Tereny Valfden > Dział Wypraw
Test zaufania #2 Szarleja. i Salazara
Hagmar:
//Dosięgła. Koń się spłoszył i zrzucił Szarleja
//Walka trwa w najlepsze, wojownicy Bobra walczą z ludźmi Renfri.
Canis:
<rycerz> w szmacianej zbroi schował zużyty kamyk i dobył swej pięknej broni w postaci nędznego sztyletu. Jego głównym celem było odbicie Szarleja. Jak mógłby się w mieście pokazać, po kolejny test, skoro zaufanie swojego znajomego zawiódł.
// Mamy Lato a więc skoro jest około 19. to jeszcze słonko świeci... być może ciupek słabiej ale jednak!
To tez czym prędzej ruszył na wroga. Walka toczyła się zaciekle, lecz wroga była przeważająca liczba... Salazar pomkną zatem w kierunku Szarleja, lecz nie było dane dotrzeć tam bez przeszkód. Na jego drodze stanął jeden z bobrów z szaleńczą minął rzucił się na Jaszczura z mieczem. Ma większego... pomyślał patrząc na miecz... oczywiście miał na myśli ma większego bronią. Lecz Jaszczur z doświadczenia wiedział, że mały ale... Mały ale wariat! pomyślał i bez obaw rzucił się na Bobera. odległość miedzy nimi nie była porażająca, bowiem 2 metry dystansu, nie jest zbyt dużym polem manewru. Lecz zwinność jaką zyskiwał podczas dnia pozwalała na pewne "niesamowite" czynności. Ugiął się w kolanie i gdy przeciwnik spróbował wykonać zamach by pozbawić życia Salazara, ten wykonał obrót podnosząc drugą nogę do góry po odbiciu, by pewnym kopniakiem z pół obrotu wytrącić broń przeciwnikowi. Atak zadziałał, skórzane obuwie uderzyło w dłoń, która zwolniła uścisk i miecz zwyczjanie opadł na bok. Oczywiście Bober nie zaprzestał działania i sięgnął po drugą broń, po sztylet.
Salazar nie dał tej szansy, kończąc atak nogą odbił się z kolana wyciągając sztylet przed siebie i wbijając go w podbrzusze przeciwnika. Salazar oparł się barkami na jego ciele czekając aż skona, przekręcił jeszcze delikatnie sztylet by powiększyć rany. szczęśliwie sztylet od dołu wbił się pod żebra, dzięki czemu zranił płaty płucne. Z każdą sekundą bober był zalewany ogromnymi dawkami krwi do płuc, po 5 sekundach bezwładnie opadł. gdy ciało opadło Salazar pomknął w kierunku Szarleja, by odebrać mu broń, stale bacznie obserwując sytuację walki, oraz czy któryś z boberów nie próbuje mu przeszkodzić...
Obrońcy: 10x Banita
Atakujący: 13x Bobry
//W moim zamyśle było, by Szarlej spadł z konia przed starciem się obu grup, zatem powinien być na tyłach boberów... tym samym ja mniej więcej zmierzam do neigo "na tyłach wroga"
Salazar miał nadzieje na większe szanse obrońców, w końcu "obalił" przywódcę boberów zrzucając go z konia, liczył na osłabienie morali sługusów bobra.
Hagmar:
//Nikt Ci nie przeszkadza, "armie" prawie się pozabijały. Szarlej rusz sie :D
Canis:
Salazar ruszył bez przeszkód na swego kompana, najwyraźniej lekko go upadek ogłuszył, co też Salazar wykorzystał odbierając broń, ten miecz którym dawał sygnał do wymarszu. chwycił go i odrzucił na aprę metrów w bok, by uniknąc ewentualnego ataku. chwycił za barki Szarleja i potrząsnął.
- Szarlej kurwa co ty robisz! Mieliśmy misje do wykonania. Pamiętasz? Tyrr nas wysłał do Karczmy, piliśmy miodek, piwko, jajecznice jakąś zżarłeś nawet, a potem cie stamtąd porwano, jak poszedłem do wychodka... Chłopie w coś ty się umoczył... Jeśli zamierzasz mi towarzyszyć to dobądź broni i bij bobrów! Nie wolno nam miast niszczyć, na bogów jaki bóbr... porwali cie i wmówili coś... te ludzie mają takie podatne umysły...
Mówił do niego po czym go puścił. Liczył, że się otrząśnie, otrzepie i wróci na normalne tory myśleniowe, lecz pewnym nie był tego co się tu dzieje. Zostawił więc kompana i ruszył do walki z boberami.
Sytuacja, i stanie na tyłach wroga było idealną okazją do krwawego ataku. To też jaszczur zapragnął wykorzystać. W krwisto czerwonych oczach aż błysnęła malutka iskierka, po czym rzucił się ze sztyletem na plecy bobrzyków.
Chwyciwszy pewnie sztylet pomknął na wrogów w starciu, ekipa walczących szybko malała, lecz sytuacja nie była jeszcze przesądzona, trzeba było wspomóc Renfiri Chuia i resztę tego tałatajstwa w K'efir. Myśląc o tym wykonał zamach sztyletem będąc metr od przeciwnika. Ten nie był ogłupiony sytuacją, usłyszał pędzącego na niego Salazar i wykonując obrót i przewrót z wyskoku do przodu uniknął pędzącego ostrza. Salazar wykonał tym samym piruecik odwracając się przodem do lądującego bobera. Dobrze, kolejny zajęty, jogurty mają jednego mniej na głowie... pomyślał i bez większych ceregieli obrócił sztylet w ręce chwytając go ostrzem ku dołowi.
Przeciwnik bober również trzymał sztylet to też spotkało się dwóch krótkich. Stanęli równo na przeciw siebie w odległości 2,5 metra. Nic więcej ich nie obchodziło. Salazar przerwał ten postój rzucając się na wroga, ten odskoczył do tyłu po czym z odskoku zechciał wyprowadzić atak ostrzem w kierunku arterii jaszczura. Salazar przewidział taki obrót sprawy. Klasyczny błąd pomyślał widząc tą akcję. Nie zwlekając zatem wykonał unik schylając się w lewo i unikając ostrza, jednocześnie schylając się wyprowadził atak od dołu w górę po boku tnąc napierśnik oraz koszulę jednocześnie zadał tez głęboką ranę ciętą po boku. nie była może groźna w postaci uszkodzeń krytycznych, lecz wywołało to ogromny bój u Bobera oraz obfite krwawienie. Salazar ten moment wykorzystał by przeskoczyć pod ramieniem rannego już agresora i stając za plecami rannego i stękającego z bólu fanatyka wbił ostrze og góry prosto w gardło fanatyka. rana była głęboka, całe ostrze się wbiło tnąc tętnicę oraz tchawicę. w wyniku tych obrażeń przeciwnik upadł na kolana i skonał. Salazar wyrwał ostrze i spojrzał w kierunku Szarleja, by upewnić się czy czasem mu nie próbuje zagrozić atakiem, jednocześnie mknąc dalej na tyłach wroga by wyczyścić atakujących...
Obrońcy: 10x Banita
Atakujący: 12x Bobry
// Jeżeli prawie się pozabijały... zawsze musi zostać chociaż 1 jednostka...
Szarleǰ:
Poobijany po upadku z konia wściekłem się, zobaczyłem jaszczura pędzącego na mnie w krwawym szale. Zerwałem się na równe nogi, złapałem za rękojeść zawieszonego na plecach miecza i wyszarpnąwszy go z pochwy wściekle rzuciłem się na jednego z obrońców, których zostało niewiele na polu bitwy. Nim mój cel zdążył zareagować, zdążyłem dobiec na odpowiednią odległość i trzasnąć go pięścią wolnej ręki prosto w nos. Mężczyzna zalał się krwią, ja natomiast wykonałem zgrabny piruet unikając jego histerycznego ataku, po czym płazem miecza uderzyłem go w głowę. Banita ogłuszony uderzeniem zatoczył się, nie zdążył jednak upaść nim dopadło go ostrze, odrąbujac mu niemal łeb. Facet upadł bezwładnie na ziemię, a pod jego truchłem pojawiła się rosnąca w błyskawicznym tempie kałuża krwi.
Obrońcy: 9x Banita
Atakujący: 11x Bobry
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej