Tereny Valfden > Dział Wypraw

Zaginiony konwój

<< < (13/44) > >>

Canis:
Ale Silvaster nic nie dojrzał ciekawego. Stajnią była zagroda, w której trzymano konie odwiedzających gości. Stajenny gdy tylko was dojrzał, ruszył po waszą szkapę i przyprowadził konia wraz z wozem.

Nawaar:
Wóz przybył, a wraz z nim nasza szkapa. Dhampir zajął miejsce woźnicy i czekał, aż reszta kompani się załaduje i posadzi swoje cztery litery na wyznaczonych do tego miejsca. Czas ich gonił, więc powinni się nieco pośpieszyć.

TheMo:
Gdy wyszli na dwór stajenny już uszykował konia. Więc pół roboty mieli z głowy. Podszedł do szkapy i pogłaskał ją po łbie. Takie przyzwyczajenie z dzieciństwa. Za ten czas dhampir usadowił się na miejscu woźnicy i chwycił lejce. Themo odszedł do konia i wgramolił się na wóz, gdzie wygodnie się rozłożył. W końcu zjedzona pieczeń musi się gdzieś ułożyć i przetrawić. Pozostało tylko czekać na Thorana, który dostał bardzo odpowiedzialne zadania, od którego będzie zależeć powodzenie zadania a nawet i ich życie.

Nawaar:
W tym właśnie momencie, gdy dhampir zamierzał powozić a Themo się położyć z karczmy wyszedł trzeci towarzysz o imieniu Thoran. Oczywiście miał ze sobą dosyć solidy zapas wody, który trzymał w małej beczułce. Silva kiwnął do niego ręką, żeby się pospieszył. Człowiek przyszedł położył zapas wody obok Thema, a on sam usadowił się na miejscu siedzącym. Silva nie mając już nic innego do roboty smagnął lejcami w szkapę, aby dać jej znać że trzeba ruszać. Koń tylko parsknął, a wóz ruszył w stronę kopalni żelaza. Teraz dhampir mógł lepiej przyjrzeć się okolicy. - Dam wam znać, kiedy będę chciał się zmienić. Oznajmił towarzyszą.


// Salazar wiem, że napisałem za niego. Wiem również, że rzadko tutaj zagląda i dlatego to zrobiłem aby nie stać w miejscu ileś tam czasu, bo i tak właściwie nie zaczęliśmy jeszcze zadania. i takie czekanie na jego odpowiedź będzie niepotrzebną stratą czasu. Mam nadzieję, że rozumiesz jak nie to cóż bywa. Jakby co to zapytałem również Themo aby napisać za Thorana.

Canis:
Jechaliście i jechaliście, monotonna trasa zdawała się nie mieć końca. Gdy przebyliście kilkadziesiąt kilometrów posilając się jedynie wodą co rusz przyspieszając tępo kuca. Koń zaczął dawać oznaki zmęczenia. Z oddali dojrzeliście płonące zgliszcza drewnianego wozu. Było cicho, poza skwierczeniem drewnianych dech z wozów nie było nic słychać. Koń stał się niespokojny, drżał, być może ze względu na widok ognia. Wóz był doszczętnie zniszczony, połamany, na dodatek tlący się. nie było ani jednej żywej istoty w pobliżu, żadnych znaczących śladów wokół wozu.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej