Tereny Valfden > Dział Wypraw

Graal pełen krwi

(1/22) > >>

Canis:
Nazwa wyprawy: Graal pełen krwi
Prowadzący wyprawę: Salazar Trevant
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: Logiczne myślenie, podstawowe/zaawansowane łowiectwo, szczwgólne warunki osobiste.
Uczestnicy wyprawy: Salazar Trevant, Silvaster,


Salazar po przygotowaniu swojego konia, swojego pięknego ogiera imieniem "Pałasz", udał się wraz z nim w kierunku umówionego miejsca, gdzie miał spotkać się z Silvasterem. Salazar czekał podziwiając nadchodzącą noc. Pamiętał, że musi jeszcze wynająć wozy i załadować zakupione butle z domu. A niewolnik w tym czasie dokańczał transakcje, więc niestety ale będzie musiał wykorzystać siebie do tego.

Nawaar:
Dhampir również przyszykował swojego ogiera zwanego "Przeklętym", koń był przeklęty niczym sam Silvaster pozostawiony bez wsparcia wszelakich bogów od samych narodzin. Jednak nim jeszcze wyruszyli należało sprawdzić wszelakie wyposażenie. Dlatego, że nigdy nie wiadomo jakie stworzenia można natrafić w lasach oraz górach. Dziecko świtu przejrzało swoje strzały podzielone na te mocniejsze z mithrilu oraz, te słabsze czyli z żelaza. Dodatkowo miał u swego boku srebrny miecz i sztylet, więc zabezpieczony był na ewentualne wypadki. W między czasie niziołek pozamykał okna i drzwi do domku i podszedł do dhampira mówiąc.
- Wszystko gotowe, możemy ruszać ale sądzę, że złym pomysłem było zabieranie mnie ze sobą, nie umiem walczyć a do tego się trochę lękam. Silvaster dojrzał na twarzy malucha strach, ale nadeszła pora na zapewnienie, że wszyscy wrócą bezpiecznie.
- Nie ma, co się bać. Od walki jestem ja i jaszczur. Razem powinniśmy wszystkie niebezpieczeństwa pokonać i wrócić cało. Dobra nie ma czasu na marudzenie. Idziemy!
Dhampir ruszył do przodu trzymając konia za lejce a bok niego wiernie kroczył niziołek, by udać się do miejsca spotkania z hrabiom. Droga nie zeszła długo i w końcu widzenie w ciemności pomogło dostrzec, Salazara podziwiającego noc. - No i jesteśmy. Rzekł uśmiechając się w ciemnościach.   

Canis:
- Dobrze jest tu być. - Powiedział spoglądając w niebo. - Są miejsca, gdzie patrząc tam nie widać błękitu i płonących gwiazd, jedynie żyły wyładowań energii magicznej... tak jak w Mor Andor... Ale tam są tacy, którym to doebrano i lepiej nigdy nie pozwolić tego zmienić... Są też tacy, którym nie było dane żyć w pokoju, dostatku i wolności, by mogli w ogóle to docenić, są też tacy, którzy nigdy nie widzieli i nigdy nieba nie zobaczą, wreszcie są też tacy, którzy nie potrafią docenić magii, która nas otacza w takich momentach jak ten. - powiedział spoglądając w niebo a później na swoje dłonie, które nie były już właściwe jego rasie. łuski zmurszałe i wypadające, skóra popękana i okryta bladością, a pęknięcia ukazywały gnijące mięśnie i ścięgna, stale regenerowane energią magiczną, jednak nie na tyle, by utrzymać to we właściwym dla żywej istoty stanie. Skrył dłonie w połach szat.

- Będziemy musieli udać się jeszcze do stajni, by wynająć wozy i dać przysposobić konie do nich. zajedziemy jeszcze pod mój dom, by załadować fiolki na krew. Potem wyruszymy do Anin. Mam nadzieję, że po drodze zajedziemy do jakiegoś gospodarstwa i kupimy beczki wina, by polowania nie były suche. - Powiedział delikatnie się uśmiechając.

Włożył lewą nogę w strzemiona i wybijając się z podłoża przełożył nogę na drugą stronę grzbietu swojego ogiera, tam też włożył nogę w strzemiona. Pogładził po grzywie swego konia. Chwycił za lejce i kierując konia z powrotem w stronę miasta, czekał.

- To co, idziemy? - Zapytał delikatnie ruszając koniem w kierunku rynku.

Nawaar:
Dhampir starał się zrozumieć słowa jaszczura, który jak widać musiał sporo przejść w kolonii karnej. Te słowa były rzeczywiście, nie takie Salazarowe! Odczuwało się tego braku pogardy w tonie oraz zimnej kalkulacji. Cała  zaistniała sytuacja wydawała mu się nietuzinkowa, ale to nie zmieniało faktu, że mówił prawdę. Silvaster czuł się szczęśliwy, że może w pełni korzystać z życia i podziwiać piękno natury bez konieczności harowania w kopalni pod kopułą z energii magicznej i ciągłego strachu o swoje życie, choć i tutaj miał kilka nieprzyjemności a to z powodu zjawy, która nawiedziła jego dom. - Zgadzam się z tobą. ÂŻycie tutaj wydaje się, o wiele prostsze niż tam, jednakże zauważyłem, że kolonia chyba odbiła na tobie swe piętno, co się tam musiało naprawdę złego i niegodziwego stać skoro nagle zrobiłeś się taki inny. Mówił spokojnie i łagodnie, niczym elf. Silvaster spojrzał jeszcze na wyciągnięte łapy przez jaszczuroczłeka wydawały się gnić i niszczeć, a w dodatku do jego nozdrzy doszedł właśnie smród trupa. Dhampir znając zasady dobrego wychowania starał się ignorować to choć było ciężko czasami zwłaszcza dla kogoś o wyczulonych zmysłach, jednak w końcu się przełamał i rzekł.
- Tak, wracajmy dokończyć formalności, by polowanie stało się przyjemniejsze i miej kłopotliwe. Zatem wsadził lewą nogę w strzemię i z lekkością odrywając się od ziemi przełożył drugą nogę. Wygodnie się rozsiadł po czym podał rękę niziołkowi, który momentalnie ją chwycił. Silvaster wciągnął, Timothyego na grzbiet konia, jakby ważył zaledwie parę kilko mówiąc do niego.
- Trzymaj się mocno.
Niziołek zrobił to natychmiast choć tempo jazdy nie było szybie a raczej spokojne i dostojne, jakby dhampir przemierzał swoje włości licząc ilość wieśniaków we wsi. W jego głowie już przypominały się słowa jaszczura o winie dlatego uśmiechnął się czasami zakrywając nos dłonią.
- Już, nie mogę się doczekać tego, co nas spotka. Dodał z optymizmem równając się z hrabią.

Canis:
Zawijając ręce w szatę i skrywając się pod nią szedł w kierunku stajni powolnym krokiem delektując się dobrocią świata, który zna. Wspominał swoja rasę i jego przodków, których życie rozpoczynało się i kończyło niewolą. I to tu, na tej wyspie.

Wtem dotarli do celu krótkiej przejażdżki. Stajnia miejska, piękny budynek na którego zapleczu znajdowały się i wozy i konie w stosownych zabudowaniach dla nich.

- Jesteśmy, chodź wynajmę nam wozy. - Powiedział zeskakując z konia i idąc do środka.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej