Tereny Valfden > Dział Wypraw

Myśliwskie rewolucje

<< < (4/9) > >>

Evening Antarii:
We wnętrzu kuchni pachniało domowymi wypiekami. Niezbyt specjalnymi ale robionymi z sercem. Niziołkowi trzęsły się jeszcze trochę małe rączki.
- ÂŻona mi niedawno zmarła...- zaczął ponuro. - I zostałem sam. Wiodło nam się dobrze. Mieliśmy stado owiec, sprzedawaliśmy wełnę. Ale nic co piękne nie mogło trwać długo, no nie?...- zaśmiał się smutno. Potem kontynuował - Tylko cholera, miejsce na chatkę beznadziejne nam się trafiło. Ale kiedyś tu było bezpieczniej. Nie wiem czemu wiki zaczęły podchodzić coraz bliżej naszego domu. Z całego stada owiec w  ciągu roku nie ostała się ani jedna... - upił łyk herbaty. - Częstuj się no pan. A potem już tylko gorzej. ÂŻonka moja zmarła z pół roku temu, na jesień. Na zwykłą grypę, cholera. A ja sam, biedny gospodarz, nei miałem się jak bronić przed tymi chędożonymi bestiami, pfu!- splunął z goryczą na ziemię. - Niby chodziły tu patrole, nawet myśliwi. Ale zaprzestano tego no i teraz nawet po zmroku nie ważę się wyjść. Cholipcia... A co ja mam? Tylko kij i kamień do obrony... Eh- westchnął ciężko, jakby sam użalał się nad swoim losem. - Także ino skorzystam z okazji iż pan tu jest panie...? No nieważne! Ważne abyś za małą opłatą chciał ubić kilka potworków w okolicy. Kreshary się tu błąkają. Potwory jedne! Mam już dość, ja bezpiecznie wyjść z chatki nie mogę... Rozumie pan. Zgadzasz się panie na taki układ? Załacę z góry- zakończył monolog i spojrzał z nadzieją na dhampira.

Nawaar:
Dhampir wysłuchał opowieści ze spokojem w między czasie częstował się ciasteczkami, które soczyście popijał herbatą. Z opowieści wynikało, że do czasu śmierci jego żony wiodło mu się całkiem dobrze. Jednak dziwił go fakt, że wciąż trzymał się tego skrawka ziemi zamiast udać się do miasta i tam załapać jakąś fuchę. Silvasterowi nie zrobiło się smutno od jego opowieści na mieście dało się usłyszeć o wiele gorsze i smutniejsze wyznanie, co nie zmieniło faktu, że chciał pomóc nieszczęśnikowi. Dlatego, że sam nie mógł tego zrobić i też nie miał czym, bo z wypowiedzi wynikło, że rzucał w nie kamieniami i atakował drewnianym kijem, a tym małym gestem chciał go choć na chwilę uspokoić i zabezpieczyć jego domostwo, przed ponownym atakiem zwierząt, a być może te oczy tak go poruszyły, że po prostu nie mógł odmówić?
- Doprawdy smutna historię żeś mi przedstawił, ale gdzie moje maniery. Silvaster jestem.
Podał prawicę, uciskając dłoń trzęsącego się jeszcze niziołka i mówił dalej.
- Ostatnio łowców nie ma, tylko z tego względu że organizację zamknięto z powodów czysto wewnętrznych. W tych czasach trzeba liczyć na siebie i ewentualnie na pomoc ze strony samotników takich jak ja albo zgłosić sprawę do konkordatu. Teraz oni zajmują się lasami i wszelakimi zwierzętami. Dlatego skoro już tutaj jestem pomogę tobie obronić twój dom i w miarę go zabezpieczyć. Proszę opowiedz więcej ile tych bestii jest i gdzie je znajdę?
Dhampira interesowały konkrety a kończąc zjadł ostatnie ciastko i wypił herbatę do końca.

Evening Antarii:
- Mnie kto bronić nie ma, ale żalu nie mam, a ziemia trochę wartości ma, blisko Efehidonu i no ten tego, może kiedyś drogo sprzedam. Na razie tu siedzę bo i co ja bym w mieście robił? Ja prosty hodowca jestem- rzekł. A potem odsunął swoje krzesło i wstał. Przeciągnął je pod wysoką szafkę, wdrapał się na taborecik i szperał chwilę. Potem schował coś w dłoni i wrócił do stołu.
- Tu jest... - położył mieszek na stole. - ... pięćdziesiąt grzywien. Weź je, ale zabij wszystkie bestie plątające się wokół mego domu. To nie są wszystkie moje oszczędności, spokojnie. Wiedz, że kreshary jak i wilki plątają się w okolicy, często na granicy lasu i traktu. Także na północ stąd. Stamtąd przychodzą i tam wracają, gdy je ogniem przegonię.

Nawaar:
- Rozumiem, że rodzinnego domu się nie opuszcza ale dobrze znam wasze umiejętności perswazji. Dlatego widziałbym ciebie jako dobrego handlarza, ale oddłużmy to na bok. Gospodarzu grzywny na razie zachowaj wezmę je w drodze powrotnej głosząc dobrą nowinę o tym, że okolica jest bezpieczna. Dobrze, że powiedziałeś w jakim kierunku się udać zaoszczędzi to czasu na szukanie. Pozwól jeszcze, że załaduję swoją kuszę, bo wolę być przygotowany od razu na ewentualną walkę.
Dhampir ściągnął kuszę i wyjął żelaznego bełta z kołczanu w celu załadowania swojej broni. Minęło pięćdziesiąt sekund i po minucie Silvaster wstał z krzesła. Nim wyszedł pożegnał się jeszcze z gospodarzem.
- Do zobaczenia i oczekuj mnie niedługo.
Po tych słowach wyszedł na zewnątrz i trzymając kuszę w prawej dłoni ruszył w kierunku północnym.

Evening Antarii:
- No dobrze. Idź. Wreszcie ktoś zrobi tu porządek...- niziołek wrócił do swych mało skomplikowanych zajęć takich jak posprzątanie w kuchni, albo doglądanie konfiturek w spiżarni. Na zewnątrz nie miał zamiaru wychodzić.
Tym czasem letni ciepły dzień trwał w najlepsze. Można powiedzieć, że był to idealny dzień na piknik. No, tylko że okolica nie była najlepsza na taki wypad. Ale pogoda i tak piękna.
Na północ szło się wydeptaną dróżką przez las. Słońce prawie nie docierało do ziemii, więc na dole było chłodno. Całkiem miło się szło, dróżkę przecinały jakieś żuki zmierzające w gęstszą trawę. Nieopodal też pasło się stado saren. Paprocie rosły tu duże a bluszcze wiły się po grubych i starych drzewach w górę...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej