Tereny Valfden > Dział Wypraw
Próba siły #3 - Edgard
Edgard:
Ork zwęszył krew, co obudziło w pełni dziki instynkt ukryty pod pozorami udomowienia. Pewnym krokiem ruszył ku bestii, ale mając na uwadze śliskie podłoże, nie pędził na łeb na szyję. Warczał i dyszał, rozeźlony do granic. Zacisnął prawicę mocniej na rękojeści miecza, po czym pchnął ku przodowi, celując w tors kreshara. Ostrze trafiło między żebra, zagłębiając powoli w miękkiej tkance i uszkadzając organy wewnętrzne. By dokończyć dzieła, masywna noga orka uniosła się i zgniotła szyję nieszczęsnej bestii, łamiąc kręgi i kończąc jej cierpienia. Drapanie pazurów ustało wraz z ostatnim tchnieniem przerośniętego kota. Ed wyciągnął następnie miecz i wytarł go o futro zwierzęcia. Pochwę również przetarł, nie chowając miecza, a potem ruszył do niewielkiego tunelu, gdzie znajdowało się ciało. Ork musiał się mocno przychylić, by zmieścić się do tunelu, ale jakoś mu się to udało. Teraz pozostało czym prędzej chwycić ciało, nim inni mieszkańcy tej zafajdanej nory się tu pojawią.
Funeris Venatio:
Z ciała naprawdę mało zostało. Ork mógł co najwyżej chwycić kiścień z Bractwa, tarczę i jakieś strzępy skórzanego pancerza. Tutaj nawet nie chodziło o poszanowanie zwłok, czy jego brak, ale to, że nie było co wynosić. Po prostu.
Edgard:
Ed z niesmakiem i pewną dozą smutku rozejrzał się po miejscu, w którym to leżały resztki rekruta.
- Niech Zartat przyjmie cię pod swe skrzydła. - Uklęknąwszy, chwycił z szacunkiem broń i tarczę, upewniwszy się raz jeszcze, że nie ma tu jakieś rzucającej się w oczy biżuterii mogącej pomóc w identyfikacji, po czym ruszył w drogę powrotną. Jednak tuż przed wyjściem zatrzymał się. Wiedział, że szmaty, które miał na sobie już nigdy nie powrócą do swego pierwotnego stanu, dlatego zdjął spodnie i koszulę, pozostając wyłącznie w butach i przepasce biodrowej. Resztki odchodów wytarł w nieubrudzone części odzienia, po czym rozpoczął wspinanie się do góry. Wrócił do swego pracodawcy i wystawił przed siebie rynsztunek.
- Tylko to zostało z waszego rekruta. Nie było co zbierać. Kreshar zostawił tam jedynie resztki.
Funeris Venatio:
- Niech Zartat przyjmie go pod swoje skrzydła i dołoży starań, by któregoś dnia wrócił do nas w innym ciele. - Antoine odebrał od orka tarczę i kiścień, które dołączył do składziku znajdującego się w punkcie rekrutacyjnym. Poprosił Edgarda o minutkę cierpliwości i wskazał papiery, które musi w związku z tym wypełnić. Jego szerokie pióro co rusz lądowało w kałamarzu, by skreślić kolejne zamaszyste litery. Na koniec podał czarnoskóremu ów papier i przyrząd do pisania, mówiąc:
- Podpisz się na samym dole. Tuszę iż pisać potrafisz. - Następnie przygotował pewien krótki świstek, na którym było napisane, że na koszt Bractwa ÂŚwitu okaziciel może za darmo skorzystać z miejskiej łaźni. Antoine Bennet wskazał mu również drogę do tego miejsca, polecając wykąpać się przed wyjazdem z konwojem do cytadeli zakonnej w gminie Raschet.
//Możesz opisać pobyt łaźni i pranie ciuchów, albo to pominąć i tylko wspomnieć z czysto kronikarskiego obowiązku. Post zakończ tym, że wsiadasz na wóz wraz z konwojem, który startuje stąd i jedzie do Bractwa.
Edgard:
Z szacunkiem pochylił głowę, na moment gdy krótka modlitwa rozbrzmiała na placu. Nie mówił nic więcej, wyczekując na kolejny ruch rycerza. Spojrzenie w końcu przeniosło się na pismo dotyczące rekrutacji. Przyjął pióro, dość nieporęczne dla ogromnych łapsk Ed'a, ale ten zdążył po trochu przywyknąć już do nieprzystosowanych do jego rozmiarów narzędzi.
- Intuicja cię nie myli. - Odparł, stawiając trochę koślawe, ale czytelne litery. Oddawszy pióro z radością powitał kolejny świstek. Ork nie potrafił ukryć subtelnego uśmieszku jaki wystąpił na jego mordzie. Kiwnął głową z szacunkiem, jako wyraz wdzięczności, po czym ruszył półnagi przez miasto. Nie trwało długo jak jego oczom ukazała się miejska łaźnia. Ludzie omijali go z daleka, gdyż za czarnoskórym podążał smród jakich to miasta od dawna nie widziało.
- Ja za nagłą potrzebą. - Rzucił do poborcy opłat, pokazując upoważnienie do skorzystania z ich usług. Jako, że swąd był niemiłosierny, dość szybko wskazano mu oddzielne pomieszczenie, gdzie w ciszy mógł zająć się sobą. Balia okazała się również nieco mała, ale jakimś cudem Ed skurczył się w sobie i wlazł całkiem nagi do środka. Drewno zatrzeszczało, woda się wylała do połowy, ale solidność mebla podołała jego rozmiarom!
Edie zaczął nucić pod nosem jakąś rubaszną piosenkę, podczas gdy ogromne ilości olejków i mydła były wcierane we włosy i skórę, by pozbyć się wstrętnego zapachu.
Koniec końców, gdy woda przestygła, ork wylazł i w małym wiaderku wyszorował buty i przepaskę na biodra. Wyglądał jak potężnie zbudowana, zawodowa praczka, ale jako, że był sam, mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Leżącą na ziemi ścierę wytarł miecz z pochwą, a następnie ubrał się w resztki ubrania, zabrał ekwipunek i wylazł, niczym nowonarodzony z łaźni.
Powoli robiło się już chłodno, ale ork był przystosowany do ciężkich warunków, więc nie obeszło go to zbyt mocno. W końcu dotarł do wozu, który miał za zadanie zawieźć go i resztę tutejszej bandy do siedziby bractwa. Marzenie powoli zaczęło się spełniać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej