Reiksaj, gdyż tak się dziwnie bard nazywał, podkręcił kołki lutni, szarpnął kilka razy dla sprawdzenia stroju i odchrząknął, by mieć czyste i pewno gardło. Chwycił jakiś tam akord i zaczął melodyjnie:
- ÂŻyła ongiś niewiasta niewątpliwej urody. Białogłowa, smukła, powabna. Mieszkała ona w mieście, które Utamin zwą, nad brzegiem morza położonym. Talenty nadprzyrodzone posiadała, magią władała, z bogami rozmawiała i zwierząt dzikich doglądała. Zeszli się jednak niegodziwcy i niewiastę pochwycili, do drzewa za miastem przywiązując. Natura z pomocą przybyła. Niedźwiedzie jej strzegły, ruszyć nie dały, zbrodniarzy przepędziły. Kobieta uwolnić się nie mogła, gdyż łańcuchami zakuta. Leżała tak trzy dni i trzy noce podczas burz, zawiei i gradu. Dnia czwartego w miejscu, gdzie spoczęła pierścień się ostał, magią przepełniony. Artefakt ukryto, zakopano, przepadł. Niedźwiedzie go strzegą, jak niewiasty strzegły. Potem drzewo w skale wykute na znak pamięci w mieście postawiono.