Tereny Valfden > Dział Wypraw

Jak konkwistadorzy...

<< < (31/38) > >>

Gordian Morii:
Co ciekawe sufit nie zamierzał na nikogo spadać. Szybkie spieprzenie z grobowca było więc całkowicie niepotrzebne, ale dowiedzieli się o tym dopiero teraz. Nie mniej, z myślą, że na zewnątrz czeka na nich walka wręcz wyskoczyli na plac przed kurhanem.
Jakie było ich zdziwienie gdy ujrzeli kilkadziesiąt ożywieńców, leżących w błocie.
- Co tu się stało? - zapytał wodza wskazując na trupy.
- Nie wiem Synu Morza, walczyliśmy posyłając kolejnych złych w objęcia ziemi, gdy nagle ich życie uleciało jak dym. - odpowiedział wódz wyraźnie zmieszany pytaniem. Coś dziwnego "wisiało" w powietrzu, wyczuwali to wszyscy. Nagle ciężkie sapnięcie szamana wyrwało ich z zadumy a starzec zakasłał wypluwając krwawą plwocinę.
- Dobry... Dobry nadchodzi... - wychrypiał szaman dopiero co ocknąwszy się. Wskazywał drżącą dłonią na kurhan, z którego wnętrza dochodziło dziwne dudnienie.
- Ukorzcie się, padnijcie na twarz przed Wielkim Dobrym Mzimu. - dodał tylko przyciskając czoło do ziemi.

Progan:
Progan nie zachwiał się, gdyż wiara w nim była wielka. A wierzył w bogów panteonu. Nie padł na ziemię lecz stał i patrzył.

Hagmar:
Chciał mimo wszystko stać. Bo tak. Ale zwykł okazywać jakiś szacunek każdej kulturze. Ukląkł więc na jedno kolano.

Rakbar Nasard:
Rakbar natychmiast owinął swoje ciało energią magiczną, tworząc ciasno oplatającą powłokę na ciele. Stworzył barierę odbijającą wszelką niechcianą ingerencje. I co teraz?

Użyłem: psionika.

Gordian Morii:
Wojownicy razem z wodzem odrzucili włócznie i tak jak stali padli na twarze oddając pokłon swojemu opiekunowi. Ziemia zatrzęsła się pod stopami wszystkich zgromadzonych, a powietrze rozdarł donośny ryk.
- Jestem wolny!
Spotęgowany dodatkowo przez klaustrofobiczne korytarze grobowca głos należał do pradawnej istoty, która właśnie w tym momencie wyłoniła się z czeluści głębokiej studni. Jej wężowate długie ciało i smoczy pysk całkowicie pasowały do ogromnych skrzydeł pokrytych kolorowymi piórami. Pierzasty Wąż, Wielkie Dobre Mzimu, Quetzalcoatl właśnie zmierzał ku wyjściu z grobowca Barquti, w którym spędził kilkadziesiąt lat. Uwięziony przez demona, nie mógł wyswobodzić się z okowów ciemności, lecz to właśnie grupa awanturników, która postanowiła wejść do wnętrza kurhanu, dała cień szansy na zniszczenie mrocznego prześladowcy. Atak dwóch magów zdezintegrował ciało demona, a wraz z nim zniknęły także pęta krępujące wężowe ciało smoka.

Dzielnie stojący Progan zobaczył najpierw nozdrza, później ślepia i zielony pióropusz. Potem kolejno szyja i długie wężowate ciało, które wysuwając się z czeluści kurhanu pięło się coraz wyżej i wyżej łypiąc na zaszokowanych wojowników swoimi niezwykłymi ślepiami.


-Jam jest Quetzalcoatl, Pierzasty Wąż, Duch Opiekun Deszczowej Puszczy, Uwięziony Przez Złego. Wam zawdzięczam wolność. Powróciłem. - mówił a jego głos sprawiał, że całe ciało drżało od potęgi jaką emanował.


- O Wielki Dobry Mzimu, Witaj w domu, Twoi synowie witają Cię. - mówił szaman drżącym głosem, był przerażony. Mimo lat i doświadczenia, trząsł się jak liść bojąc się ponieść wzroku ku górze.

- Moje biedne dzieci. Niech pokój zapanuje w waszych duszach. A pierzaste skrzydła ochronią waszą wioskę. - odparł w odpowiedzi i rozprostowując skrzydła wzbił się w powietrze zataczając kilka kręgów nad grobowcem. Usiadł po chwili i zwijając ogon spojrzał na zebranych niżej w ciszy ludzi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej