Tereny Valfden > Dział Wypraw
Serafin
Funeris Venatio:
- Bethrezen Hatton, paladyn - odpowiedział krótko w stylu człowieka siedzącego naprzeciwko. Zmierzył wzrokiem i uznał, że... i tak nie ma innego wyjścia. Musi działać z ludźmi, których Zartat mu zesłał, a nie z tymi, których by chciał mieć u swego boku. Jeżeli mógłby w jakikolwiek sposób wpłynąć na tp, kto stanie u jego boku, to najpewniej wybrałby samego Funerisa. No ale tak się złożyło, że to właśnie jego będą próbowali odnaleźć.
- Co Ci wiadomo o Orwellu?
Pierwszy dach od drugiego dzieliła szczelina szerokości beczki, więc przeskoczenie go nie stanowiło najmniejszego problemu. Szorstka powierzchnia dawała świetną przyczepność, zwłaszcza że od kilku dni już nie padało. A nawet po deszczu czasem zdarzało mu się tędy przemykać. Człowiek tłumaczył sobie, że to zamiłowanie do przestworzy. Za każdym razem gdy o tym myślał dopadała go jakaś dziwna i nieukierunkowana myśl, że coś mu umyka. Czegoś jakby nagle w jego życiu brakowało. Nie mógł jednak zidentyfikować tego odczucia, więc szybko je odrzucał. Pocierał tylko zawsze swędzące plecy i ruszał dalej. Aktualnie dochodził do końca długiego magazynu wynajmowanego przez jakiegoś krasnoluda. Kolejna wąska szczelina została pokonana z gracją i kolejne metry pokonane z uporem człowieka zmierzającego do pracy. Przed ostatnią przeszkodą zatrzymał się na moment. Absurdalne uczucie kazało mu... przelecieć te kilka metrów od jego magazynu. Szybko wyrzucił z głowy tę myśl i zszedł na uliczkę po beczkach z bliżej niezidentyfikowaną substancją. Stanął jak wryty i gapił się w pustkę przed sobą, gdy marynarz leżący w kałuży swoich wymiocin rzucił do niego mimochodem:
- Co? Ktoś skrzydła uciął?
Mogul:
- Wydaje mi się, że pierwszy raz słyszę to imię.
Funeris Venatio:
- Pokrótce więc... Orwell był, a raczej możemy domniemywać, że nadal jest, czarnoksiężnikiem. Testował na ludziach swoje mroczne zaklęcia, które powodowały, że stają się oni bezwolni, nie potrafią samodzielnie myśleć i poświęcają mu całe swoje życia. ÂŻyją pod jego dyktando, jak sobie tylko tego zażyczy. Stworzył swego czasu wielką sektę, która jednak, jak nam się wydawało, zniknęła z kart historii. Aż do niedawna, gdy Lucas Paladin, nasz brat zakonny, odnalazł w starej posiadłości Boleskine przesiąknięty czarną magią dwór. Zabezpieczony kilkoma pułapkami o magicznym charakterze skrywał bibliotekę maga, w której znalazły się dokładnie tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt cztery woluminy. Treści różnej, lecz przeważnie skupiającej się na historii świata i czarnoksięstwie. Sekta urosła ostatnio w siłę, rozprzestrzeniając się po wschodzie wyspy. Nasze jednostki pod wodzą Funerisa Venatio tropiły skutecznie bandę Orwella i jej głównodowodzącego, niejakiego Londona Price'a. Nasz Marszałek niestety zaginął bez śladu kilka miesięcy temu, co, jak się niedawno okazało, może mieć coś wspólnego właśnie z nimi. Niedawno wyłapaliśmy niewielką komórkę kurierów poruszających się między miastami wyspy. Jeden z nich regularnie poruszał się po drodze ze stolicy do Utamin, niewielkiego miasteczka na wschodnim wybrzeżu. Jeden z nich w końcu stwierdził, że, tutaj cytat: "anioły bez skrzydeł nie potrafią latać" i że "On usidlił nawet Serafina". Połączyliśmy to z faktami, że London może przebywać w okolicach Utamin i doszliśmy do zatrważających konkluzji. Zdecydowałem się więc na zebranie kilku ludzi, którzy mogą wybrać się ze mną do miasteczka i zbadać sprawę.
Gburowaty kierownik magazynu zawsze poniewierał swoimi podopiecznymi. Szturchał, kopał, rozdawał razy, wyzywał. Twierdził, że to pomaga w zachowaniu odpowiedniej jakości pracy i ogólnego szczęścia. Nie inaczej było dzisiaj, gdy swoją pałką po raz kolejny przetrzepał posiniaczoną skórę młodego chłystka z przekrwionymi oczami. Niewielkie lecz liczne czerwone żyłki przecinające jego białkówkę mogły budzić przerażenie, lecz zamyślony dobrze zbudowany mężczyzna przenoszący coś z kąta w kąt nigdy nie zwracał na to uwagi. Tutaj wszyscy takie mieli. Każdy jeden człowiek pracujący wewnątrz tak wyglądał. Właściciel sklepu rybnego gdzie miał pokój też takie miał. I przechodnie, jeżeli dobrze kojarzył. Każdy miał takie oczy, tak już po prostu było. Do tego każdy od czasu do czasu kaszlał, ale tylko w jego obecności. Jakby coś w jego osobie sprawiało, że nagle wszystkich zaczynało drapać gardło. Za oknem padał rzęsisty deszcz, gdy człowiek wnosił z zewnątrz ciężki pakunek oprawiony w skórę. Na rozmokłej ulicy zaczęły formować się kałuże, gdy ktoś wpadł w drogę idącego mężczyzny i wytrącił go z równowagi. Paczka wypadła z rąk, zahaczyła o róg stojącej obok kwadratowej skrzyni i otwarła się. Człowiek szybko chciał ukryć nieporadność przed wzrokiem kierownika kręcącego się w pobliżu, gdy podniósł pierwszą... książkę. Czarny jak smoła wolumin okuty w dziwną skórą i wzmocniony na grzbiecie pasem czarnego metalu. Drugi taki sam, bez żadnego tytułu czy inskrypcji na wierzchu. Gładka czarna skóra i metalową wstawką i klamrą zabezpieczającą przed otwarciem. A w kałuży? Odbicie jego własnej twarzy. I nieskazitelnie zielone oczy z białą otoczką wokół. Coś w niego znowu uderzyło.
Mogul:
- Podobno Serafowie są najbliżej Zartata. Zamyślił się.
- Ktoś jeszcze tutaj będzie, coś liche to bractwo ostatnio, w rozsypce jesteśmy.
Funeris Venatio:
- Po zniknięciu Funerisa jakby coś się... posypało. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. A liczę jeszcze na dwie osoby, które mogą odpowiedzieć na wezwanie. Tymczasem, napijmy się. Przed nami długa droga. - Nalał do kufli piwa i przysunął jeden w stronę Regasha. Sam pociągnął tęgi łyk i szybko go wypluł z powrotem. Pszeniczniak. Nienawidził pszenicznego piwa, zupełnie tak jak zaginiony anioł.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej