Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jeźdźcy Podgrodzia
Mohamed Khaled:
A skoro już o bełcie mowa, Mohamed musiał mieć się na baczność.. Raz już prawie został zabity dzięki bełtom, nawet dwa razy.. Pamiętny dzień, gdy naraził się Renfri, potem skrywając się w najgorszych gównach tejże wyspy..
Pognał konia, rozglądając się - tak jakoś mu zaświtało, czy to może "Boży" głos? - czy aby na pewno nie ma nigdzie żadnego strażnika...
Uderzył piętami w bok konia, przyśpieszając.. Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów, dogoni tego ostatniego, zepchnie go i wygra wyścig, a potem przeleci tą blondi gdzieś na statku i wrzuci jej ciało do rzeki.
//Jestem chory umysłowo ;[
Elrond Ñoldor:
Oba konie jednak jechały z tą samą zabójcza dla pieszych prędkością. Nic nie wskazywało na to, że możesz wygrać ten wyścig. Jeździec na pozycji pierwszej miał 300 metrów do mety.
Mohamed Khaled:
Nie miał większej nadziei na wygraną, zwłaszcza po tym, jak ujrzał, że jego przeciwnik mknie z tą samą, zawrotną prędkością. Nie chciał się jednak poddać, to oznaczałoby koniec jego duszy, okazałby się słabiakiem, dla którego nic się nie liczy. Nie podda się...
Przymknął oczy, w jednej chwili pojawiając się gdzieś w odmętach własnych wspomnień.. Stał nad płonącym domem, z środka uciekali różnoracy ludzie, czarni i biali. Spalił przydrożną karczmę.
- Nie poddawaj się! - ryknął ktoś do jego ucha, podnosząc go z ziemi...
- Nie poddam, nigdy... - mruknął jeździec, uderzając konia o bok, zmuszając go do cwału. To jeszcze nie był koniec.
Elrond Ñoldor:
Udało Ci się zmniejszyć odległość o 10 metrów. Jeździec do pozycji pierwszej miał 250 metrów.
// Im lepiej będziesz pisał, tym lepiej dla Ciebie. Taka uwaga.
Mohamed Khaled:
Jego dystans do pierwszego jeźdźca zmalał, co dało mu iskierkę małej nadziei. Wciąż była szansą, że pokona tego jednego, małego, zawszonego gnoja. ÂŁzy napłynęły mu do oczu, mrugnął..
..uderzono go potężnym kijiem, prost w twarz, co młodego Kruka powaliło na ziemie
- Myślisz że wiesz co to walka? Myślisz, że wiesz, co znaczy być wytrwałym? Co to znaczy poświęcenie?! - ktoś mu ryknął, potem znów zdzielił po łbie - Chuja wiesz, czarnuchu... Musisz być gotów na wszelki wysiłek, jeśli chcesz coś osiągnąć na tej zawszonej wyspie, a nie zrobisz tego, jeśli będziesz się mazgaił...
Człek ponów zamachnął się, by uderzyć, lecz tym razem cios został zablokowany.
- Czarnuchu?! Ja mam się poddać?! - jeden cios, drugi, trzeci, czwarty, dziesiąty. Nakładał go po ryjcu jak mógł, co rusz zadając coraz to gorsze ciosy. Gdy padł, dopiero wtedy przestał bić... - Czarny to czarny, nie podda się byle gównie...
Otworzył oko, "zamykając" kurek łez, otrzepując głowę i spoglądając przed siebie. Stare wspomnienia wróciły, nie zamierzał się poddać. Uderzył mocno piętami w bok konia, dziko się uśmiechając i popędzając konia.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej