Tereny Valfden > Dział Wypraw
Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy
Funeris Venatio:
- Nie, nie jestem Funerisem. I nigdy nie byłem. Powłokę stworzyć nie trudno, gorzej było z pozyskaniem cząstki jego świadomości, by wszystko było wiarygodne. - Jego lewa ręka powędrowała tak niesamowicie szybko do przodu, że Lucas nawet nie zdążył zareagować.
Mściciel znalazł się na polanie, leżał. Wokół zieleniła się trawa, wpadała mu do uszu i smagała twarz. Niebo nad jego głową raziło nieskazitelnym błękitem, słońce świeciło mocno, zajadle, stojąc w najwyższym punkcie. Lucas czuł, że jest mu ciepło, chociaż jeszcze nie gotował się w swojej zbroi. Mógłby tak leżeć jeszcze długo, delektując się tą sielanką, lecz po ziemi poniosło się drżenie. Jakieś odległe okrzyki, rżenie. Wreszcie, jakby wcześniej wyrzucał sobie ten odgłos z głowy, usłyszał bicie polowych bębnów. Wielkie, przygotowywane na wojnę. Z jego prawej strony wystrzeliła armata. Potem druga i trzecia. Z lewej niósł się przytłumiony śpiew jakiejś religijnej pieśni.
Evening Antarii:
Odpowiedziała jej cisza, więc nie pozostawało jej nic innego jak wskoczyć do oktagramu. Cokolwiek było w środku było tylko wyobrażeniem, to, co ją otaczało, też nie był prawdziwe.
Ręce złączyła wysoko nad głową, stanęła na kamiennej krawędzi i... skoczyła. Jeśli to był jedyny sposób na wydostanie Funerisa i siebie, to nie powinna tego żałować. Zignorowała strach i zdrowe zmysły, nakazujące jej szukać wyjścia w inny sposób. Musiała przemóc instynkt, zrobić coś sprzecznego z rozsądkiem.
Funeris Venatio:
Evening wskoczyła. Zdawało jej się, że ta bulgocząca ciecz nie ma gęstości. Panna Antarii po prostu spadała w dół, chociaż czuła, że ciało ma mokre. Mogło się wydawać, że naprawdę spada w Otchłań. W ciemną, mroczną, niezbadaną i po prostu śmiertelnie niebezpieczną. Pod sobą ujrzała jednak jakby... taflę morza. Wzburzonego, z wielką ilością małych punktów. Wreszcie uderzyła w nią i znalazła się kilka metrów pod powierzchnią. Wokół panowały ciemności, była noc, a słona woda była wręcz okropnie zimna. Wokół niej pływały, a raczej unosiły się, martwe ciała. Wszędzie widać było szczątki jakiegoś statku. Zastawa, meble, ubrania lub po prostu odłamki. Niektóre szły na dno tak szybko jakby były wykonane z jakiegoś metalu. Evening szybko kończyło się powietrze.
Evening Antarii:
//ÂŁoo *-*
Uczucie, jakie towarzyszyło spadaniu, trudno było porównać do czegokolwiek. Gęstość cieczy była znikoma, Eve czuła się niemal jak w zwykłym powietrzu, jednak doświadczenie to było dziwne i tak niespotykane, że sama dokładnie nie wiedziała jak to się stało. Magia. W tym czasie była to odpowiedź na wszystkie pytania. Nie miała też wrodzonej dociekliwości, a takie wytłumaczenie w pełni jej wystarczało.
Spadała... do głębi morza. Wkrótce znalazła się w nim, w ciemnej toni, zimnej wodzie, otoczona przez nocne nieprzeniknione niebo. Wśród ciał i szczątków statku, mebli, rzeczy niegdyś używanych przez pasażerów.
Wypłynęła na powierzchnię i wzięła haust powietrza. Wtedy też poczuła jak bardzo jest jej zimno, całe ciało ma pokryte gęsią skórą, i jeśli w niedługim czasie nie ogrzeje się - może jej grozić poważne wyziębienie. Musiała mocno się zmuszać by pobudzić zesztywniałe mięśnie do pracy, a przy okazji omijać trupy. Czuła nieprzyjemne kłucie igiełek na całym ciele, spowodowane zimnem.
Wzrokiem odszukała czegoś, czym mogłaby sobie pomóc. Jakieś drewniane drzwi, część statku... Dopiero wtedy mogła zacząć zastanawiać się co tu się stało i co dalej. Ufała swoim umiejętnościom pływackim, lecz szybko się męczyła, gdy zimna woda wysysała z niej energię.
Wypróbowała też, czy działa tutaj chociaż telekineza. Spróbowała przyciągnąć do siebie jakiś odłamek dryfujący przed nią.
Funeris Venatio:
Evening ujrzała setki, jeśli nie tysiące ludzi. Stłoczeni na małej przestrzeni, wrzeszczący, skamlący, walczący o życie. Ale przede wszystkim umierający. Każdy z nich ubrany był w jakiś dziwny i niespotykany strój, który przypominał jakąś białą, grubą kamizelkę; zdawał się w ogóle nie pasować do tego, co panna Antarii widywała na co dzień - na salonach, na ulicy, czy nawet w rynsztokach. Oprócz bliżej nieartykułowanych krzyków przez chłodne powietrze przeciskały się konkretniejsze słowa. Wypowiadane były jednak w jakiś dziwnym, mocno niezrozumiałym języku. Sama pewnie by chętnie zaklęła w jednym z tych dialektów, gdyż telekineza nie zadziałała. Nie poczuła nic, żadnej reakcji, odzewu, jakby magia w ogóle nie istniała. Z rezygnacją spojrzała w niebo. Pięknie czarne, poprzetykane nieznośnie jasną paletą gwiazd, które mieniły się niczym diamenty. Tuż obok księżyc. Jeden, wielki, srebrzysty. Poprzetykany jakimiś ciemniejszymi plamkami, w ogóle nie przypominał żadnego z tych, które widywała na co dzień. Podążając wzrokiem za wielką kulą wiszącą na neibie Evening ujrzała coś, co chyba zakwalifikuje jako najbardziej niesamowitą rzecz ujrzaną w całym swoim życiu. Wielki niczym wieś, masywny niczym smok, przerażający i piękny jednocześnie... statek. Właśnie tonął. Zanurzał się w bezkresnych wodach tego zimnego morza, stojąc pionowo, znikając w otchłani. Był złamany mniej więcej w połowie. Jego przednia część znajdowała się już w sporej części pod taflą wody, ciągnąc za sobą rufę i stawiając ją na sztorc. Dwa wielkie maszty, wieże niemalże, które wyrastały z pokładu znajdowały się teraz poziomo. Czerwono-czarno-biały okręt był niesamowity. Musiał mieć pewnie ze trzysta metrów długości, może nieco mniej. W krzyku ludzi schodził sumiennie na miejsce swojego ostatniego spoczynku. Evening nawet nie zwróciła uwagi na to, że nie miał żagli, że spod rufy wystawał mu jakiś potężny, dziwny ster, jakby poskręcane koło, które nieco przypominało łopatki wiatraka.
- Heeeelp! Heeeelp! Someone heeelp me! I don't fucking want to die heeere! I neeeeed heeeeelp! - darł się ktoś znajdujący się za nią. Baran, który ledwo zmieścił się w swoją białą kamizelkę, taki był gruby.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej