Tereny Valfden > Dział Wypraw
Serafin
Funeris Venatio:
- A skąd wiesz, czy coś właśnie nie nadciąga od zachodu, czego nie widzisz, bo opuściłeś stanowisko? - zapytał zrezygnowany ignorancją Bethrezen. Konie jak na złość nie chciały się uspokoić, Gucio wierzgał przy próbującym za wszelką cenę Melkiorze. Tancerz prychał i prychał, obchodząc się dookoła, jakby szukając źródła niepokoju. Zazwyczaj w takich sytuacjach konie uciekają gdzieś przed siebie, ale ten akurat nie wiedział w którą stronę puścić się galopem. Czuł się osaczony.
Tymczasem paladyn zostawił Lucasa, Melkiora i Regasha za sobą i wspiął się na ten pagórek, który osłaniał ich od wiatru. Nie chciał dać się zaskoczyć nikomu i niczemu. Zbyt długo żył na tym dziwnym świecie, by siedzieć spokojnie przy ognisku. Wspiął się na szczyt i zamarł w pół kroku.
Gorn Valfranden:
Gorn zaniepokojony rżeniem koni zaczął chodzić wokół ich obozu. Starał się wypatrywać wszystkiego co tylko zdoła. Nigdy nie wiadomo jakie rzeczy, osoby można spotkać.
Lucas Paladin:
Lucas natychmiast starał się uspokoić Tancerza dobrym słowem i czułym gestem. To, co spłoszyło wierzchowce niewątpliwie było pochodzenia magicznego. Konie były mądrymi zwierzętami, byle co nie powodowało w nich strachu. Tym bardziej, że nie słychać żadnych nawałnic, ani hałasów. Mściciel rozejrzał się za Bethrezenem i zobaczył go na szczycie pagórka. Najpewniej musiał coś dojrzeć, to stary i doświadczony wojownik. Nie czekając ani chwili Lucas przemieścił się w miejsce obok paladyna i postanowił sprawdzić cóż takiego Hatton dostrzegł.
Funeris Venatio:
Drewno. Krew. ÂŚmierć. Kilkadziesiąt pali wysokich na jakieś trzy metry, poustawianych równo, w kilku rzędach. Zaczynały się u podnóża wzniesienia i ciągnęły w stronę zniszczonego młyna ginąc w mroku. Grube kłonice, nieociosane, z wystającymi gałęziami i złamanym, nie odciętym czubkiem. Wszystkie ociekające krwią zwierząt. Lisów, wilków, saren, młodych dzików i wszelakiego ptactwa. Na samym początku drogi krzyżowej, w najbardziej widocznym punkcie, nadziana była sowa, którą Melkior wcześniej obserwował z daleka. Polujący ptak sam został upolowany.
Wtedy też zapłonął pierwszy ogień. Na północy, po prawej stronie Lucasa i Bethrezena, zapłonął ogień. Jakby ktoś rozpalił ognisko pośród traw. Pełgająca czerwień spalanych drew była dobrze widoczna nawet z odległości tych niecałych dwóch kilometrów. Następnie zapłonęło na południu, za strumieniem, w podobnej odległości. Nie minęło kilka sekund, gdy zerwał się wiatr, zawyło przeraźliwie i lunął deszcz. Deszcz potworny, niszczący okolicę, zrywający liście z drzew i kładący trawę niczym sierp na żniwa. Zagasił ognisko podróżnych, zamieniając je w parujący krąg mokrego popiołu. Konie uciekły w chwili, gdy obok uderzyła błyskawica. Nie było burzowych chmur, nie było nawet następującego zawsze potem grzmotu. Wierzchowce puściły się galopem w stronę młyna, nie zważając na rzędy pali i panującą wokół śmierć. Były głuche i ślepe, a ognie rozpalały się w najlepsze. Zaczęły pojawiać się coraz bliżej młyna, zamykając pierścień okrążenie, zmierzając uparcie do tego starego i zniszczonego już budynku. Gdy zapalały się jedne, gasły te wcześniejsze, jakby ktoś zdmuchnął świeczkę. Gdy ostatnie docierały do zabudowań, zaczęło wiać ze wschodu, od strony pola krwi i martwych ciał. Ludzi i elfa uderzył przeraźliwy smród, który wwiercał się głęboko w nozdrza, dławił i odbierał zmysły. Bethrezen upadł na kolana, próbując powstrzymać torsje. Gorn zwinął się w kłębek łapiąc się za brzuch, podobnie Regash, który miał mroczki przed oczami. Lucas z Melkiorem czuli, jak niedawno spożyty posiłek podchodzi im do gardeł, próbując wyrwać się za wszelką cenę na zewnątrz.
W tamtym właśnie momencie uderzyła następna błyskawica, podpalając młyn.
Melkior Tacticus:
Melkior ledwo stłumił torsje, nie ogarniał tego co się dzieje ale widocznie tak bywa przy podróżach z Bractwem.
- Co tu się wyrabia?! Wydarł się przekrzykując wiatr i deszcz.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej