Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Alchemik druidowi bratem
Mourtun:
Niziolek wypil plyn, otarl reka usta i spojrzal gdzies przed siebie. - Przepraszam za moje rozkojarzenie, jestem Mourtun.
Rodred:
Popatrzyła na ciebie z ukosa.
- Shani. Powiedziała tylko i jednym szarpnięciem zerwała z ciebie kołdrę sprawiając Ci tym nie mało bólu. Gdy spojrzałeś na swoje ciało zrozumiałeś, że masz szczęście, że żyjesz. Od szyi, aż do stóp jesteś pokryty liśćmi poprzyklejanymi do twojego ciała. Wszystkie są szkarłatno-czerwone od zakrzepłej krwi. Twoja lewa noga jest poszarpana. Mięśnie porozwlekane i pocięte. To samo ścięgna. Pewnie jeden z wilków cię za nią wlókł dobrą chwilę. Dopiero teraz zdałeś sobie sprawę, że driada nie powodowała, że Ci stawał. Boisz się się nawet przypuszczać w jakim stanie jest twoje przyrodzenie. Z resztą ciała nie jest wiele lepiej, ale nie widzisz tego spod liści. Driada na chwilę odeszła do półki i wzięła z niego jakiś pakunek. Jak go rozwinęła to zobaczyłeś, że są to prawdopodobnie jakieś leśne przybory medyczne.
Mourtun:
- Miło poznac! Piekne imie. - spojrzal na swoje cialo i wytrzeszczyl oczy. Nie zdawal sobie sprawy ze jest w takim stanie i nie wiedzial czy stan stanie (xd :P) Zalamal sie w duchu. Spojrzal na otwarty pakunek i wystrachal sie. - Co teraz bedzie ze mna? Wyleczycie mnie? Pamietam tylko jak plonacy wilk we mnie uderzyl cielskiem. - cisnal glowe o lozko.
Rodred:
// On nie płonął.
- Tak, a przynajmniej spróbuje. Powiedziała po czym listek po listku zaczęła z ciebie ściągać listki. Każdy zalewał cię falą bólu. Poczułeś, że gorączka wraca. Krew uderza ci do głowy, a świat zawirował Ci przed oczami. Już nie wytrzymywałeś i darłeś się wniebogłosy. Nawet całkiem serio rozważałeś opcje podpalenia jej, ale nie mógłbyś się dość skupić. W końcu odpłynąłeś.
Gdy otworzyłeś oczy zauważyłeś, że już kompletnie nagi leżysz na łóżku. Zaskoczył cię widok Shani klęczącej tuż przed twoją twarzą na twojej piersi. Jest plecami do ciebie i mocno pochylona. Zaskoczony zauważyłeś, że prawie nie czujesz jej ciężaru mimo, że jest wyższa od ciebie. Czujesz, że majstruje Ci coś przy ranie na brzuchu. Jesteś tak wyczerpany, że już właściwie nie czujesz bólu. Czujesz, że powietrze jest gęste od zapachu krwi. Jest bardzo duszno.
Mourtun:
- Co sie stalo? Odplynalem... - po chwili. - I jak? Bede zyl? Slabo mi... - sapnal slabym glosem. Niziolek mial juz dosc, wokol cuchnelo jego wlasna skrzepla krwia i na nowo otwieranymi ranami. Widok driady na sobie delikatnie go rozweselil lecz nie mial nawet sil sie usmiechnac. Lezel jak trup i pozwalal driadzie na "robta co chceta".
//Rodred, congrats za te opisy, zajebiscie ci wychodza :P
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej