Tereny Valfden > Dział Wypraw

Dziękuję Ci - Krew i ÂŁzy

<< < (32/53) > >>

Evening Antarii:
Eve chyba znienawidzi kąpiele w morzu na jakiś dłuższy czas… Z zimna zaczęła szczękać zębami, z ust leciała para, nie wspominając o  mocno przeszkadzających mokrych włosach, które dodatkowo wyciągały sporo ciepła. Telekineza nie działała – inne zaklęcia pewnie też.
Zaraz po tym gdy znalazła drewnianą, w miarę bezpieczną deskę, ujrzała tonący statek na tle nocnego gwieździstego nieba. Ale nie była to żadna łódka, okręt piracki czy nawet galeon. Coś  sto razy większego, masywniejszego, przewożącego kilka wsi lub jedno miasteczko na swym pokładzie. Szkoda, że nigdy nie dopłynął do celu. Nie wydawało się to Eve dziwne, gdyż „łajba” nie miała nawet żagli! ÂŻadna niespodzianka… Gdzie oni chcieli dopłynąć bez napędu? Mimo wszystko tonący statek robił wrażenie. Przełamany na pół nieuchronnie zmierzał na dno, powoli nabierając wody, zabierając ze sobą kilkaset ludzkich istnień. A nad nim dziwny srebrny księżyc. Miał niemal taki kolor jak jej miecz… Pokryty był ciemnymi plamami i przypominał kawałek sera pokrytego dziurami. Dziwne zjawisko. Drugiego księżyca nie mogła dostrzec.
Trupy unosiły się na falach dzięki tym dziwnym ubraniom, których nigdy wcześniej nie widziała. Nawet nie wiedziała jak można coś takiego uszyć i z jakiego materiału. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdyż usłyszała głos wołającego o pomoc. A przynajmniej tak jej się zdawało, gdyż nie rozumiała ani słowa w tym szatańskim języku z dziwnym akcentem. Mężczyzna jednak darł się w niebogłosy, co sugerowało tylko jedno- że szuka ratunku.
Puściła więc „bezpieczny” kawałek drewna, który nie kazał jej machać rozpaczliwie nogami i rękami, by utrzymać się na powierzchni. Z trudem zmusiła się do wysiłku, ale kilka ruchów ramionami wystarczyło, by dopłynąć do bardzo… otyłego mężczyzny.
-Dobra, dobra! Nie krzycz już- powiedziała i uchwyciła się jego kamizelki by pozostać na powierzchni. –I Tak nie rozumiem co ty krzyczysz… Chyba sobie nie pogadamy- stwierdziła. Potem jednak podjęła próby porozumienia się z nim. –Jestem Evening- wypowiedziała to wyraźnie, wskazując dłonią na siebie.

Funeris Venatio:
- Heelp! - darł się w najlepsze. W ogóle nie zwracał uwagi na kogoś obok, kłapiąc na wszystkie strony rękami. Tymczasem w jej stronę płynęła łódka, szalupa. Wypełniona ludźmi.

Evening Antarii:
-Nie to nie- odburknęła, niezadowolona ze zignorowania jej obecności. Wreszcie ujrzała małą łódkę płynącą w jej stronę. Mikroskopijną, w porównaniu z tonącym tytanem. W ogóle atmosfera wokół była jakaś dziwna. Ludzie wydawali z siebie ostatnie krzyki, niektórzy byli już mocno zamarznięci, a wszyscy tak samo idiotycznie ubrani.
-Potrzebujemy pomocy!- pomachała ręką. Tak, ona też jej potrzebowała. Zimna woda zrobiła swoje. Traciła czucie w członkach, a skóra robiła się sina. Niestety, nie miała takiego zapasu tłuszczyku jak mężczyzna obok, chlapiący rozpaczliwie wodą jak małe dziecko.

Funeris Venatio:
Szalupa tylko na początku płynęła w jej stronę. Kilkanaście metrów przed nią skręciła w swoje lewo, kierując się w stronę zanurzonego już prawie całkowicie wielkiego okrętu. Znajdował się on może ze sto pięćdziesiąt metrów od Evening.

Evening Antarii:
-Ejj! Nie odpływajcie, przecież żyję! Stójcie!- krzyknęła i odepchnęła się od mężczyzny i zaczęła szybko płynąć w stronę szalupy. -Przecież się zmieszczę!...- krzyczała, choć nawet nie wiedziała czy ją rozumieją. Ale płynęła z uporem w stronę łódki, chciała ją złapać, wdrapać się na pokład, okryć czymś ciepłym. Nie mogła już dłużej przebywać w tej lodowatej wodzie. -Proszę...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej