Tereny Valfden > Dział Wypraw

Brunetki, blondynki i inne... trucizny

<< < (7/8) > >>

Stisla:
Stisla widząc, że kompani mają pojęcie o bitce i na niejednym potworze zdarli już miecze starał się wypaść jeszcze lepiej.
Pierwsze zdziwienie przyszło, jak się okazało, że Utopce to wcale nie tacy straszni przeciwnicy.
Jednego lekko zranił, a jak się okazało wystarczyło by poległ. Wziął wiec się czym prędzej do roboty i będąc w zasięgu kolejnego ruszył na niego z niebywałym wręcz impetem. Musiał być przygotowany na atak nieumarłego. Tamten, będąc już jakiś 1 metr od krasnoluda próbował ugryźć go w udo. Wojownik z ryżym zarostem spodziewał się ataku, szybko sparował ostrzem próbę ataku, w ten sposób, że kawałek metalu znalazł się w uzębieniu Utopca. Obrońca karawany kupieckiej wykorzystał to i odepchnąć pomiot dłońmi poprzez trzonek topora. Przeciwnik upadł do tyłu. Stisla wyszarpnął swoją broń w mgnieniu oka. Przyłożył wrogowi w szczękę dwukrotnie, raz z lewej, raz z prawej, obuchem, co go lekko zdezorientowało i zamroczyło. Teraz miał czas by wykonać soczysty zamach znad głowy i wpić się na kilkanaście centymetrów wgłąb miejsca, którego u żywego człowieka nazwalibyśmy czaszką.
- No...- skwitował krasnolud swój pojedynek.

Evening Antarii:
Z ostatnimi dwoma utopcami rozprawili się strażnicy. Teraz wokół karawany leżało kilka mocno uszkodzonych ciał potworów i można powiedzieć, że podróżnicy byli... bezpieczni. Edward aż podszedł do wozu z jedzeniem i piciem, wydobył skądś małą beczułkę piwa, nalał do kufla i upił spory łyk.
-Aaaah!... Co to za podróż bez zagrożenia. Chociaż to to nic w porównaniu z morskimi potworami! Długie węże z rozdziawioną paszczą! A to? Phi! Jakieś liche ożywieńce- wytarł brodę na której zostało trochę piany. -ÂŁyka?- zwrócił się do krasnoluda. -Aaa z resztą... Niedługo postój! Będziesz mógł jeszcze chwilę delektować się moimi służkami! Ha ha- uśmiechnął się dość serdecznie, wskazując na wóz w którym siedziały dziewczęta.
-Co za upiorne bagniska!... Co mi na stare lata przyszło się po lasach włóczyć...A niech to cholera weźmie...- marudził sobie Garbatonosy w drodze do swej "karocy", która już nie grzęzła w bagnistym mule. Mgła wciąż unosiła się nisko nad wodą, przedzierając się między drzewami. Wszyscy powoli zajmowali swoje miejsca, by wreszcie móc wyjechać z lasu w bardziej przyjazną okolicę.

Stisla:
- Morskie, nie morskie, żywe czy nie paskudztwo straszliwe. ÂŚmierdzi na mile. - krasnolud sztachnął się fetorem wydobywającym się ze zwłok pokonanych utopców.
- To co Mości Kupcu, jadym dali? Tak żem się rozgrał, że mi jeszcze się bitki zachciało. - mrugnął do Garbatonosego okiem i uśmiechnął nieznacznie

Evening Antarii:
-No jadymy, jadymy- zaśmiał się, a gdy wszyscy już siedzieli, powoli ruszyli. Wozy nie zostały uszkodzone przez utopce  i nikt nie jest ranny. Potyczka była krótka, ale zwycięska, i to trzeba było docenić.
Było już popołudnie, słoneczne, jak się okazało, gdy wyjechali z lasu. Przed nimi rozpościerała się piękna dolina, skąpana w promieniach słońca. Na szczytach gór pojawił się biały, odbijający światło śnieg. W dole spokojnie płynął jakiś strumień, który w tym miejscu wzbierał i rozlewał się na łąki u podnóży gór. Było tu bardzo spokojnie, idealne miejsce na odpoczynek...
Ahhh!...- Garbatonosy przeciągnął się i wyjrzał przez okno wozu. -Stąd już prosta droga do Gryfiego Gniazda. Na dole robimy postój!- krzyknął jeszcze na przód konwoju, by powiadomić resztę o swych zamiarach.


Stisla:
- No, piknie tutaj. Ja jednak wolę inne widoki oglądać. He he. - krasnoludzki towarzysz zarechotał radośnie, w swoim stylu, dając do zrozumienia, że ceni sobie to, że gości go jeden z możniejszych tego świata.
- Przyznaj kupcu, po kiego byłem ci potrzebny. Jak dotąd świetnikutko se radziliście i beze mnie. To i tym razem byście se dali. Sfinksa to by dzieciatko obeszło, a te nieumarłe umarlaki to żeś sam pacnięciem miecza kładł jak muchy. To jak jest, po co żem ci jest potrzebny, hę? - zapytał nieco podstępnie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej