Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wschód słońca
Evening Antarii:
-Spodziewałam się tego, że będę musiała się pod nią podszyć. Teraz zaczęło chodzić także o moje życie więc nie mam wyboru. Do Atusel jest kawałek drogi. Jesteś w stanie zorganizować transport?- nie chciało jej się przemierzać tej trasy pieszo... To zajęłoby zdecydowanie za dużo czasu. Już lepiej konno. -Ale nie zaprzeczę, chętnie udałabym się w krótką podróż.
Dragosani:
- O transport się nie martw, mogę zorganizować wóz. Kilka dni i będziemy na miejscu - zapewnił Jack i znów popił nieco wina z pucharu. - Czyli, jak rozumiem, mogę liczyć na twoją pomoc. ÂŚwietnie. Więęęc... kiedy byłabyś gotowa do drogi? - zapytał. On chyba mógł wyruszyć choćby zaraz. Takie przynajmniej wrażenie odniosła Evening.
Evening Antarii:
-Cóż, słudzy są w domu, broń mam przy pasie, parę grzywien też się znajdzie. Nie widzę przeciwwskazań - wzruszyła ramionami jakby to wszystko było jej obojętne. Lecz pod twarzą wyrażających raczej niewiele emocji, kryło się wiele mieszanych uczuć i trochę niepewności co do całej "akcji". Wszystko jednak łączyło się ze sobą dość logicznie. Nie widziała też powodu, przynajmniej na razie, by Jack miał kłamać. Całkiem spoko z niego gość.
Dziewczyna dopiła wino. Piła lepsze w swym życiu ale to też nie było złe. -Ruszamy?- zagadnęła, wstając od stolika i zaczynając omijać kolejne istoty spędzające czas w Obieżyświecie.
Dragosani:
Jack dopił wino i wstał.
- Skoro jesteś gotowa, to możemy ruszać - powiedział. - Przejdziemy się najpierw do pewnej osoby. Jest mi winna przysługę i posiada wóz, oraz może taniej sprzedać mi trochę prowiantu. Nadeszła więc pora, abym zgłosił się po ową przysługę. To niedaleko. - Po tych słowach wyszedł z karczmy. Była już ciemna noc, ostatnie chwile wieczoru minęło. Słońce schowało się głęboko za horyzontem. Przed karczma było kilku ludzi (i nieludzi), ale ignorowali Jacka i Evening. Jack zaś ignorował ich. Ruszył w jedną z ulic.
Evening Antarii:
A Eve szła za nim wiernie. Pilnowała go, co by nie zgubić się wieczorową porą w mieście. Na dzisiaj wystarczy jej niebezpiecznych i nie do końca jasnych sytuacji. Za to Jack wiedział co robi, miał plan w głowie i zapewne nic go nie powstrzyma by załatwić Tybalda. No i umiał walczyć, co było niewątpliwie zaletą. Miał pewny i celny rzut. Eve za to wcale nie kiepsko walczyła mieczem, ale nie rzucając nim, tylko zgrabnie władając przy ciele. Postanowiła słuchać poleceń które wydaje, gdyż to od niego będzie zależeć najbliższa przyszłość dziewczyny. Z resztą... już była do tego przyzwyczajona.
-Miałam nadzieję na romantyczny wieczór z tym chłopakiem od Tybalda- zwróciła się do Jacka, by przerwać ciszę. Chodziło jej oczywiście o spacer z szarookim Joranem. -Zapowiadało się nieźle, dopóki nie spotkaliśmy ciebie- zaśmiała się z własnego (nie)szczęścia. Oczywiście tylko żartowała. Tak naprawdę była przeszczęśliwa, że nie skończyła wykrwawiając się na schodach własnego domu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej