Tereny Valfden > Dział Wypraw
Los pollos hermanos - szemrany interes
Eric:
- Dzięki za radę - rzucił i przesunął pustą szklankę w stronę barmana. - Spieszy mi się, więc będę się zbierał. Powodzenia w interesach - pożegnał się i opuścił gospodę już w nieco mniej inwazyjny sposób, niż kiedy do niej wpadł kilka minut temu. Skierował kroki w stronę stajni, by ruszyć w dalszą drogę. Poklepał konia po łbie i wskoczył na jego grzbiet.
- Już niedaleko, mały - powiedział, siląc się na krzepiący ton i wrócił na trakt. Połowę drogi miał już za sobą.
Hagmar:
Gnałeś i jakoś tak późnym wieczorem dostrzegłeś światła i palisadę osady.
Eric:
Słońce zaszło i upał stał się nieco mniej nieznośny. Dalej jednak było duszno. Zarówno skóra Erica jak i sierść jego rumaka perliła się od nieprzyjemnego, sklejającego warstwy ubrania potu. Kiedy tylko znalazł się za osłoną palisady, odszukał miejsce, w którym mógłby bezpiecznie zostawić swojego rumaka. Gdy już o to zadbał, zapragnął w końcu dowiedzieć się, gdzie szukać karczmarza, dla którego miał przesyłkę. W tym celu zaczepił przechodzącego obok mężczyznę.
- Gdzie znajdę "Pijanego Smoka"? - zapytał bez zbędnych ceregieli.
Hagmar:
- W porcie. Powiedział beznamiętnie i poczłapał dalej.
Eric:
- Zatem do portu - mruknął do siebie bez przekonania. - Tylko gdzie ten port? - rzucił zmęczonym głosem i uniósł głowę w poszukiwaniu znajomego zapachu soli, ryb, rynsztoka i szczyn żeglarzy. Aromat portu był nie do podrobienia, i w każdym mieście, niezależnie od stopnia zamożności - prezentował się niemal tak samo. Zazwyczaj pełnił również podobną rolę - dzielnicy slumsów, w której gnieździły się najbiedniejsze i zarazem najgroźniejsze szumowiny. Zresztą zapach ich chat ze zbutwiałego, wilgnego drewna także składał się na ten niepowtarzalny klimat nadbrzeżnego miasta. Eric mógłby tam trafić z zamkniętymi oczami. Idąc za tropem narastającego, drażniącego zapachu usłyszał nadchodzący z oddali śpiew mew. Sam uważał, że ten dźwięk to właściwie jedyny plus życia żeglarzy. Całą resztę można było sobie rozbić o kant dupy. Chociaż zdawał sobie sprawę, że widok bezkresnej toni oceanu na horyzoncie przy wschodzie słońca mógł być dla nich wystarczającą nagrodą. Wyrwawszy się z tej bezcelowej kontemplacji, zaczął rozglądać się za szyldem na tyle nieszablonowym, by mógł należeć do gospody pod chlubną i egzotyczną nazwą "Pijanego Smoka". Jedna z chwiejących się pod naporem bryzy morskiej ruder przyciągnęła jego uwagę. Postanowił ją zbadać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej