Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Revarskie pieśni: Zapach jaśminu
Nawaar:
Dhampir jechał dalej rozmawiając z elfem i krasnoludem - fakt odszedłem i nic nie mam na swoją obronę, ale czy teraz nie chciałeś przypadkiem powiedzieć słowa zabić? Jednak cieszę się, że nie masz do mnie żalu- mówił, co rusz odganiając upierdliwe owady latające wokół niego, niby Ventepi nakazywała szanować wszelakie stworzenia, ale tego się niestety nie mógł odpuścić i zaczął je odganiać zabijając pewnie z kilkadziesiąt, ale nie przejmował się tym zbytnio, gdyż za dzień odrodzi się kolejne wkurzające stado insektów z nimi było inaczej niż z normalnymi stworzeniami. Silvaster mógł zawdzięczać taki atak owadów, przez panującą letnią temperaturę oraz spoconemu ciału takie coś przyciąga owady dość szybko. Silvaster jechał dalej dopóki słońce lekko się nie schowało i zdało się poczuć przyjemny chłodny wiatr. Włosy długowiecznego ładnie się rozłożyły i odsłoniły jego blade czoło a robaki również odpuściły radując wampira i biednego przeklętego czyli konia. W oddali jego uszy wyłapały uderzenia piorunów taka podobna sytuacja, co na archipelagu jednak tutaj zawsze mógł uciec w głąb lasu a później bezpiecznie wrócić czy to do miasta albo konkordatu. Miał wiele możliwości a nie jak tam. Oczywiście nie zamierzał uciekać. Dlatego pospieszył konia, by szybciej jechał przez ten prastary las, gdzie ludzka ręka go jeszcze nie dosięgła.
Gunses:
Jechali, a wieczór ich ogarniał. Ogarniał ich przyjemnym chłodem. Upał zelżał, pojawił się wiatr. Burza, jak się zanosiło, miała ich minąć i udać się nad stolicę, aby tam wyładować swoją energię nad miejską wyspą ciepła. Burze często szalały nad stolicą, waląc piorunami co i raz w stołb dawnej Gildii Magów. Jak powiadali, miała ona magiczną kopułę, dzięki czemu wewnątrz można było rzucać zaklęcia nie martwiąc się o ich negatywny skutek. Wampir nie wierzył to, aczkolwiek zaprzeczyć nie mógł temu, że każda burza próbowała niszczyć kopułę nad dawną twierdzą magów.
Pośród lasu zmienił się dźwięk. Bzyk owadów ustał, trel dziennych ptaków zamilkł. Odzywały się sowy, krzyczały kruki i gawrony powracające na noc do lasu. Gdzieś w oddali zawył pierwszy wilk. Las nocą żył.
Przed Gunsesem lewitował Krwawy Kryształ. Jego odłamek lewitował nad ramieniem wampira, zaś sam pierwotny kryształ unosił się nad głową konia. ÂŚwiecił lekkim, jasnoczerwonym światłem. Przesuwał się równo z ruchem jeźdźca na koniu, nawet na chwilę nie odstępując swojego Pana. Kryształ w pewnym momencie lekko zadrżał, jego światło ściemniało i przybrało brunatny kolor. Gunses uniósł prawą dłoń i położył na minerale jakoby chcąc go uspokoić. Po chwili odjął dłoń, kryształ świecił znów jasno i był spokojny. Gunses lekko przekręcił się w siodle i spojrzał do tyłu. Jego twarz była skryta pod skórzaną maską. Patrzył na kogoś, lecz tylko ta osoba wiedziała na kogo. Odwracając się ponownie przodem do jazdy wypowiedział dostatecznie głośno. Nie wiadomo czy do siebie, czy do Kryształu, czy do jadącej obok Setmre.
- Zetarcet'zel'eoi setiel... - i w tym momencie do nosa Gunsesa i Dragosaniego dobiegł lekki, nikły, odległy zapach jaśminu. Setmre położyła wampirowi dłoń na ramieniu i ścisnęła. Spojrzała do tyłu oczyma skrytymi za maską. Cadacus wstrzymał na chwilę konia, odwrócił się i zapytał
- Chcecie abyśmy zrobili postój? Za godzinę zapadnie zmrok, a jesteśmy cały dzień w kulbakach.
Melkior Tacticus:
- Nie trzeba. Po Chatal jestem przyzwyczajony do małej ilości snu i kiepskiego żarcia. Szczególnie do czerstwego chleba.
- Chyba sucharów hehe... ehh. Nie wiem jak tam reszta konfraterii ale ja mogie jeszcze jechać.
- A weź nic nie mów. Poprawił się w siodle.
Dragosani:
Dragosani nie wtrącał się w rozmowę Bękartów i Silvastera, chociaż była całkiem zabawna. Najemnicy, co strzelają fochy za to, że ktoś odszedł z ich kompanii. Jechali tak dalej, a Antares zerkał co chwilę na Nessę, która coś milczała. Naprawdę ciekaw był jej ewnetualnej pieśni. Kto wie, może skrywał się wśród nich galerii wokalny? Nawet jeśli nie, to i tak miło byłoby coś posłuchać. I dzień im tak mijał w podróży. Zbliżał się wieczór, co było całkiem miłą odmianą. Jechali tak jeszcze jakiś czas, kiedy zamyślony Drago wyczuł jakiś zapach. Delikatny, wydawało się, że dobiega z daleka. Usłyszał także słowa Gunsesa, wypowiedziane w języku wampirów. Drago jednak nie odpowiedział, ani nie zareagował w jakikolwiek sposób. Po prostu zanotował to w pamięci.
- Dla mnie to obojętnie - odparł na późniejsze pytanie Gunsesa. - Chociaż, jeśli grupa ma być sprawna, to możnaby zrobić postój. - Tutaj zerknął na elfkę. Cholera wie jak radziła sobie ona cały dzień na koniu.
Nessa:
A elfka była elfką. Nie potrzebowała postoju. Co z tego, że plecy trochę bolą, nogi tęsknią za podłożem, a twarz pragnie zimnej wody. Była elfką. Nie straszne były jej takie podróże, a okazywanie słabości już na początku wyprawy? To nie wchodziło w grę. Szczególnie, że w końcu nikt z nią nie pośpiewał. Silva wdał się w rozmowę, której Nessa przerywać nie chciała. Wprawdzie nie zignorował on jej prośby, ale skrępowało ją to wszystko, a przecież nie mogła sobie pozwolić na drżenie głosu podczas śpiewu! Wymigała się więc i spojrzała jedynie przepraszająco na dhampira, by nie miał jej za złe tego, że wyjawiła coś, co nie sądziła, że jest tajemnicą. Nie miała zresztą pojęcia o przeszłości kompana i jego przynależności do Bękartów. Dziwne są koleje losu.
Robale cięły, monotonia podróży usypiała, a z czoła się lało. Długoucha odwykła od takich podróży, jednak starała się tego nie okazywać. Nie była nawet w pobliżu swojej granicy wytrzymałości. W końcu w kubałce można się przespać, tylko trzeba umieć. Uśmiechnęła się zatem do Dragosaniego, starając się wykrzesać w tym uśmiechu tyle energii, by i on nabrał pewności co do siły Tinuviel.
- Zwierzaki jeszcze dadzą radę - skomentowała, zerkając na Konia. Ten trzymał się nieźle. Był bardzo spokojnym konikiem. Nijakim wręcz, co niezmiernie irytowało Nessę, aczkolwiek kompanem był idealnym.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej