Tereny Valfden > Dział Wypraw
Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy
Funeris Venatio:
No i przeszli.
Lucas spadał, na początku był wprawiony w ruch wirowy, lecz jakoś udało mu się, pewnie przypadkowo, ustabilizować lot. Ziemia na początku zdawała się tylko niewielką kropką. Na tej wysokości wiało okropnie, było zimno i nie dało się oddychać. Niebo było bezchmurne i gdyby nie to, że mściciel zmierzał ku zderzeniu z twardym gruntem, mógłby delektować się tym widokiem. Wielka woda otaczająca wyspę nie wydawała się wzburzona, sam ląd zaś mienił się dwoma połaciami - zieloną i nieco bardziej szarawą, jakby rozlegle trawiastą. Po następnych kilku sekundach dało się rozróżnić od reszty wstęgę płynącej przez ten kraj rzeki, która na razie wydawała się niewielka. Później jakby szybciej i szybciej, ale pojawiały się następne szczegóły. Jakieś duże miasto, rozkopane połacie ziemi i chyba zamek, w stronę którego Lucas nieubłaganie zmierzał. Pędził przez niebo z niewiarygodną prędkością i dla istot na powierzchni lądu mienił się pewnie spadającą gwiazdą. Gdy już zaczynał rozpoznawać zarys murów, widzieć wyraźnie trzcinowiska przy meandrze rzeki i patrząc na małe miasteczko wyrosłe w pobliżu, coś porwało go pod ramiona. Uderzenie było silne, raczej mało subtelne, ale wytrąciło sporo z jego prędkości. Chwilę później runął do wody, niezbyt ciepłej.
Funeris i Evening zaczęli spadać. Anioł obejrzał się tylko za siebie i zobaczył, jak portal zapada się w sobie, niszcząc przejście. Kamienne łuki waliły się, z nieba zaczął sypać się żar i wreszcie wszystko implodowało, nie zostawiając po sobie śladu. Oni sami znaleźli się na podobnej wysokości co Lucas, w podobnym miejscu. Mężczyzna od razu pokazał swojej narzeczonej, żeby rozłożyła szeroko ręce i nogi. Zwiększało to jej powierzchnię, co sprawiało, że będzie wolniej spadać. On sam zaś odepchnął się skrzydłami i runął jak strzała w dół. Przemierzał metry z zawrotną prędkością, mając nadzieję wypatrzeć jeszcze gdzieś Lucasa. Nie miał zamiaru pozwolić mu runąć jak jajko o bruk. Wiedział, że ma małe szanse na dogonienie go, lecz nie miał wyboru. Musiał spróbować. Niczym jastrząb pikujący na swoją ofiarę, on pikował za swoim przyjacielem. Wreszcie nie tyle go zobaczył, co poczuł jego wiarę. Lucas zawierzał właśnie swoje życie Zartatowi, a on, Jego wojownik, nie mógł go zawieść. Starał się skoncentrować i przemieścić się nieco bliżej człowieka, lecz trudno na niebie wypatrzyć jakiś punkt, na którym można się skupić. Dostrzegł jednak dużo poniżej siebie jakiś niewielki obłoczek i uznał, że to będzie najlepszy punkt odniesienia. Jego komórki zmaterializowały się w tamtym miejscu, skąd dostrzegł spadającego Lucasa. Ten już był tuż tuż, za chwilę miał zderzyć się z ziemią. Funeris starał się przybrać jak najbardziej opływową pozycję, doganiając sukcesywnie mściciela. Wreszcie, niespełna kilkadziesiąt metrów nad ziemią, dopadł go i porwał pod ramiona. Zaczął bić swoimi skrzydłami najmocniej jak tylko mógł, żeby wytracić jego prędkość. Bezwładność była jednak tak mocną siłą, że aniołowi nie udało się zawisnąć z Lucasem w powietrzu. Popchnął go niemalże w stronę rzeki, która płynęła obok. Gdy Lucas wpadł w wodę, Funeris ledwo wymanewrował skrzydłami ląd pod sobą i ponownie pomknął w górę, po swoją ukochaną. Jej to już na pewno nie mógł dać się zabić. Nie przez niego.
//Marysiu, chcesz opisać jak lądujemy przy następnych zakolu rzeki? Będziemy łowić Lucasa, niestety wędki zostawiłem w Bractwie.
Evening Antarii:
//no okej.
Eve nigdy nie miała lęku wysokości. Jednak takie bezwładne spadanie z zapadniętego portalu fundowało sporą dawkę strachu. Wcześniej nie miała okazji znaleźć się w takiej sytuacji… Wiatr dudnił i poza nim słyszała raczej niewiele. Szargał jej płaszczem i bluzką, smagał skórę i rozwiewał włosy. Eve zamknęła oczy, by chociaż nie musieć patrzeć na miarowo zbliżającą się ziemię. Wietrzysko nie pozwalało na poczucie się jakoś swobodniej i wcale nie porównałaby tego do spokojnego lotu anioła. Jedyne co ujrzała otwierając na chwilę jedno oko, to Fun pikujący w dół. Leciał szybko, potem zniknął gdzieś w chmurach.
Dziewczyna spadała dalej z nadzieją, że nie zostanie po niej jedynie mokra plama. Zginąć w walce, w boju, od miecza godnego przeciwka… Ale nie tak, połamana, zmiażdżona przez siłę grawitacji, bezsilna wobec rządzących światem praw.
Niespodziewanie sylwetka anioła znów była dla niej widoczna. I stawała się coraz większa. Funeris zbliżał się i mściciel wiedziała już, że za chwilę będzie bezpieczna. Nie będzie zdana na grawitację, ale na silne anielskie skrzydła.
W sporej odległości od ziemi Funeris pochwycił ją w swoje ramiona i sprawnie i spokojnie mogli wylądować w pobliżu rzeki. Domyślała się, że Lucas czeka już gdzieś na dole, bezpieczny i żywy. Jednak Funeris pospiesznie zaleciał w pobliże jednego z meandrów rzeki i postawił Eve (wreszcie!) na stabilnej ziemi. Dziewczyna dostrzegła swego brata… w wodzie. Widocznie coś musiało nie pójść po myśli anioła. Wszak lepsze zderzenie z wodą, niż z twardą ziemią.
-Jak go wyciągniemy?- spytała zaniepokojona.
Funeris Venatio:
- Telekinezą? Jest nas dwójka, powinniśmy go przyciągnąć. Będzie płynął niedaleko, nie powinno być problemów. Poza tym wydawał się w pełni świadomy, więc sam raczej też będzie płynął ku brzegowi. W miarę możliwości oczywiście.
Lucas Paladin:
Uczucie gdy za chwilę miałeś przeżyć dosyć twarde lądowanie, nie należało ani trochę do przyjemnych. Jeszcze gorsza świadomość, że za chwilę umrzesz. A lot też nie był wcale przyjemny. W kulminacyjnym jednak momencie, najprawdopodobniej dzięki sile wiatru (oczywiście interwencji Zartata) Lucas znalazł się w zimnej wodzie. I tak, to też nie było przyjemne. Ale lepszy rydz, niż nic, taka alternatywa mścicielowi jak najbardziej odpowiadała. Po chwili wynurzył się z wody i rozejrzał dookoła, żeby mieć jakiekolwiek rozeznanie terenu. Gdy dostrzegł brzeg, postanowił dopłynąć do niego, aby wydostać się z wody. Szybko wyszedł na brzeg szukając ucieczki.
Funeris Venatio:
- Zartacie, nie ma go... - powiedział zaniepokojony Funeris. Lucas już powinien się pojawić w zasięgu wzroku. Nurt nie był jakiś strasznie silny, chociaż rzeka była dosyć szeroka i transportowała olbrzymie ilości wody. Czekali jeszcze chwilę, aż anioł wzbił się w powietrze. Szybko przeleciał linią brzegową i dostrzegł przyjaciela wychodzącego na brzeg kilkanaście minut drogi wcześniej, niż oni zakładali, że się pojawi. A raczej on zakładał.
- Lucasie, idź z prądem. Czekamy z Eve na następnym meandrze! - krzyknął do niego z powietrza, upewniając się uprzednio, czy mściciel na pewno go widzi i słyszy. Wrócił więc do Wieczorka.
- ÂŻyje. Wylądował po prostu wcześniej. Powinien być za kilka, góra kilkanaście minut.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej