Tereny Valfden > Dział Wypraw

Cichy domek nad jeziorem

<< < (7/30) > >>

Funeris Venatio:
Nie zakłóciły. Aż do celu podróży, czyli do miejscowości, której nazwa narratorowi jakimś cudem uciekła i jej nie pamiętał, podróżowali raczej przyjemnie. Było ciepło, wietrzyk chłodził rozgrzanych podróżników, małe obłoczki co jakiś czas przysłaniały słońce. Sielanka. Droga wiła się różnymi ścieżkami, większymi i mniejszymi gościńcami, ale cały czas cel podróży widać było na kamieniach milowych ustawionych na rozdrożach. Lucas miał sporo czasu, by porozmawiać z Patty, a Julian kilka okazji, by podziwiać różne łodzie, gdyż mijali ze cztery większe lub mniejsze jeziora i rozlewiska, na których dało się popływać. W końcu było widać, że mocno zbliżają się do celu, gdy ich oczom ukazały się szerokie pastwiska, teren stał się górzysty, a w nos uderzył zapach krowich placków ukrytych niczym wnyki wśród niewysokiej trawy. Caten, czyli wioska, której nazwę narrator już sobie przypomniał, zamajaczyła na wzgórzu. Było to kilka głównie drewnianych zabudowań - stodoły, obory, magazyny. Do tego murowana karczma, z prawej strony wioski, zaraz przy wjeździe. Dom sołtysa był bardziej mała willą, gdyż to on trzymał swoje grube łapska na większości interesu z Bractwem. Jego hacjenda usytuowana była na samym szczycie wzniesienia. Zapach bydła i owiec był jeszcze bardziej dojmujący i nieznośny. W oddali, na wschodzie, widniały cztery pagórki, o których wspominał Gerin.

//Dziubaski, jest godzina 17.30.

Lucas Paladin:
- Ruszajmy, nie ma co marnować czasu. Powinniśmy dotrzeć do domu sołtysa jeszcze przed zmierzchem, żeby dowiedzieć się o co konkretnie chodzi. - Lucas popędził konia. Teren faktycznie wyglądał mocno idyllicznie. Jeziora, góry, pastwiska. Do tego słońce i delikatny wiatr. Kiedyś w takim miejscu, może i mógłby się nawet ustatkować. Ale to nie czas i nie miejsce na takie rozmyślenia. Chociaż... Lucas coraz bardziej się zastanawiał nad możliwościami przeprowadzki. Do tego celu potrzebna była jednak kobieta. I rodzina. I czas. I pieniądze. A zresztą... Popchnął konia jeszcze mocniej w kierunki chatki sołtysa.

Patty:
Jadąc w stronę posiadłości sołtysa jednocześnie doceniałam przyjemne, wiejskie widoczki i krzywiłam się na zapachy, jakie panowały dookoła. Co prawda miasta też nie były najpiękniej pachnącymi miejscami na świecie, jednak nie mogłam się przekonać do takiej okolicy. Zbyt aromatycznie. Gdy już wdrapaliśmy się na sam szczyt wzniesienia, odetchnęłam z ulgą, gdyż tutaj zapachy nie były aż tak intensywne. Widać decyzja sołtysa o zbudowaniu akurat w tym miejscu swojej posiadłości nie była podyktowana wyłącznie pięknym widokiem.
- Idziemy? - spytałam resztę grupy, wskazując dom.

Lucas Paladin:
- Musimy poczekać na Juliana, coś taki niemrawy jest. Chyba faktycznie za dużo myśli o tych łodziach.

Funeris Venatio:
Trójka towarzyszy przebyła drogę pod górą na grzbietach swoich wierzchowców. Dotarli pod płot, który odgradzał kawałek placu przed hacjendą od reszty terenu. Zbity z desek, całkiem nowych i chyba w trakcie malowania, bo część wydawała się dużo ciemniejszych niż te znajdujące się kawałek dalej. Po samym podwórzu biegały dwa dzieciaki pilnowane przez najpewniej służkę. Gdzieniegdzie latały kury, dziobiąc wszystko i wszystkich, szczekał pies  i ktoś się darł wniebogłosy. Po chwili umilkł, ale za to zaczął nieznośnie chichotać. Otworzyło się okno, przez które wyjrzał pewien mężczyzna. Przyjrzał się zakonnikom i odezwał się wreszcie.

- Państwo rycerze?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej