Tereny Valfden > Dział Wypraw
ÂŚledzić zabójcę
Silion aep Mor:
//Czy sa jakies alejki za mna? I czy mozna nimi uciec?
Nicholas:
//Ależ oczywiście, alejki są za Tobą - i są nawet nie strzeżone! Twoja potencjalna droga ucieczki ciągnie się w północne rewiry miasta, skręca na zachód i znika Ci z oczu.
Silion aep Mor:
Krasnolud zrobil tak <huh> krzyknal -O kurwa, straż! - wskazujac wolna reka miejsce za mezczyznami. Wykorzystujac zamieszanie krasnolud szybko wyszarpnal noz spod plaszcza, cial mezczyzne przed nim w udo, odbil na nodze i pognal w puste uliczki. Biegl przed siebie uwazajac zeby nie potknac sie i jednoczesnie wypatrujac drogi ktora poprowadzi go najlepiej do centrum miasta gdzie moglby sie schowac. Noz lezal pewnie w dloni i byl gotowy kasac potencjalnych osobnikow chcacych zagrodzic mu droge. Krasnolud nie mial w zwyczaju uciekac lecz 15 na 1 to bylo niestety nie mozliwe do wygrania starcie. Tak wiec biegl przed siebie alejkami majac w duchu nadzieje ze uda mu sie zbiec w jednym kawalku.
Nicholas:
Nikt Cię nie ścigał, przynajmniej nie przez pierwsze pięć minut. Okazało się bowiem, że faktycznie straż zbliżała się do zamaskowanych mężczyzn, wyraźnie wkurwiona i gotowa do ataku.
Gdy jednak strażnicy zostali rozproszeni, cząstka bandy ruszyła za Tobą, chcąc Cię dorwać. Uciekałeś i uciekałeś, a końca alejek nie było widać. Tak jakby, miasto samo chciało, byś przegrał to starcie.
W pewnym momencie poczułeś szarpnięcie przy barku i.. wylądowałeś w jakimś domu.
Silion aep Mor:
Krasnolud biegl przed siebie nie chcac lub nie mogac przestac, byl jak w transie, byl to bieg o byc albo nie byc. Bieg po zycie. Sprintowal przez krete uliczki ktorych nie bylo widac konca. Po drodze bylo slychac tylko okrzyki i chrzest broni. Czyzby faktycznie tam przyszla straz, czyzbym mial szczescie? - usmiechnal sie zadziornie i biegl dalej. Slyszal za swymi plecami, gdzies w oddali glosy tych bandziorow. Czul ze wroci albo polamany albo w kawalkach w worku, z czego obie opcje bardzo zasmucilyby jego sluzke Milve ktora przed wyjsciem zegnala sie z nim jak z ojcem. Uliczka za uliczka, nie bylo widac ich konca. Obraz rozmywal sie mu przed oczyma, nagle poczul silne szarpniecie, obraz znikl mu i znalazl sie w jakims pomieszczeniu. Byl zamroczony, wysapal tylko. Gdzie jestem? Kto mnie uratowal?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej