Tereny Valfden > Dział Wypraw
Themo sam w Mealdur Aernh
TheMo:
Wziął wszystko co zebrał do pracowni. Tam zajął się wykuwaniem płoz. Siedział spokojnie i jeździł kamieniem szlifierskim po ostrzu, by je znacznie stępić. Była to żmudna robota. Choć wampiry tak dbały o swój sprzęt, że miał ułatwione zadanie. Po parunastu minutach ciągłego machania przejechał palcem by sprawdzić, czy miecze zmieniły już swe przeznaczenie. Nie zaciął się, więc uznał, że gotowe. Potem położył ten kawałek metalu, który kiedyś był narzędziem do zabijania, na kowadle. Jedną dłonią złapał to w szczypce, by sobie jakoś to przytrzymać. Drugą dłonią ujął młot i zaczął formować zakrzywienie. Jako płatnerz był wprawiony w takiej sztuce, wszak jego zbroja to było jego własne dzieło. Więc skoro miał na głowie dawniejszą sztabkę stali nadanie kształtu takim mieczom nie sprawiło mu trudności. Może z wyjątkiem tego, że nie było tam pieca hutniczego, ale kilka mocniejszych uderzeń rozwiązało ten problem. Tak samo postąpił z drugim i już miał gotowe płozy. Wziął jeszcze dłuto i większy młot. Ustawił dłuto na mieczu i uderzył w nie młotem. Pod wpływem takiej siły dłuto przeszło na wylot tworząc dziurę. Tak samo postąpił z drugim. Wziął dwie mocne śruby, które normalnie służą do skręcania kuszy. Potem zabrał się za tworzenie uprzęży. Lina, kilka rzemieni splecionych ze sobą i gotowe. Zabrał to wszystko oraz futra i kilka narzędzi na dwór. Gdy znalazł się na zewnątrz upatrzył sobie najlepszą taczkę. Przewrócił ją do góry nogami i odkręcił koło. Do podpórek przykręcił grubymi śrubami płozy. Przyczepił je tak mocno, że nie miały prawa odpaść podczas jazdy. Potem odwrócił ją na dobrą stronę i przetestował pchając przez śnieg. Wszystko wyszło pomyślnie, więc wyłożył sobie posłanie za pomocą futer. Na koniec przymocował zaprzęg. Wziął pod uwagę siłę wampira. Zostało tylko zatrudnić siłę pociągową. Gdy wracał zaczęło mu burczeć w brzuchu. Podszedł do rozwalonego kredensu i zaczął przeszukiwać go w poszukiwaniu zapasów na drogę. Miał nadzieję, że wampiry nie jedzą tylko krwi. Zawsze mógł też zapolować podczas wędrówki.
Gordian Morii:
A prowadzący wyprawę pisał, że w jednym z pomieszczeń znajdowały się racje żywnościowe, które zostawił ktoś z załogi ÂŁowcy. Leżały sobie spokojnie zapakowane, Racje te teoretycznie miały wystarczyć na trzy dni marszu, ale przy odpowiednim stosowaniu i oszczędności powinny wystarczyć nawet i dwa razy dłużej. Co ciekawe w kredensie znalazłeś drugą parę rogów a to juź musiało coś znaczyć.
TheMo:
Znalazł racje żywnościowe, które nie były zbyt obfite, ale to nic. Znalazł też drugą parę rogów. Co to mogło znaczyć? Prawdopodobnie to, że gdzieś popierdala sobie parka reniferów bez rogów. No cóż, wrócił do pracowni i rozpoczął konstrukcję przysłowiowej marchewki na kiju. Z tym, że zamiast marchewki wykorzystał nocnik. Wziął długą, mocną deskę i przybił do niej kolejne. Zrobił to jeszcze raz, aż wyszedł mu stabilny koszyczek, w który wsadził nocnik. Zabrał ze sobą racje żywnościowe i butelki z krwią. Powrócił na zewnątrz i wrzucił to wszystko do sań. Potem przyczepił wabik do przodka sań. Wszystko było tak wymierzone, że kij był jakieś pół metra dalej od sznurów powozowych, więc wampir go nie dosięgnie. Zabrał jedną z buteleczek i wrócił do twierdzy. Upewniając się, że wszystko zabrał otworzył drzwi do pokoju, gdzie wampir dalej walił głową o ścianę. Nie przejął się na widok człowieka, póki ten nie otworzył butelki. Wampir odwrócił głowę, a Themo prawie nie wybuchł ze śmiechu widząc jego rozwalony nos, który zmienił kolor na czerwony. Zrobił kilka kroków do tyłu, a wampir zaczął pędzić za nim czując krew. W zasadzie miał ją pod nosem, a mijał pełno trupów ale w końcu był jakiś upośledzony. Więc ganiali się tak aż doszli do sań. Tam Themo wlał krew do podstawionego wcześniej wiadra. Kiedy wampir dorwał się do krwiopoju i wsadził tam głowę by radośnie pochłeptać życiodajny płyn Themo założył mu uprząż. Potem podszedł do sań i wziął kolejną butelkę krwi. Wlał ją do nocnika. Krwiopijca tymczasem skończył swą ucztę i głośno beknął.
-No kolego, to teraz w drogę. Chociaż... A czemu nie.
Powiedział do wampira i założył mu na głowę poroże. Nowy wierzchowiec nie przejął się tym, bo poczuł krew w nocniku, jakkolwiek by to nie brzmiało. Zaczął iść przed siebie posuwając sanie naprzód. Themo wskoczył na nie, i okrył się futrem. Nie musiał trzymać lejców, były one przymocowane do sań. A jednak złapał za nie i nadał wampirowi właściwy kierunek. Na zachód. Czuł, że tam znajdzie ścieżkę prowadzącą do cywilizacji.
-Wio Rudolf!
Tak sobie nazwał wampira.
Gordian Morii:
Tak oto prezentował się Twój zacny zaprzęg, który ktoś kiedyś zapewne nazwałby Gimbus2000. Otulając się futrem znalazłeś coś ciekawego. Otóż w "lewej" części skóry ukryta była mała kieszeń, w której ktoś - zapewne właściciel ukrył małe czerwone zawiniątko. Rozwijając materiał ujrzałeś atłasową szlafmycę koloru czerwonego z białym pomponem.
Nie myśląc zbyt długo nad możliwością zarażenia się wszwaicą ani innym skórnym badziewiem (w końcu wampiry powinny być czyste nie?) założyłeś ją na głowę i popędziliście na zachód a dzwoneczek przy uprzęży Rudolfa pomykającego wśród śniegów wydzwaniał taką oto histeryjko-melodyjkę.
//www.youtube.com/watch?v=c2plts16brk
TheMo:
Miła muzyczka umilała podróż poprzez śniegi i góry. Themo mknął swym Gimbusem2000 i popijał kwaśny kumys. Czasem podjadał coś z racji żywnościowych. Dzięki czapce było mu cieplej w głowę i wyglądał jakoś klimatycznej.
//Nie mogę więcej napisać, bo leżę na podłodze i śmieję się
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej