Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wilki na bezdrożach
Mohamed Khaled:
Jechaliście w spokoju, nawet się nie odzywając. Niezmącona cisza z czasem mogła zrobić z was szaleńców, ale lepiej być szaleńcem, niżeli rozmawiać o pogodzie, prawdaż?
Dwie godziny po wyjeździe, chłód opanował świat już do końca, a z ciemności zrobił się mrok.. Nadszedł późny wieczór, wszystko co do teraz można było jeszcze zobaczyć, teraz rozpłynęło się w śniegu.
- No.. To czas na postój... - mruknął ich pan, a czarni zatrzymali wóz i starali znaleźć się odpowiednie miejsce.
Sajid ibn Ahmann:
Sajid zaczął nabierać podejrzeń. Odległe miejsce, całkowita ciemność, a on sam przeciwko dość sporej grupie ludzi, której nie ufał. Skoncetrował swoje myśli wokół broni tak, aby mógł w każdej chwili po nią sięgnąć, a przede wszystkim, nie dać się zaskoczyć. Mimo wszystko rozbicie obozu i chwila odpoczynku o tej porze było jak najbardziej dobrym pomysłem. W takich warunkach bardzo łatwo stracić karawanę. Sajid więc spokojnie czekał, aż słudzy kupca odnajdą odpowiednie miejsce, w myślach zmawiając modlitwy do Zewoli, Pani Ognia.
Mohamed Khaled:
Nic jednak nie nastąpiło, taka prawda. Czarni po omacku doczłapali się z wozem gdzieś na ubocze szlaku, potem macając, dotarli do dość małej jaskini, wystarczającej by rozgrzać ognisko dla paru osób, oraz by zmieścić konia z wozem.
Zebrali kilka drewionek, rozpalili dość nikłe ognisko, lecz wystarczające by stworzyć ciepło i światło. Ich pan wszedł do środka, potem rozsiadł się na koniu i począł jeść przygotowane rzeczy.
Sajid ibn Ahmann:
Pozytywnie zaskoczony Mauren usiadł obok, rozkoszując się ciepłem ognia. Szczerze nienawidził Hemis, więc trochę gorąca i światła pozytywnie na niego wpływały. Począł tez rozmyślać o swojej krainie. Był patriotą, tęsknił za nią. Jednak za wiele rozczulania też być nie mogę, zadanie należało wykonać. Gdy spojrzał tak na zajadającego kupca, zagaił cwaniacko:
- A swego gościa nie poczęstujesz?
Mohamed Khaled:
- Nie. - odparł sucho, nawet na Ciebie nie zerkając. Byłeś dla niego tylko marnym namiastkiem ludzi, nie wartym życia.
- Nie przejmuj się... - usłyszałeś szept koło siebie, siedział tam jeden z jego służących - Jestem Namir, masz.. - podał Ci kawałek chleba i wody - ja swoje zjadłem, możesz to wziąć.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej