Tereny Valfden > Dział Wypraw

Wschód słońca

<< < (16/20) > >>

Dragosani:
Twarz Jacka wykrzywiła się z uśmieszku.
- Gdyby to powiedziała moja córka, to raczej byłbym średnio zachwycony, że mówi o bandycie. A tak, to aż nie wiem co myśleć - odpowiedział w pewnym sensie żartobliwie. Przeszli wzdłuż ulicę, aż dotarli pod jakiś budynek. Duży dość, wyglądał na posesję kogoś bogatego, lecz nie szlachcica. Zapewne mieszkał tu jakiś kupiec.
- To tutaj. Poczekaj chwilę - powiedział Jack i minął bramę. Zapukał do drzwi. Ktoś mu otworzył i wszedł do środka. Minuty wlekły się dla Evening niemiłosiernie. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach. Wokół panowała cisza i mrok. Rozproszoły się jedynie wrzaski walczących kotów, odległe szczekanie psów i światło latarni. W końcu coś zaczęło się dziać. Na podwórzu domostwa, zza samego domu, wyjechał wóz. Prowadził go Jack, sprawnie manewrując lejcami. Pojazd był ciągnięty przez jednego konia, który wyglądał na doskonale odżywionego i był w świetnej formie. Wóz wyjechał przez bramę i zatrzymał się obok Eve.
- Wskakuj - rzucił Jack. Dziewczyna mogła zobaczyć, że na wozie jest trochę zapasów. Idealna ilość na kilkudniową podróż. Do tego były jakieś skóry i koce, zapewne aby było na czym spać w dziczy i czym się okryć. Była też oczywiście przenośna latarnia. Jakoś trzeba oświetlać drogę nocą.

Evening Antarii:
-Wcześniej o tym nie wiedziałam- odrzekła dziewczyna na słowa Jacka'a o randce z bandytą i wzruszyła ramionami jakby to wcale nie robiło na niej wrażenia. Teraz i tak Joran spoczywał na wieki wieków amen i nie był szkodliwy.
Potem Jack poszedł załatwić wóz potrzebny do podróży. Eve niewiele widziała w tych ciemnościach. Jedynie poruszające się sylwetki i cienie. Była zniecierpliwiona, bała się pokazywać pod domem znajomych Jack'a, by nie być posądzaną o dziwne interesy. Obracała się od czasu do czasu nerwowo, przeczesując wzrokiem okolicę i okna najbliższych domów. Wyraźnie czuła przyspieszone tętno - oznakę niepokoju.
Po chwili z bramy wyjechał wóz zaprzęgnięty w jednego dorodnego konia. A na wozie było jedzenie i koce, i wszystko czego będą w najbliższym czasie potrzebować.
-Miła wycieczka się nam szykuje- skomentowała Evening gdy zgrabnie wskoczyła na powóz. Na jej twarzyczce pojawił się wątły, ale szczery uśmieszek. Jeśli tylko ci ludzie w Atusel nabiorą się na podstęp przyszykowany przez Jack'a... cała akcja może skończyć się sukcesem. I tego właśnie w tej chwili chciała - zadbania o własne bezpieczeństwo. Rozsiadła się wygodnie na pakunkach, pod niebem pełnym gwiazd rozświetlonym przez dwa księżyce. Wozem lekko kiwało, kopyta konia stukały rytmicznie. Czas ruszyć w drogę.

Dragosani:
I wyruszyli. Jack sprawnie powoził, kierując wóz ku najbliższej bramie wyjazdowej z miasta. Noc istotnie była wyjątkowo gwieździsta. Całe konstelacje gwiazd ozdabiały niebo. Aż dech zapierała myśl o odległościach, które dzieliły Valfden i planetę na której się ta wyspa znajdowała, od tych gwiazd. I co może kryć się pośród gwiazd? Niezliczone ilości światów, zamieszkiwanych przez wiele tysięcy cywilizacji. Tak odmiennych, o swoich własnych problemach. Więc jakie znaczenie miały problemy tego świata? Demony, Meaneb i wszystko były w sumie tylko prochem w obliczu wszechświata. W ciszy wyjechali z miasta.
- No to w końcu wyruszyliśmy - odezwał się wtedy Jack. - Przyznam, że nie mogłem się tego doczekać. W kilka dni dotrzemy do Atusel, a później... cóż, zobaczymy jak wyjdzie. Jak jesteś zmęczona, to możesz przespać się na wozie - powiedział jeszcze.

Evening Antarii:
Evening dojrzała najjaśniejszy w gwiazdozbiorze Skorpiona punkt - gwiazdę Antares. Układając się wygodnie i kładąc sobie ręce pod głowę, dziewczyna wpatrywała się przez chwilę w świetlisty migotliwy punkcik na rozgwieżdżonym niebie. Tak odległy, a wydaje się na wyciągnięcie ręki, jakby był w odległości rzutu kamieniem. Jakby można go było zdjąć z czarnego nieboskłonu i schować w naszyjniku, na pamiątkę. A gdy się go otworzy, będzie bił z niego blask jasnego światła przywołujący wspomnienia.
Co ją tknęło do takiej spontanicznej podróży z obcym? Przecież jeszcze wczoraj chciała zacząć prowadzić spokojne życie, zająć się wytwarzaniem najlepszych ubrań w zaciszu domowym, spać do południa, czytać dzieje kontynentu i Valfden. Wychodzić na miasto tylko wtedy, gdy słońce będzie zalewać ulice. Pozostać w domu gdy za oknem deszcz. A tymczasem, na wozie pod gołym niebem, jest zdana na Jacka'a i łaskę natury. Oby Ventepi czuwała gdzieś blisko, przecież każde stworzenie jest jej dzieckiem. Nad jasną głową Eve też mogłaby czuwać jakaś opatrzność. Potrzeba jej było poczucia, że ktoś nad nią czuwa, że nie jest zdana na siebie. I może Zartat też jest gdzieś blisko i podsunie jej w razie wątpliwości jakąś pomocną wskazówkę.
Tymczasem sztylet lekko zaczął ją gnieść w bok - właśnie to wyrwało ją z zamyślenia. Dzisiejszym dniem była wyjątkowo zmęczona. Ucieczka ze ślubu, potem to omyłkowe spotkanie z Tybaldem... Każde z tych wydarzeń niosło ze sobą konsekwencje, być może zauważalne dopiero w dalekiej przyszłości. Teraz jednak nigdzie się jej nie spieszyło. Jack dobrze powoził, mieli wystarczająco jedzenia, sakiewka nie była pusta, a ubranie jest czyste.
-Jeśli będziesz potrzebował pomocy, to mów. Mogę nawet powozić, jeśli będziesz zmęczony- odpowiedziała. W zwyczaju miała troszczyć się i martwić, taka natura kobiety, choć, jak pokazały ostatnie godziny, czasem należy zadbać także o siebie. A może przede wszystkim o siebie?
Dalsze rozmyślania były już bardziej chaotyczne i rozmywały się, ciężko zbierało się myśli, gdy powieki zdawały się ważyć coraz więcej. Dziewczyna ułożyła się na drugim boku i z ufnością dziecka zasnęła.

Dragosani:
Gdzieś w chaszczach, niedaleko drogi, przebiegła wspaniała łania. Może wcielenie samej Ventepi, która chciała pokazać Evening, że nad nią czuwa? Albo było to po prostu spłoszone zwierze. Gdzieś tam z oddali słychać było pohukiwanie sowy. Może to też znak od bogów? Albo zwykłe nocne odgłosy lasu. Zaś zanim panna Antarii zasnęła, dostrzegła jeszcze, iż gwiazda w którą się wpatrywała, zamigotała poprzez ciepłe, pomimo nocy, powietrze. Albo takie tylko dziewczyna odniosła wrażenie. Zasnęła.

Obudził ją Jack, jakiś czas później. Wóz nie poruszał się. Koń parskał nerwowo.
- Psst, chyba będzie problem - szepnął Jack. Podnosząc się Evening mogła zauważyć, że poprzez drogę ktoś przełożył drzewo. Drzewko raczej, nieduże i o chudym konarze. Nie powinno być problemów z usunięciem go. Ale trzeba było zatrzymać wóz i zejść z niego. Oczywista i dość prymitywna pułapka. Z początku nic nie widzieli w mroku. Jack zszedł z wozu z latarnią. Jej światło oświetliło... trupa. Zapewne bandyty. Potem drugiego. I nad tym drugiem stałą bestia, pożerając jego wnętrzności. Wielki zwierz zawarczał wściekle, szykując się do ataku. Przerwano mu posiłek. Wychodziło na to, że bandyci zastawili pułapkę na podróżnych, a sami stali się ofiarami. Oczywiście nie zmieniało to tego, że dwójka podróżnych musiała teraz walczyć. Bestia skoczyła na Jacka, przewracając go. Nie wyglądało na to, żeby został ranny. Przynajmniej na razie.


1x Cieniostwór

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej