Tereny Valfden > Dział Wypraw

Na straży pokoju

(1/11) > >>

Mohamed Khaled:
Nazwa wyprawy: Na straży pokoju
Prowadzący wyprawę: Licho
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: Zgoda prowadzącego.
Uczestnicy wyprawy: Mohamed
Nie wiedział, co go podkusiło, by opuścić bezpieczne tereny górskiej twierdzy Kruczych Adeptów. Stwierdził po prostu, że wróci do miasta, pochodzi sobie po mieście i pozwiedza. Mimo, iż miał złamaną rękę - chociaz gnatozrosta wypił - nie martwił się o swoje życie. Nadal ma lewą rękę, z której bezproblemowo zada kilka śmiercionośnych ciosów...
Pojawił się na podgrodziu, zmierzając w nieznanym kierunku, zajadając jabłko. Było gorąco. Cholernie gorąco. A on miał na sobie płaszcz...

Licho:
Mohamed szedł podgrodziem. I jadł jabłko. Narażał się w ten sposób na pełne nienawiści spojrzenia przechodniów, czasem małych dzieci żebrzących cały dzień na ulicy, co chleb w ustach miały kilka dni temu, o czymś słodkim i pełnym witamin nie mówiąc. Niektóre z nich miały naprawdę grube brzuchy wypełnione powietrzem, inne przypominały chodzące szkielety. Choć w lato łatwiej znaleźć coś na ząb a chłody nie dokuczają, podgrodzie to jednak ten teren, gdzie bieda i brud umiaru nie znają, a wszy mają tu istny raj. I chyba tylko one. Może też muchy latające nad ściekami płynącymi w rynsztokach. ÂŚmierdziało tak niemiłosiernie, że Kruk w pewnej chwili miał ochotę wypluć to jabłko czując niesmak w ustach spowodowany zapachem, a gdyby nawet potoczyło się po ziemi i zatrzymało w kałuży, i tak zostałoby skonsumowane przez jednego z łachudrów snujących się po ulicy. Aż dziw, że podczas ostatniego pożaru nie spłonęły wszystkie te drewniane chałupy, ledwo stojące, podpierające się jedna o drugą. Za to były przewiewne bo szpar między deskami było więcej niż samego budulca, a wnętrza rzadko stanowiły tajemnicę dla przechodnia.
Zbliżając się do głównego rynku, bardziej zadbanego, gdzie przebywali ludzie którzy mieli grzywny by coś w ogóle kupić (oczywiście nie wspominając o złodziejaszkach, którzy przybyli do tej darmowej stołówki), Mohamed coraz wyraźniej czuł wzrok innych na swoim ciele. To nie z powodu ręki ani jabłka, gdyż tu nikogo zielone jabłko nie wzruszało. Spojrzenia stawały się natarczywe, ludzie rozstępowali się przed Krukiem przepuszczając go swobodnie, ale przy okazji klnąc jak szewce. -Udław się! Szmatławiec pieprzony!... Kurewstwo się szerzy! - warczeli ludzie, ale w miarę powściągliwie, gdy go mijali. Doprawdy nieznośne stawały się te wyzwiska, zwłaszcza że mauren nie miał pojęcia o co tym ludziskom chodziło. Z bronią przy sobie nie musiał się ich bać, ale zdziwienie go opanowywało coraz mocniej, bo nie spodziewał się tak "miłego" przywitania w stolicy.

Mohamed Khaled:
Czuł się nieswojo. Mieszkał w tych terenach. Jego chata nie znajdowała się wcale tak daleko. Kilka kroków. A jego aż tak traktują?! Jak obcego, zamożnego pana! On miał tylko jabłko... Kruk zrobił  ;[ i poszedł dalej, powstrzymując się, by nie wykrzyczeć im prosto w zgniłe twarzyczki, że jest jednym z tych biedaków. No.. Może nie do końca biedaków. Na brak złota narzekał sporadycznie, po kolejnej wymagającej lekcji...
Gdy dotarł do tej bardziej cywilizowanej części podgrodzia, gdzie był rynek i ludzie, którzy mieli jakikolwiek grosz przy duszy, znów poczuł na sobie to natarczywe spojrzenie. I te wyzwiska. Czym on sobie zasłużył na takie traktowanie?
Postanowił to zignorować. Na razie.
Dla pewności jednak poprawił ostrze, by mieć łatwiejszy dostęp.

Licho:
Wreszcie ludzie przestali się przed nim rozstępować, ale wskazywali na niego palcami. Albo zatrzymywali się by spojrzeć na Kruka choć przez chwilę. Inni, jadący na koniach, przyspieszali i omijali go szerokim łukiem. Pewna pięknie wystrojona w jedwabne suknie dziewczyna wraz ze swą służbą spacerowała akurat rynkiem i wachlowała się. Rzekła do jednej z kobiet idących za nią - Nianiu, to chyba on, prawda? - i wystraszona zakryła dłonią w jedwabnej rękawiczce swe różowe usta.
Młody chłopak nie mógł oderwać od maurena wzroku, tak się zagapił, że nie zauważył schodów do sklepu. Potknął się i zranił w kolano. Przeklął siarczyście, ale otrzepał się, wstał i stał tak wpatrzony w Mohameda.
- Straż! To on! Bierzcie go bo znowu jakiś przestępca wam ucieknie! Nieudaczniki chędożone!- wyrwał się z tłumu męski głos. Wskazywał na niego palcem i zaczął tłumaczyć coś nerwowo jednemu ze strażników. Wokół kruka gromadzili się ludzie tworząc okrąg. Z żadnej strony nie było ucieczki, wszędzie ten palący, pełny pogardy wzrok mieszkańców. - Mówisz pan? Ano... Taak... To ten zbir. Oddawaj to!- krzyknął Kapitan. Miał on naładowaną kuszę, ale nie celował do kruka. Za to szóstka pozostałych strażników miała go na celowniku. Wyłonili się po cichu z tłumu. Mohamed pewnie nie chciał skończyć naszpikowany bełtami, ale obleciał go strach. Towarzyszyły mu teraz niewiedza i bezradność. Ale Kruki nie z takich opresji wychodziły. Jest to pewien rodzaj ludzi, którzy strach chowają do kieszeni, nauczeni są zachowywać zimną krew i wydobyć się z wszelkich tarapatów. - Noo!... Haha! Wreszcie cię mamy skurwysyny jeden. Za kradzież tak cennej rzeczy jeszcze dziś zawiśniesz! Ptaki będą wydziobywać twoje flaki, wszystko ku uciesze gawiedzi! Hehe! Słyszycie państwo? Dziś darmowa rozrywka! Czarnuch na stryczku!- wołał Kapitan. To on był najbardziej barczysty z całej zgrai strażników miejskich. A ludzie rzeczywiscie reagowali na całe wydarzenie jak na rozrywkę. Wszak nieczęsto publiczna egzekucja urozmaicała ich nudne, szarawe życie. Teraz, gdy straż miała Mohameda w garści, ludzie zaczęli najpierw nieśmiało się uśmiechać, a potem śmiać wniebogłosy. - Dobra, i tak nie uciekniesz więc wyciągaj to. Nie uda ci się zwiać tym razem, ooo nie... Chyba nie chcesz by jednemu z moich ludzi przypadkowo omsknęła się łapa?

Mohamed Khaled:
- Jak widzę, królewscy żołnierze są strasznie uprzedzeni do innych ras! - krzyknął w stronę tłumu. - Teraz zabijecie mnie, czarnego, potem kogo? Elfa? Krasnoluda? A może niziołki?! - skierował swe słowa w stronę kapitana. - Oddam się dobrowolnie w wasze ręce, jeśli tylko wytłumaczycie, za co jestem zatrzymany... Jak rozumiem, coś zostało skradzione. Nie rozumiem jednak, dlaczego zatrzymano mnie. Wróciłem dopiero do stolicy po dłuuugiej podróży, kapitanie. I to chyba jasne, że jeśli byłbym winny, nie pokazywałbym się publicznie, a zaszył w bezpiecznym miejscu. - zrobił krótką przerwę.
Strachu wyzbył się całkowicie. To było nieporozumienie, nie miał się czego bać. No.. Najwyżej zabije kapitana i się nim zasłoni...
- Proszę mi wytłumaczyć, co zostało skradzione, a ja postaram się pomóc. Jest wielu innych maurenów podobnych do mnie.
- Zabije ich - stwierdził w głowie, spoglądając na każdego z obywateli. - Jednego po drugim wytropię i zabije, a ich flaki rozrzucę ku ucieszy innych.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej