Tereny Valfden > Dział Wypraw
Themo sam w Mealdur Aernh
Gordian Morii:
Tak mknęliście ku zbliżającym się górom. W pewnym momencie minęliście wielką górę śniegu, która okazała się wielkim behemotem. Bestia wstała otrzepała rogaty łeb ze śniegu, ale wy byliście już daleko. Tak daleko, że nawet nie opłacało jej się ruszać tłustego dupska. Jak wstał, tak szybko usiadł, a z nieba sypał się biały puch.
//www.youtube.com/watch?v=8J0VdDsjQww
Mknęliście tak dobre kilka godzin. Rudolf jednak pchany instynktem nie zawodził. Przebierał wszystkimi czterema kończynami starając dorwać się do nocnika z krwią, która już dawno zdążyła zamarznąć. Nie mniej mknęliście jak wicher. Wreszcie zaczęliście mijać coraz więcej drzew co było znakiem, że trzeba było powoli skręcać na południe i rzeczywiście przed wami rozpościerał się piękny szlak. Jakoś tak dziwnie szeroki, ale był!
TheMo:
Podczas jazdy zobaczył jak góra śniegu się poruszyła i spod zaspy było widać rogi. Themo był w takim humorze, że nawet się nie wystraszył.
-Ho! Ho! Ho!
Pozdrowił behemota i mknął dalej. Spod płóz sypał się rozgarniany śnieg, a za nim malowały się ślady, które powoli zanikały, mimo iż pogoda była przepiękna. Delikatny mróz szczypał w policzki, a na niebie przebijały się nieliczne promyki słońca, które walczyło, by znów zająć centralną pozycję na sklepieniu. Jedynie lekki śnieg sypał show na twarz. Rudolf też nie zawodził. Radośnie przebierał kończynami nadal starając się dostać do nocnika z krwią, która już zamarzła. Może lodów mu się zachciało. W każdym bądź razie zwolnił w tym momencie, gdyż zaczęła się górka. Po ciężkim jej pokonaniu czekał ich szybki zjazd. Themo dobrze się bawił mknąc w dół, gorzej z wampirem, który ledwo nadążał. Ale jakoś przejechali. Rudolf wykazywał już pierwsze oznaki zmęczenia, ale na saniach były zapasy krwi, by zatankować wierzchowca i móc jechać dalej.
Gordian Morii:
Wdrapaliście się na szczyt i równie sprawnie zjechaliście w dół gdzieś w oddali zauważyłeś kilku drwali, którzy na wasz widok porzucili siekiery i uciekli w las. Dziwne to było. Wielkie, rosłe chłopy spieprzały jak dziewczynki porzucając wielgachne topory, służące im do ścinania wiekowych sosen, które przeznaczać mieli na opał i budulec. Ty jednak pomykałeś dalej. W pewnym momencie podróży gdy do stolicy było całkiem daleko natknąłeś się na samotną chatkę ukrytą wśród świerków. Zauważyłeś dym, a więc ktoś tam pewnie mieszkał.
TheMo:
-Ho! Ho! Ho!
Pozdrowił drwali, którzy zostawili swoją pracę i uciekli do lasu. Mimo zmęczenia Rudolf biegł dalej. Po pewnym czasie dotarł do niewielkiej chatki. Postanowił się zatrzymać. Pociągnął mocno za lejce i wampir padł na śniegu. Nie miał już siły dalej ciągnąć sań. Trzeba go będzie zatankować. Ale to później. Przywiązał sznur do pobliskiego drzewa mając nadzieję, że wierzchowiec nagle nie ożyje i nie wyrwie konara z korzeniami. Chciał wejść do chatki, ale przecież z pustymi rękoma nie wypada. Pogmerał więc w taczko-saniach i biorąc kilka fantów zapukał do drzwi, zapominając o śmiesznej czapce, którą ciągle nosił.
//Co ja mam na tych saniach, bo zapomniałem :D.
Gordian Morii:
Zabrałeś miotłę i zapukałeś do drzwi. Po krótkim oczekiwaniu otworzył Ci jakiś stary dziadeczek. Pokrzywiony jak stara wierzba nad pobliskim jeziorem. Otworzył szerzej zamglone przez bielmo oczy i zapytał.
- Ktoś Ty wędrowcze?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej