia dla początkujących.
Licho:
Kapitan westchnął ciężko. Nie wiedział co ma zrobić z chłopakiem. - Albo trafiasz do celi, o tam, albo płacisz czterysta grzywien. A tyle nie masz. Nawet jakby chcieć sprzedać ciebie, to nie jesteś tyle wart- w tym czasie też skinieniem dłoni przywołał jednego ze swych podwładnych strażników, a ten stanął za krukiem. Mohamed mógł czuć jego oddech na karku.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej