Tereny Valfden > Dział Wypraw

Wschód słońca

(1/20) > >>

Evening Antarii:
Nazwa wyprawy:Wschód słońca
Prowadzący wyprawę: Dragosani
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: Bycie Evening
Uczestnicy wyprawy:Evening Antarii

Po ciężkim dniu i jeszcze cięższej, przespanej tylko w połowie nocy, Eve obudziła się rano z podkrążonymi oczami. Jednak nie takie cechy w wyglądzie świadczyły o pewnej zmianie... Bo gdyby ktoś spojrzał na nią z boku, ktoś przypadkowo mijany na ulicy, pomyślałby że jest po prostu zmęczona. Wystarczyłoby, by zażyła drzemki i zjadła kilka owoców z południa wysypy. Tymczasem największa przemiana zaszła w jej sposobie bycia, może w sposobie mówienia i bardziej swobodnego poruszania się.
Zeszła do jadalni na śniadanie przyszykowane przez Safrę. Czekały na nią sery i mięsa, świeże pomidory, jeszcze ciepłe pieczywo i gorąca herbata. Na deser konfitura z porzeczek, a wszystko pięknie podane na porcelanowej zastawie. Na stole leżał nawet jej ulubiony obrus i całość naprawdę zachęcała do spożycia posiłku. Jedak druga kobieta zrozumie inną kobietę bez słów. Wczuje się w sytuację i postara się pomóc. Wie, czego jej najbardziej w danej chwili potrzeba.
Jedzenia!
Zachłanność zdecydowanie nie była cechą Eve, ale te wszystkie przekąski przygotowane przez elfkę wyglądały tak smakowicie, że chciało się zjeść je wszystkie, że inne troski odeszły i nie były już wcale ważne.

Po skończonym śniadaniu, nałożeniu nieco pudru na twarz by zamaskować zmęczenie, i pojawieniu się lekkiego uśmiechu na rumianej twarzy dziewczyny, nikt by nie poznał, że coś było nie tak. No, może po nieozdobionym pierścionkiem palcu, co było oczywiste. Wszystko inne jednak pozostawało niezmienione. Jej zwyczaje, treningi w Bractwie, nauka walki, nie zmienią się jakoś drastycznie. A jej relację z Funerisem można będzie określać jako przyjaźń, bo przecież nie rozstali się jako wrogowie, lecz spokojnie i bez niepotrzebnych kłótni.

Tak więc po sycącym posiłku, doprowadzeniu się do ładu i ubrania w codzienne ciuchy, Eve się... nudziła. Tylko trochę, ale wolała mieć coś do roboty, czymś zająć myśli. Wiedziała, że reszta towarzystwa albo bawi się na ślubie i weselu, albo wypłynęła w poszukiwaniu morskich przygód. Nie obawiała się zatem, że będzie musiała komuś znajomemu wszystko od początku tłumaczyć. Wyszła przed dom i skierowała się przed siebie, czyli chciała minąć park i dom Draga, a potem udać się do centrum. Byle z daleka od Sanktuarium...

Dragosani:
Sanktuarium istotnie było daleko. A przynajmniej w skali miejskiej, gdyż w porównaniu do takiego księżyca, to było raczej blisko. Ale kto by przejmował się takimi zawiłościami względności odległości, skoro był tak piękny i słoneczny dzień? Pewien wampir zapewne określiłby taki dzień mianem "paskudnego", ale kto by tam słuchał wampira? Słońce świeciło jasno na błękitnym niebie, które ozdabiało tylko kilka chmur. "Ozdabiało" było idealnym określeniem na te puszyste i białe skrawki niebiańskiej pary. Nie szpeciły nieba, jak czyniłyby to chmury zwiastujące deszcz. Raczej dodawały mu uroku.
Evening szła sobie więc ulicą. Zostawiła za sobą swój dom i sąsiedzki dom Dragosaniego. Przechodząc obok niego wydawało się jej, że złowiła wzrokiem ciemną twarz Visenyi w oknie, lecz mogło być to po prostu złudzenie. Rycerskie dziewczę szło sobie w stronę parku, aby go wyminąć i skierować się do centrum. Po co? Na to pytanie odpowiedź znała zapewne tylko wspomniana niewiasta. A może nawet ona tego nie wiedziała i kroczyła tam, gdzie miało ją ponieść przeznaczenie? Mozę my wszyscy tak naprawdę zmierzamy tam, gdzie poniesie nas przeznaczenie, a nie nasza wolna wola? Czy wtedy można byłoby powiedzieć, że takowa wolna wola w ogóle istnieje? Te rozmyślania Eve przerwał szloch. Przechodziła akurat obok parku, który to obfitował w drzewa. Jak to park. Na jego skraju stał sobie mały chłopczyk. Ubrany całkiem nieźle, więc zapewne nie był z biedoty. Na oko mógł mieć z pięć lat. Miał ciemne włosy. Oczu Evening nie dostrzegła, gdyż chłopczyk zasłaniał je piąstkami i wycierał łzy. To ów dziecko szlochało, jednak nikt nie zwracał na nie większej uwagi.

Evening Antarii:
Z rękoma w kieszeniach, zwykłych skórzanych spodniach i płaszczu, w niedbałym kucyku na głowie, Eve przemierzała ulice stolicy. Tak właściwie to dopiero zaczęła swój spacer i nie dotarła jeszcze do żadnego miejsca, którego nie zna. Wokół tylko samo najbliższe sąsiedztwo, żadnych ciasnych, ściśniętych między domami uliczek, które chciałoby się poznać.
Z sąsiadów kojarzyła tylko Draga, no bo wiadomo. Nawet się lubili. A tak to kilka domów dalej mieszkał bogaty kupiec i szlachcic, jeszcze dalej pewna wdowa z ogromnym majątkiem. Kojarzyła ich twarze i znała plotki o nich. Nic więcej. Także ona nie chciała,  by ktoś wiedział za dużo o jej życiu. Jak na razie pozostawała ze "znajomymi z okolicy" w dobrych stosunkach i tak miało pozostać.
Szła, gdzie nogi ją poniosą. Chciała sprawdzić ile jest w stanie przejść, jaką część miasta zwiedzić snując się bez celu. A może zdarzy jej się "przypadkowo" trafić do jakiejś karczmy, gdy nieco się zmęczy? Tak naprawdę jej spacer dopiero się rozpoczął, a już coś go zakłóciło. Wszak mogła ominąć płaczącego chłopca, bo ma własne problemy na głowie i nie chciała dołączać do nich płaczącego bachorka. Jednak żaden z przechodniów nie reagował, a dziecko mogło zwyczajnie zgubić mamę, drogę do domu, albo swojego ulubionego misia. Chyba nie był głodny, gdyż miał na sobie nie żadne szmaty, ale schludne ubranie. Pierwsze co jej się spodobało to ciemne włosy. Zawsze zazdrościła wszystkim z ciemnymi włosami, tak jakoś. Coś jej mówiło, że musi podejść, zapytać co się stało, jako przedstawicielka Bractwa chociażby.
-Hej... czemu płaczesz? Zgubiłeś się?- dziewczyna spytała troskliwym głosem, bardzo łagodnym. Ukucnęła obok niego, by być mniej więcej jego wzrostu.

Dragosani:
Dzieciak szlochał i chlipał. Albo chlipał i szlochał. Ewidentnie coś się stało. Coś co bardzo źle wpłynęło na nastrój dzieciaka. To właśnie podpowiadał Eve jej detektywistyczny zmysł. Gdy kucnęła przy nim, mały gnojek zerknął zza piąstek. I teraz rycerskie dziewcze mogło zobaczyć w końcu jakie bachor ma oczy. Były one szare i wyjątkowo jasne. Srebrne niemal. Bardzo podobne do oczu Draga, ale to zapewne przypadek. Prawda?
- Niee-e... - odparł wycierając łzy w rękaw. - Ale mój przyjaciel, sir Hammerlock wpadł w kłopoty, a nikt nieeee chceeee pomóóóóc! - zawołał i znów zaczął ryczeć.

Evening Antarii:
Evening nie wiedziała jak się uspokaja małe dzieci... Zawsze wydawało jej się, że wystarczy wcisnąć im jakiegoś cukierka i tyle. Szkoda, że żadnego przy sobie nie miała. Ale chłopcu nie chodziło o cukierki, na szczęście albo nieszczęście.  A oczyska miał Dragowe, ale to ewidentnie przypadek.
-Sir Hammerlock? Czyli to jednak człowiek? Nie żaden misiu?- westchnęła. Misia można kupić drugiego. Człowieka tak nie za bardzo, chyba że niewolnik - wtedy nie ma problemu.  -To gdzie widziałeś go ostatni raz? Chyba, że jest tu gdzieś niedaleko?...- Eve miała też nadzieję, że to nie będzie jakiś żul. Taki miała przeczucie, oby błędne.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej