Tereny Valfden > Dział Wypraw
Graal pełen krwi
Canis:
- Mało komu udaje się wiecznie skrywać właściwe ja, ważne by wiedzieć przy kim należy za wszelką cenę skrywać swe tajemnice. Myślę, że nie chowają aż tak głęboko idących uraz, chociaż kto wie. - mówił podjeżdżając pod swój dom. -Dobrze, jesteśmy, mam nadzieję, ze pomożecie mi tachać te butle... mój Darius poszedł dopełnić transakcji z Melkiorem, jak widzę, jeszcze nie wrócił. Swoją drogą, nazwę Fregatę "Krwawy Graal" co myślisz? Mi się wydaje, że pasuje. - Powiedział otwierając drzwi swojego domu.
- Podzielmy te flaszki na połowę... 50 litrowych dla ciebie i dla mnie oraz po 15 sztuk po 0,3 litra. - Powiedział odsłaniając skrzynie ciasno ułożonych butelek. chwycił za jedną skrzynię i zaniósł na wóz, by powrócić i kontynuować działanie...
Nawaar:
- Po tych osobach można się wszystkiego spodziewać. Rzucił na temat organizacji. Następnie temat został przerzucony na nazwę fregaty, którą miał zamiar zakupić od Melkiora. - Nazwa statku w sumie pasuje do Ciebie. - uśmiechnął się - - Choć sami dobrze wiemy, że przy zakupie okrętu chodzi o funkcjonalność a nazwa pozostaje na drugim miejscu. W ten oto sposób zakończyli rozmowę o okrętach, bo podjechali pod domek hrabiego gdzie czekały na nich pełne skrzynki butelek na krew, ale najpierw trzeba je będzie załadować.
- Pomożemy w końcu kupiłeś je za swoje grzywny. Powiedział dhampir kiwając w stronę niziołka, że przyszła pora popracować. Timothy wraz Silvaster zeszli z wozu i powoli zabierali się do noszenia skrzynek ze szkłem. Dziecko świtu z lekkością podnosiło skrzynię za skrzynią szybko je zanosząc na wozy. W między czasie niziołek nosił te skrzynię z mniejszymi flakonami, żeby się nie wykończyć i nie poniszczyć pojemników na krew wrzucając je niedbale na wozy. Butle zostały podzielone na pół, więc gdy skończyli ładować wóz Salazara, to wtedy zajęli się załadunkiem swojego, który również przebiegł sprawnie i bez problemów. - Gotowe. Oznajmił hrabiemu, ale w tym czasie sobie coś przypomniał, by coś jeszcze zabrać. - Masz może w domu solidny kawał liny? Może się ona przydać do skuteczniejszego pozyskiwania krwi z różnych osobników.
Canis:
Liny? Takiego czegoś to ja w domu nigdy nie potrzebowałem.... - Podrapał się po podbródku myśląc co zrobić z życzeniem dhampira. - Może na wozie leży, albo zdobędziemy na jakimś gospodarstwie. Ja takich rzeczy nie posiadam. Ruszajmy dalej, już na północ. Czeka nas kawał drogi by zajechać do Anin, pojedziemy tym szlakiem co konwoje do kopalń. Powinno być bezpiecznie, co ty na to? W między czasie wjedziemy gdzieś parę razy w las na małe ekscytujące tępienie zwierzyny!
Powiedział zamykając domek i idąc do konia, gdzie korzystając z oporządzenia wskoczył na grzbiet Pałasza.
- Możemy, każdy z naszych wozów, wieść po 450 kilogramów wraz z naszą wagą... Uhhh możemy sobie dłuuugie polowanie urządzić!
Nawaar:
- Nie masz, nic nie szkodzi. Znajdzie się pewnie po drodze. Powiedział z entuzjazmem bawiąc się końcówkami swych włosów. - Dobra zdaję się na ciebie przewodniku. Jako były podskarbi znasz wszystkie szlaki konwojów i te znacznie bezpieczniejsze trasy. Dlatego prowadź. Rzekł wskakując na ogiera, gdy niziołek znalazł się w środku bezpiecznego wozu. Wtedy też lejcami smagnął konia i ruszył wolnym tempem. - To oczywiste, że zboczmy z głównego traktu w końcu to polowanie a nie przejażdżka. Mrugnął okiem i powrócił na chwilę do wozów. - Z taką ładownością naszych pojazdów, to możemy nie wracać przez tydzień albo i dłużej. Zaśmiał się, zacząć bujać się na koniu i wsłuchując się w ciszę. Niziołek natomiast siedział zaparte na wozie rozmyślając. Czemu muszę w tym uczestniczyć? O, tej porze się śpi a nie lata po lasach. Rzekł w sobie w głowie, bo jeszcze nie wiedział jakie przygody czekają również na niego!
Canis:
Minęliście północną bramę i w towarzystwie pięknego nieba, gdzie księżyc świecił pięknym światłem, zaś gwiazdy wtórowały za nim swym blaskiem, mogliście swobodnie porozmawiać na różne tematy.
- Wracając do Mor Andor... Zastałem tam ciekawe wydarzenia. Udałem się do królewskiego obozu, jak każdy nowo przybyły do kolonii, co prawda nie wiedziałem czego tam chcę, ale jak to mówią, jeżeli nie pójdziesz, to nie dowiesz się, co tracisz. Udałem się tam i byłem kilka dni. Gdy nagle słychać było huki strzałów z broni palnej, krzyki. Nie zdziwiłem się niczym tylko robiłem swoje, dziki teren, bez kontroli, mordują się wzajemnie stale, nie przejmowałem się tym. Nagle po może pół godziny było wielkie poruszenie po obozie, dotarła do mnie informacja, że ktoś zabił Gomeza i odrąbał mu łeb. Ale nie to jest najgorsze.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej