Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (49/53) > >>

Funeris Venatio:
Po kilku minutach wyszli z koryta rzeki i znaleźli się na jakimś trakcie, który dopiero co miał zacząć nosić miano uczęszczanego. Raczej średnio ubity i poznaczony nielicznymi końskimi kopytami, wiódł przy rzece, która, jeżeli dobrze Funeris pamiętał, nosiła nazwę Ynosy. Powinni tym szlakiem dotrzeć do tego niewielkiego miasteczka, które rozrosło się przy zamku i wreszcie do samej twierdzy, która wznosiła się dumnie nad okolicą.
Za nimi, na razie bardziej słyszalny niż widoczny, jechał jakiś wóz. Woźnica chwiał się na koźle, podśpiewywał i był wyraźnie wesoły. Gdy podjechał nieco bliżej, będąc już w zasięgu niezbyt głośnego krzyku, zatrzymał się nagle. Był kunaninem, owłosionym kotowatym rdzennie zamieszkującym Zuesh. Miętolił w łapsku czapkę i gdyby nie sierść, to można by powiedzieć, że zbladł. A potem poczerwieniał. Nie mówił słowa. Patrzył się tylko tymi swoimi wielkimi oczyma na trójkę przybyszów.

Evening Antarii:
Zuesh zdążyło się już odrodzić po czasach, gdy rządziły tu demony. Może nie było tu wygodnych, szerokich traktów, ale z pewnością kunanie odetchnęli z ulgą i mogli zająć się swoimi interesami, rodzinami. Rozwijał się powoli handel zamorski z Valfden, miasta powstawały z ruin. Evening przypuszczała, że tak rzeczywiście mogło być - koty zaczęły wieść normalne życie, nie obawiając się o jutro - i to między innymi dzięki niej. Wszak brała ona udział w najważniejszym dla tej wyspy wydarzeniu.
Idąc drogą do zamku, napotkali Kunanina. Albo raczej on napotkał ich. Jednak wydawał się zdziwiony, przestraszony, przerażony. Nie poznał znaków Bractwa ÂŚwitu?
-Witaj, podróżny. Zmierzamy do siedziby Bractwa tu niedaleko, w zamku Chavelier czekają na nas nasi bracia i siostry. Nie musisz się nas obawiać, gdyż my także jesteśmy zmęczeni po długiej wyprawie i nie mamy już ochoty na walki, a szczególnie z tubylcami. Jakiś czas temu braliśmy także udział w wyzwoleniu Zuesh, więc nie jesteśmy dla Kunan zagrożeniem

Funeris Venatio:
- ÂŁo matko! ÂŁo matko! - zaczął się wydzierać tubylec. Jego ruchy jakby nagle zaczęły odzyskiwać życie, kunanin rozglądał się wokół jakby czegoś szukał, zaczął powoli zawracać wóz. Trudno mu to przychodziło, gościniec był nieco wąski, a jego szkapa nieporadna i niezgrabna. A nawet nie szkapa, tylko jakieś wołu, które lata świetności miało przed Plagą.
- ÂŁo matko! - powtarzał. - Dzieciaka na targu zostawiłem! Stara mnie zabije! ÂŁo matko!
Po chwili konsternacji i niezrozumienia ruszyli dalej przed siebie. I znaleźli się na wjeździe do niewielkiego miasteczka, które jak głosił napis, nosiło nazwę Rizla.

Rizla

Evening Antarii:
-To było dziwne- stwierdziła Eve zaskoczona całym zajściem. Jak widać jej tłumaczenia na niewiele się zdały.
Lecz w tym czasie dotarli już do Rizli. Małego miasta położonego nad rzeką, dość urokliwego, jak stwierdziła Eve. Choć sklepiki pełne były jakichś "świętych" rzeczy, a na wystawach stały figurki Zartata, wydało jej się to normalne. Wszak niedaleko jest Chavelier, a w nim kaplica tego właśnie boga. Kunanie i ludzie przechadzali się uliczkami miasteczka, tocząc swoje normalne życie.
-Dokąd teraz? Zostajemy tu chwilę, czy dalej do zamku?

Funeris Venatio:
- Myślę, że kupowanie pamiątek i świętych figurek byłoby nieco niestosowne. Zwłaszcza zważywszy na fakt, że straciliśmy trzech braci w tych przeklętych podziemiach.
Ruszyli więc na zamek. Przechodnie rozstępowali się przed nimi, kłaniali, niektórzy podbiegali ze swoimi posążkami, żeby anioł je pobłogosławił, albo chociaż dotknął, to droższe będą i więcej się zarobi. Funeris bezwiednie odepchnął kilku natrętów, co jednak poskutkowało tym, że dotknął tych pokracznych figurek. No i masz, wzbogacą się kociaki...
Po kilku minutach przeszli przez groblę, most zwodzony i dotarli na dziedziniec zamku Chevalier. O tej porze dnia nie było tutaj zbyt wielu obcych, kaplica w tej chwili była pusta.
- Pędź po Robina! - rozległo się gdzieś na krużgankach.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej